Miesięczne archiwum: Lipiec 2020

Biały śpiew – wibracja masująca ciało od środka:)

W połowie lipca po raz drugi pojechałam na warsztaty białego śpiewu, organizowane przez Fundację OVO. Podobnie, jak w tamtym roku, odbyły się one w Rzepedzi, małej bieszczadzkiej wiosce:)

Co roku organizowane są 2 turnusy w lipcu: pierwszy dla osób z dziećmi, a drugi – już bez. W zeszłym roku pasował mi tylko turnus pierwszy z dzieciakami, co, choć lubię dzieci, wtedy niespecjalnie mnie cieszyło, jednak bardzo chciałam pośpiewać, stąd po prostu pojechałam. I okazało się, że dzieciaki wprowadzają mea luz i fajną energię, a Kasia, która się nimi zajmuje, ma cudowną energię i wspaniale było ją poznać! Do dziś pamiętam pierwszy wieczór, kiedy siedzieliśmy w kręgu i się zapoznawaliśmy, a trójka 3-4-latków biegała sobie w środku boso nie zwracając na nas uwagę. To było boskie!! Mając tak miłe doświadczenia, postanowiłam w tym roku specjalnie wybrać turnus z dzieciakami:) W ten sposób byłam choćby z kumpelą ze studiów, z którą odnowiłam relację po 20 latach, spotykając się na weekendowych warsztatach, prowadzonych również przez Witka Kozłowskiego z Fundacji OVO, w Poznaniu w styczniu.

Po raz drugi to była cudowna przygoda! W tym roku, podobnie jak w poprzednim, byłam uczestnikiem grupy Witka. Planowałam być u Rosjan, którzy wprowadzili Zoriuszkę, moją ulubioną pieść, do Polski, jednak z powodu koronki nastąpiły zmiany wśród prowadzących i stąd zdecydowałam się powtórzyć warsztaty u Witka. Tym razem pokazał nam głównie pieśni rosyjskie i kozackie, które – jak się okazało – mocno rezonują z moją duszą (widać Kozakiem też byłam i w Rosji żyłam:). To 2 moje ulubienice: fajna kozacka https://www.youtube.com/watch?v=OOsS9efkxWg oraz pieśń, której to wykonanie wywołuje we mnie ciarki po plecach: https://www.youtube.com/watch?v=dBjge9MWrZA.

Witek jest wspaniałym nauczycielem z otwartym umysłem i duszą i swoją postawą czyni cuda! Rok temu, jak jechałam, to dopiero otwierałam się na śpiewanie, jakkolwiek, gdy pojawiały się jakiekolwiek ćwiczenia, gdzie miałam wydać swój głos na światło dzienne na forum, od razu zamykałam się, spinałam. Całe życie słyszałam, że fałszuję i miałam ogromną barierę, by śpiewać głośno. Usłyszałam wtedy od Witka, iż ludzie nie fałszują, a raczej nie dostrajają się do reszty, co mnie wzmocniło, tym bardziej, że w podstawówce śpiewałam w chórze – w grupie dostrajałam się i było ok. To mnie otworzyło. Poza tym pokochałam wtedy Zoriuszkę, która sprawiała, że miałam ochotę śpiewać głośno całym ciałem. Jeśli jej nie znasz, to posłuchaj np. tej wersji: https://www.youtube.com/watch?v=cyadcxoO2q0. Śmieję się, że jest to pieśń o mnie i moim Bazylu, bo na końcu są słowa, ze brat Loniuszka Wasiliewicz prowadzi Ninę Wasiliewną, a Wasyl to inaczej Bazyl po rosyjsku:) Kolejny krok nastąpił w trakcie tych warsztatów w Poznaniu, kiedy ponownie pojawiła się Zoriuszka. Chodziliśmy po sali i kto dostał maskotkę, ten miał robić zaśpiew, czyli sam zacząć śpiewać pierwsze słowa danej zwrotki. I poczułam, że jestem na to gotowa i kiedy dostałam Flicoka przy ostatniej zwrotce, po prostu zrobiłam to – ZAŚPIEWAŁAM NA CAŁY GŁOS!! To było mega uwalniające! I w tym roku już byłam odważniejsza – na pewno słychać mnie było:)

Biały śpiew jest czymś niesamowitym – kiedy się śpiewa w grupie w ten sposób, po prostu wibruje całe ciało! Ja jeszcze śpiewam niższym głosem, co mnie mega masuje od środka, no po prostu cudowne uczucie!! Nawet bawiłam się i eksperymentowałam, czyli m.in. próbowałam w ogóle śpiewać pierwszym głosem niektóre pieśni, co w tamtym roku w ogóle było poza moim zasięgiem.. Naprawdę – Witek robi cuda swoją postawą:) A jego żona Marzena super wszystko organizuje:) Poza tym rano prowadzi ćwiczenia oddechowo – ruchowe (gimnastyka oddechowa Strielnikowej) – w tym roku w końcu je poczułam:) Tu możesz poczytać, jak to wyglądało w tym roku: http://ovo.art.pl/aktulanosci/pelnym-glosem-letnie-warsztaty-spiewu-bialego-2020/ – warto się tym zainteresować, jeśli rezonuje z Tobą biały śpiew:)

Podzielę się z Tobą jeszcze jednym doświadczeniem. Na każdym turnusie jest organizowana tzw. Giełda Twórców, gdzie można zaprezentować się, podzielić swoją twórczością. W tamtym roku, jak jechałam, to myślałam sobie, by tylko mnie nie zagarnęli na tę giełdę, bo nie wiedziałam, na jakich działa zasadach. Okazało się, że kto chce dzieli się tym, czym ma ochotę. Uczestniczyłam w każdej giełdzie i w ten sposób: zainspirowałam się robieniem włóczki na kołowrotku, zobaczyłam super teatrzyk lalkowy, dowiedziałam się na czym polega praca tłumacza, byłam i współprowadziłam spacer ziołowy, uczyłam się jak pisać teksty do śpiewu białego i jeszcze kilka ciekawostek. Już w tamtym roku zrodził się we mnie pomysł, by natsepnym razem podzielić się moim podejściem do kosmetyków, co zrealizowałam – podzielę się tym w innym wpisie:)

Nie zabraknie też elementu zdjęciowego. Już w tamtym roku byłam zafascynowana „trawnikiem” przed ośrodkiem, który w tym roku wyglądał tak:

Jednak to nie trawnik, tylko łąka pełna ziół! W tamtym roku naliczyłam w niej około 15 gatunków roślin. W tym roku ten „trawnik” ziołowy był dopiero co ostrzyżony i niektórych roślin nie widziałam, jednak to, co znalazłam, to sprawia, iż i tak jest na bogato:) A teraz Ci to kilka przybliżę:

Jak widzisz – warto patrzeć pod nogi, nawet na trawnik – można się zdziwić różnorodnością roślin pod stopami:)

Jest taki zwyczaj, że w sobotę stwarza się więcej czasoprzetrzeni, przesuwając śniadanie i obiad oraz rezygnując z dopołudniowych warsztatów śpiewu, by móc udać się na wycieczkę w góry lub gdziekolwiek – każdy organizuje to we własnym zakresie. Zarówno w tamtym, jak i w tym zostałam zaproszona do wspólnego przejścia się nad jeziora duszatyńskie – urokliwe i małe, położone w głębi lasu. Najpierw trzeba podjechać samochodem rozwalającą się drogą na parking, od którego prowadzi szlak prosto na jeziorka. Było zagrożenie burzą, na szczęście zdążyłyśmy spokojnie wejść i zejść.. hmm, niezupełnie – ja zdążyłam, bo me kumpele spóźniły się 2 minuty, nim runął deszcz i przemokły całkowicie.. Jakkolwiek zdjęć parę udało mi się cyknąć, utrwalając piękno po drodze:)

Oczywiście – po drodze zbierałam ziółka:) Tym razem skupiłam się na głowieńce (tej samej co rosła na „trawniku”, tyle, ze wysoką, bo mogła rozwinąć swe skrzydła:) oraz mięcie.

Cudna przygoda, a kiedy to piszę, po raz enty słucham chłopaków z Babkinych wnuków – są po prostu boscy:) do usłyszenia!

Zapraszam do Zielskiej Kolonii na Podlasiu!

Zielska Kolonia – siedlisko pełne ziół :)

Już od jakiegoś czasu przymierzam się, by napisać kilka słów o miejscu, dzięki któremu przetrwałam trudny czas koronki. To Zielska Kolonia u Agnieszki Prymaki, położona w Knyszewiczach – wiosce położonej na Podlasiu, blisko białoruskiej granicy.

Po raz pierwszy trafiłam tu w sierpniu (chyba nawet 1) 2017 roku. Uczestniczyłam wtedy w Ekologicznym Uniwersytecie Ekologicznym (w skrócie Eul), ucząc się głównie poprzez praktykę rolnictwa ekologicznego. To był drugi i ostatni rok mej nauki – już wtedy skoncentrowałam się na ziołach. Najpierw zorganizowałam sobie praktyki w Darach Natury i Ziołowym Zakątku jednocześnie (polecam jedno i drugie:), tam mieszkając i pracując. Po miesiącu zamieszkałam u Jagody, jednej z poznanych zbieraczek ziół w Siemionach, 2 km od Korycin, dalej współpracując z Angielczykiem. Jednak w lipcu u Jagody zmieniła się sytuacja osobista i poprosiła mnie, bym się wyprowadziła, a ja poczułam, że to czas na nowe miejsce. Tyle, że nie wiedziałam jeszcze gdzie..

W tym samym czasie Basia, bliska mi osoba z Eul-u zaproponowała 1-dniową wycieczkę do Zielskiej Kolonii, które znalazła na fb i już się dogadała z Agą na taką wizytę, by po prostu poznać, pogadać. W ogóle wtedy nie przypuszczałam, że zagoszczę tam na dłużej:)

Agnieszka pokazała nam swoje siedlisko pełne ziół, poczęstowała Iwanem Czajem, pyszną fermentowaną herbatą z wierzbówki kiprzycy, poopowiadała i o sobie, i o ziołach. W którymś momencie zaczęłam jej zbierać chabry na jej łączce i zapytałam się, czy nie przydałby się jej jakiś pomocnik. Ona na to, że tak, tyle, że nie ma noclegu, ale jej kuzyn ma w pobliżu pustą starą chatę, może udostępni. No i udostępnił:) I tak rozpoczęły się moje dwumiesięczne praktyki, które tak naprawdę trwają do dziś:))

Przynajmniej raz w roku, do tego roku był to zwykle czerwiec lub/i sierpień, przyjeżdżałam do Agi i robiłam co potrzebowała: zbierałam zioła z jej łąki, pola czy pobliskich lasów, zlewałam octy, nalewki czy maceraty, kroiłam zioła do maceratów, kopałam ziemniaki, a czasami pomagałam w porządkach, bo w tym jestem niezła – jestem czyścicielem:)) Ja robiłam to, co lubiłam, a za czym Aga mniej przepadała i tak się uzupełniamy:) Z czasem się tez mocno zbliżyłyśmy i kiedy tu przyjeżdżam, czuję się członkiem rodziny:)

W tym roku koronka sprawiła, że mogłam być znacznie dłużej i wcześniej u Agi i dzięki temu zobaczyłam i uczestniczyłam w przygotowaniu małego warzywnego ogrodu, w którym – do tej pory co przyjeżdżałam – obok warzyw królowała jedna z mych ulubienic (zresztą Agi też) – żółtlica, zmora większości ogrodników, zarówno pryskających, jak i ekologicznych. Nawet napisałam pracę dyplomową na jej temat, by przybliżyć jej cudowne właściwości moim kolegom z kursu (na jej temat na pewno napiszę obszerny wpis – i to nie jeden;))

Po raz pierwszy w tym roku pojawiłam się w Zielskiej Kolonii na początku kwietnia i zobaczyłam .. puste pole, już zaorane, które trzeba było przekopać. Widłami wybierałam korzenie, głównie perzu, a potem z Agnieszką, po wyznaczeniu przez nią miejsca, robiłyśmy grządki i siałyśmy warzywka.

To wówczas, pod wpływem informacji, które docierały nt tego, jak się nakręca spiralę strachu i dziwne, niepokojące, moim zdaniem, nakazy i zakazy, podjęłam decyzję o założeniu tego bloga:) Potem na 2 tygodnie wyjechałam do drugiej kumpeli na Podlasiu, pomóc jej przy zdalnym nauczaniu i opiece nad dziećmi. Kiedy wróciłam, byłam pod wrażeniem, jak się ogród zmienił. Za pierwszym mym pobytem była ogromna susza, widoczna i odczuwalna na każdym kroku, a teraz – wszystko się zazieleniło, nabrało tej pięknej, ożywczej barwy wiosennej zieleni:)

Chyba jednak największy szok przeżyłam, kiedy wróciłam w drugiej połowie czerwca (wyjechałam w Dzień Dziecka) i z jednej strony zobaczyłam Agi ogród ziołowy pełen kolorów i kwitnących ziół (był ledwo widoczny, kiedy wyjeżdżałam), a z drugiej – jej ogród warzywny, pełen warzyw, ale i wszędobylskiej żółtlicy, niekoniecznie potrzebnej Adze na tym etapie, choć trochę dla niej zebrałam i dla siebie też:)

Przydałam się do pielenia jej ogrodu, a przy okazji zbierania ziół. Dla Agi nazbierałam łany żółtlicy i dymnicy, a dla siebie dodatkowo gwiazdnicy, chwastnicy (trawy, której nie lubi praktycznie nikt, a jest źródłem chlorofilu), babki, bylicy pospolitej.. To z pola warzywnego, bo wyjeżdżam teraz z reklamówką pełną zasuszonych ziółek: nagietka, komonicy, mięty, szałwii, lipy, koniczyny czerwonej… Zrobiłam też 2 maceraty olejowe na zimno: z dziurawca na oleju z pestek winogron oraz z mięty i szałwii na oleju sezamowym. Ten drugi zrobiłam pod kątem porannego ssania oleju, oczyszczającego jamę ustną z wszelkich zanieczyszczeń, a te ziółka dezynfekują i odświeżają:)

W ostatnią niedzielę uczestniczyłam w pierwszym w tym roku warsztacie Agi – ten był nt herbatek fermentowanych (właściwie utlenianych). Zebrała się cudowna ekipa kobiet w różnym wieku z jednym sympatycznym rodzynkiem męskim:)

Aga, podobnie jak w maściach, które dla siebie robi, tak i na warsztatach dzieli się na bogato: i wiedzą, i smakowitymi przepisami na pyszne jedzenie. Z Zielskiej Kolonii nie chce się wyjeżdżać, bo jej właścicielka tworzy niesamowitą, otwartą atmosferę (stworzyła też świetne zaplecze w postaci altany i wiaty z kuchnią i piecem).

Na pierwszym planie domek grillowy – moja noclegownia:), po prawej – altana, a z tyłu po lewej -kuchnia z piecem (foto: Niina Marta O.)

Każdy wyjechał ze słoikiem własnoręcznie zrolowanej (a wcześniej zebranej) wierzbówki kiprzycy, by zrobić własną herbatę a la czarną (a zdecydowanie zdrowszą!), głową pełną wiadomości i wrażeń oraz pełnym żołądkiem (smażyliśmy placki ziemniaczane z krwawnikiem i bluszczykiem kurdybankiem oraz zrobiliśmy serek biały z różnymi ziołami i kwiatami, do tego chleb własnego wypieku:)) Aga zawodowo organizuje warsztaty, na których, obok spacerów ziołowych i coś smacznego do zjedzenia, dzieli się praktyką tworzenia kremów, maści czy innych naturalnych kosmetyków – z takich warsztatów wyjeżdżasz z własnym kosmetykiem!

W tym roku Agnieszka założyła łąkę kwietną z gotowej mieszanki nasion kwiatów. Oto efekt:

Aga robi też octy – różne, różniaste:) Z jabłek, porzeczek, mango, truskawek, pomidorów, kwiatów czarnego bzu, podagrycznika.. To u niej 3 lata temu z jej inspiracji, a mojego działania powstał pierwszy ocet wielokwiatowy – pychota! A tu kwiaty na tegoroczny ocet wielokwiatowy:

Od tamtej pory eksperymentuję z różnymi kwiatami i ziołami. Mój ulubiony to z kwiatów czeremchy:) A w tym roku robię ocet pod kątem koloru – chcę, by był mega różowy:) Oto wstępny efekt sprzed 2 tygodni:

Piękny różowy kolor to wynik dobrania kwiatów fioletowych, a przede wszystkim niebieskich, w tym przypadku – chabrów:) Jest też bluszczyk kurdybanek, lawenda, maki i płatki róży:) (foto: Nina Marta O.)

Na początku lipca odbyły się sianokosy traktorem – trawa została zgrabiona i ułożona jak dawniej w stogi:) Miałyśmy ogród przykryć słomą, jednak ostatecznie wykorzystałam siano i tak cały ogród wraz ze ścieżkami osianowałam:) Zrobiło się przytulnie i miękko:)

Na koniec osianowałam również młode, nowo posadzone drzewka i krzewy:

Na koniec jeszcze kilka zdjęć ogrodu, zanim wyjechałam na warsztaty białego śpiewu – dla mnie to niesamowite, jak szybko zmienia się i przemienia!

To są zdjęcia ogrodu warzywnego z ostatniego dnia mego pobytu tj. 21 lipca. Porównaj je ze zdjęciami ogrodu zasianowanego, który były robione 9 lipca – dla mnie to kosmos, co się w tym czasie pojawiło, jak zmienił się ogród! Może sianowanie przyspieszyło ten proces?! 🙂

Zapraszam Cię na stronę Agi: https://www.facebook.com/zielskakolonia/ – tam będziesz na bieżąco z organizowanymi przez nią warsztatami 🙂