Miesięczne archiwum: Wrzesień 2020

Pająki – od arachnofobii do ciekawości

Miało być o pająkach i grzybach, których we wrześniu pełno w lasach, jednak mam tyle zdjęć jednych i drugich, że postanowiłam każdemu poświęcić jeden oddzielny wpis:) A już znalazłam połączenie pomiędzy nimi, że zarówno pająki, jak i grzyby tworzą sieci.. Tak więc dziś skupię się na pająkach i ich sieciach:)

Jeszcze rak temu, maksymalnie dwa, gdyby ktoś powiedział, że będę pisać i fotografować pająki, to bym powiedziała, że nigdy w życiu! Od dziecka bałam się bardzo pająków. Pamiętam, jak miałam może 5 lat i szłam sobie przez takie nieużytki pełne pagórków, zarośnięte trawą i kwiatami. Było to w mieście, blisko bloków. I kiedy tam szłam, to nagle wręcz odbiłam się od sieci pajęczej, na której na samym środku siedział ogromny dla mnie wówczas pająk – krzyżak.. Byłam przerażona! Potem w wakacje byliśmy na Mazurach u rodziny na wsi i kilkakrotnie widziałam duże, czarne, wręcz granatowe pająki, które widziałam tylko tam. Na pewno to, że byłam wtedy małą dziewczynką sprawia, iż rosły w moich oczach.. Przypomniało mi się jeszcze, jak oglądałam „Pszczółkę Maję” – tak się bałam Tekli – pająka, że chowałam się za wersalkę i patrzyłam przez palce, którymi zasłaniałam sobie twarz.. Wrzeszczałam wniebogłosy, kiedy jakikolwiek pająk, nawet malutki znalazł się w obrębie mojego wzroku! Kazałam mamie, a potem innym osobom zabijać je, bo ja sama nie byłam w stanie – tak się ich bałam! Nie byłam w stanie nawet oglądać i dotykać zdjęć z pająkami – szybko przerzucałam, by ich nawet nie zobaczyć.. Jeszcze w 2013 roku, kiedy spałam u kumpeli i nagle przemknęło coś, co wydawało mi się pająkiem, fakt faktem sporym (choć najprawdopodobniej była to mysz, której w ogóle się nie boję), to zeszłam na dół i poprosiłam, bym mogła spać w innym pokoju, bo nie byłam ze strachu zmrużyć oka..

Wszystko powoli zaczęło się zmieniać właśnie w 2013 roku w maju, kiedy dostałam znaki, że mam iść szlakiem św. Jakuba. Wtedy dotarło do mnie, że idąc i śpiąc w różnych miejscach będę mieć do czynienia z pająkami. Z drugiej strony przyszła mi taka myśl, iż gdybym miała jakiegoś malutkiego pająka pod codzienną obserwacją, to nawet nie wiem, kiedy on by urósł, a ja stopniowo bym się z nim oswajała.. Od tamtej pory Anioły co chwila zsyłały na mnie małe pajączki, które wpadały na mnie ze wszystkich stron i chodziły po mnie. Bardzo mnie to rozśmieszyło i rozluźniło:) Zaczęłam być ciekawa pająków: obserwowałam je i ich sieci, ale tylko na odległość i małe pająki. W styczniu 2014 roku zamieszkałam w tzw. zamku Gargamela (nazwa wymyślona przez sąsiadów ze względu na specyficzny kształt domu) w Zbicznie – wiosce nad jeziorem. Wokół pełno było drzew – mieszkałam praktycznie w lesie, stąd i pająków było całkiem sporo, i to sporych rozmiarów! Pierwszego większego pająka własnoręcznie ubiłam, co i tak było postępem.. Jeszcze większym było to, że wiele mniejszych pająków mogło przy mnie funkcjonować. Z czasem te większe wynosiłam na zewnątrz, wsuwając pod nie kartkę i zasłaniając kubkiem. To w moim życiu była rewolucja! Od tamtej pory przy mnie pająki żyją, część wynoszę na zewnątrz, jakkolwiek już się nie wzdrygam na ich widok. Nie chciałabym, by jakiś pająk po mnie chodził, jednak jestem dumna ze zmiany nastawienia do tych stworzeń:) Jakkolwiek zaskoczona jestem tym, że któregoś dnia we wrześniu, chodząc na codzienne spacery na Podlasiu i wpadając na sieci pająków, poczułam, by poświęcić im wpis, a jednak:) Bardzo się z tego cieszę, a jak oglądam zdjęcia, to bardzo się cieszę z tej decyzji:) Zresztą – podziwiajcie sami:

Miałam ciekawe doświadczenia z pająkami, jak zaczęłam od początku września chodzić na spacery. Szłam szeroką aleją główną, a potem zbaczałam w jakąś ścieżkę w bok. Na nich co i rusz wpadałam na pajęcze sieci, stąd byłam uważniejsza, aż w końcu zaczęłam chodzić z kijem, machając nim przed sobą, byle tylko nie dać się złapać:) Jeśli tylko zauważyłam lub wyczułam poprzez kija, że jest pajęczyna, jak tylko mogłam tak staram się przejść, by jej nie zerwać, choć raz czy dwa się nie dało – były centralnie na środku drogi. A raz pająki mnie zaskoczyły. Idę sobie tą główną szeroką ścieżką, po której rzadko, ale jednak czasami przejedzie samochód. Rozmawiałam przez telefon i nagle na najszerszym odcinku – zobacz zdjęcie poniżej – wypatrzyłam sieć! Oczywiście nie była szeroka jak droga, tylko z boku – po prostu jedna czy dwie nici szły na drugą stronę. Jakkolwiek tu się tej pajęczyny zupełnie nie spodziewałam!

Czasami jedyny sposób, by je zobaczyć, to znaleźć odpowiednie tło:) Tu na tle nieba:

a tu na tle drzew – udało się go złapać w trakcie posiłku:

Czasami nie widziałam pająka, a efekty jego obecności:

Udało mi się złapać pająka naprawiającego swoją sieć:

Często w lesie nie widać pająka, jednak widać jego obecność poprzez wiszące w powietrzu kawałki roślin, jak np. liść:

Dwa lata temu poznałam pięknego pająka, jedynego jadowitego w Polsce – tygrzyka. Wygląda jak osa, a jego sieć ma charakterystyczny „zamek”, wzmocnienie sieci biegnące od środka do dołu w kształcie zygzaka. Można go spotkać na łąkach – raczej nisko na wysokości nóg, a tym razem znalazłam go na sośnie:

Chodząc codziennie tą samą ścieżką, zauważyłam, że pająki znikają – następnego dnia nigdy ich nie było w tym samym miejscu. Z tego też powodu, kiedy zdecydowałam się iść na sesję z aparatem poprosiłam pająki, by były na mej drodze – bym miała komu zrobić te zdjęcia:) No i były! Ciekawe, że już od następnego dnia coraz mniej spotykałam na drodze – gdybym poszła na sesję 3 – 4 dni później nie miałabym żadnego materiału na ten wpis..

Tydzień 1 – moje emocje – relacja

No i mija pierwszy tydzień mojego wyzwania.. Czas na pierwszą relację z moich doświadczeń:) Na początek napiszę,że jeśli tak ma się zakończyć pod względem mojej energii większość tygodni w ciągu tego roku, to za rok będę dużo dalej, dużo głębiej, dużo wyżej – wow, to się będzie działo!! Domyślam się, że nadejdą też trudniejsze tygodnie, wtedy to, co przeczytam dziś, może pomoże mi wtedy wstać?

Nawet nie wiem od czego zacząć.. Dużo się wydarzyło, dużo się działo.. Były różne momenty, niektóre bardzo trudne, jednak to, co chyba najważniejsze to to, iż niezależnie od sytuacji czułam w stosunku do samej siebie sprzed kilku dni dużo spokoju, w wielu momentach reagowałam uśmiechając się do siebie, śmiejąc się głośno czy zabawnie komentując siebie czy innych. Np. w środę byłam mega rozproszona, rozkojarzona, ciągle coś zapominałam, a ja po prostu śmiałam się z tego:) No, to ogromna zmiana w stosunku do tego, jak sobie przypomnę, jak było.. Kolejna ważna rzecz, od ostatniego piątku lżej się budzę i znacznie lżejsza:) Teraz budzę się około 6, a zaczynam ćwiczenia duchowe, opisane w poprzednim wpisie jako rytuały poranne, ok 7.30, a wcześniej ciężka budziłam się ok 7.30-8.00.. Tylko jednego dnia padłam jak kawka ok 21.30 i spałam mocnym snem bez przerw do 7.30. A dziś obudziłam się o ..3.20.. 2 godziny leżałam próbując jeszcze zasnąć, aż w końcu wstałam o 5.30 i zrobiłam rytuały, popisałam trochę moją książkę, a teraz piszę tutaj! Pewnie gdybym miała dostęp do netu z rana, to wpis byłby teraz na ukończeniu (jest 9.00). I co ważne – czuję się bosko!!

Codziennie minimum 4 razy dziennie, jak dzwoniła piękna melodia https://www.youtube.com/watch?v=ps43KwRm6pQ z telefonu (ustawiony alarm:), jak nie częściej, to zatrzymywałam się i sprawdzałam, co czuję. To, co zauważyłam to to, iż niezależnie co czułam, a zwykle to był spokój, to czułam równolegle napięcie w głowie. Czuję, iż to napięcie głównie wynika z nadmiernego myślenia – przez większość czasu gadam ze sobą w swej głowie, analizuję, przyglądam się słownie poprzez dyskusję sama ze sobą..To tez pokazuje, że ten spokój nie jest w pełni spokojem – mam po prostu zdecydowanie mniejsze napięcie i szamotaninę emocjonalną niż wcześniej. Często „przyłapywałam” swoja minę i korygowałam na delikatny uśmiech, co czasami mnie rozbawiało:) W ogóle częściej śmiałam się z siebie czy w sytuacjach, jak mi coś nie wychodziło, kiedy wcześniej częściej się denerwowałam i podkręcałam negatywnie. Po raz enty doświadczyłam kilkakrotnie, iż jakiekolwiek nakręcenie mi nie służy.. W sobotę jechałam do Białegostoku i miałam rano busa z Łap, do których miała mnie podrzucić kumpela. Ja już byłam gotowa godzinę wcześniej, a one – kumpela z dziewczynkami – były w proszku i zaczęłam się denerwować. Zatrzymałam się na chwilę, poczułam swoją panikę, że nie zdążę i wróciłam do tu i teraz. Ustaliłam sobie godzinę, o której maksymalnie powiem im, że mają się szykować i tak zrobiłam. Nawet nie musiałam, bo wtedy samo się zadziało:) Byłyśmy znacznie przed czasem, tak swoją drogą:) Kolejne nakręcenie to grzybami w trakcie spacerów. Po raz pierwszy w tym roku poczułam grzyby i zbieram, jak rosną przy drodze, głównie dla mojego szwagra, który je uwielbia:) I idąc na codzienny spacer zaczęłam się nakręcać wypatrywaniem ich.. To mnie spinało, więc w końcu zaprzestałam to robić (stopniowo każdego dnia..), choć dalej się cieszę, jak na nie wpadnę:) Jakkolwiek z powrotem zaczynam się cieszyć po prostu zwykłym spacerem:)

Najważniejsze wydarzenie miało miejsce w niedzielę. Wtedy najpierw kumpela powiedziała mi trudną rzecz o mojej energii. To, co mi się spodobało, iż po prostu zrobiło mi się smutno, jednak nie poczułam odrzucenia, jak zwykle w takich sytuacjach, ani się z tą informacją nie boksowałam. Poszłam na spacer i spokojnie się temu przyjrzałam. Poczułam, że trochę inaczej to widzę niż kumpela i jednocześnie w końcu podjęłam decyzję, że jestem tu do około 1 października, co zakomunikowałam kumpeli. Wydawało się, że jest w miarę ok, z lekkim dystansem, a to była cisza przed burzą.. Okazało się, ze któregoś dnia nie sprawdziłam, iż jej dziewczynki, z którymi wstawiłam pranie, nie otworzyły suszarki z wysuszonymi skarpetkami i po kilku dniach zaczęły one śmierdzieć.. To stało się zaczątkiem kłótni, w której kumpela zarzuciła mi, że olewam sobie mieszkanie z nimi. Była w tym prawda, co przyznałam – byłam zmęczona niektórymi ich zachowaniami, które mnie zniechęcały do angażowania się całą sobą. Kumpela trochę poleciała i powiedziała o wiele słów za dużo, za co mnie następnego dnia przeprosiła. I choć całość była trudna, to jednak uzdrawiająca, bo nad ranem uświadomiłam sobie, iż moja niechęć miała źródło dużo wcześniej – w sytuacji, w której kumpela po raz trzeci mnie odrzuciła i wyrzuciła ze swojego życia. Ja to uzdrawiałam i wydawało mi się, że już jej wybaczyłam i czuję, że tak jest, tyle, że lęk pozostał, tym bardziej, że wcześniej dawałam aż za dużo z siebie, nie zawsze słuchając siebie. Teraz znacznie bardziej słucham siebie, tyle, że jeszcze robię to poprzez walkę o siebie.. Do czego zmierzam? Dzięki tej sytuacji ujawniłam uczucia, które czułam i miałam świadomość, tyle, że trudno mi było podzielić się z nimi z kumpelą. To odkrycie „tajemnicy” uwolniło masę mojej energii i zaczęłam zupełnie inaczej funkcjonować.. To też było pierwotną przyczyną całej tej szamotaniny, pogłębionej przez fakty, o których pisałam w pierwszym wpisie.. Prawda uwalnia – jak to kiedyś powiedzieli moi Mistrzowie i po raz enty doświadczam tej prawdy na sobie:) Już dawno – po ujawnieniu moich długów postanowiłam nie mieć tajemnic, bo zatrzymuję energię, która mogłaby pójść w rozwiązanie sytuacji.. No właśnie, ja mam jeszcze trudność powiedzenia o niektórych uczuciach osobom, na których mi zależy.. I to jest słowo – klucz: zależność.. Dzieje się to z osobami dla mnie ważnymi, które z różnych względów stawiam czasami wyżej niż siebie. Teraz jest to jeszcze w pewnych aspektach, nie w całości, jednak i tak wpływa to na relacje.. Tych osób jest coraz mnie, coraz mniej mam takich zachowań, jednak ich siła jest przeogromna w dalszym ciągu.. W związku z tą sytuacją chciałabym się z Tobą podzielić 4 rzeczami:

  1. w niedzielę, kiedy było mi tak trudno, a z kumpelą w tym dniu nie znalazłyśmy porozumienia, jej córki wpadły na pomysł otworzyć „Kwiat Lotosu” i w zamian za parę złotych (zbierały na figurki koni) zaproponowały masaż, koncert na misach, zrobienie tatuażu (mazakami), zrobienie portretu oraz zakup kilku drobiazgów, własnoręcznie zrobionych; wykupiłam pakiet 4 pierwszych usług i to było błogosławieństwo na mój stan! to niezwykłe, jak dziewczynki zostały natchnione, by zrobić coś, co mnie wsparło! A jeszcze Laura zaczęła mnie na maksa rozśmieszać, kiedy Patka robiła mi portret, bym się uśmiechnęła.. Do tej pory kręcę głową, jak działa pole:)
  2. w poniedziałek „zamroziłam” sytuację z kumpelą: wzięłam kartkę papieru, napisałam datę, opisałam całą sytuację, jak, gdzie, kiedy i moje uczucia, a kartkę wrzuciłam potem do zamrażarki, kiedy kumpela wróciła z pracy – przeprosiła mnie! To był dla mnie szok!! Już nieraz doświadczyłam dobrodziejstw tej techniki, więc Ci ją polecam – zamroź to, co trudne! Tak zrobiłyśmy z kumpelą z niejedną sytuacją z jej byłym i one – te sytuacje – jakby przestały istnieć! Jednak w którymś momencie, kiedy poczujesz, spal te kartki.
  3. Któregoś dnia słuchałam wspaniałego webinaru Marii Nowak – Szabat pod tytułem „20 lekcji na 2020 rok”. Dzieli się tam ćwiczeniem „Dokańczanie przeszłości”, którego autorem jest Michael Hyatt. Celem tego ćwiczenia jest wyciąganie z przeszłości, szczególnie z trudnych doświadczeń, czegoś bardzo wartościowego. Ja wspomnę tylko o jej kluczowym czynniku, jakim jest mieć bardzo jasno przed oczyma sytuację, ten okres czy to zdarzenie, które jest trudne, zmieniło naszą przyszłość, nasze plany. Następnie pomyśleć sobie, że w tym wydarzeniu jest dla nas okazja, jest lekcja, która mówi ci o tym, co warto, byśmy zrobili inaczej, np. co dobrze jest przestać robić lub a co dobrze zacząć robić i to zapisać w postaci pozytywnej, bez słowa „nie”. Ja dotychczas robiłam tak, tylko, że sobie tego nie zapisałam, by do tego móc wracać, więc zrobię to teraz. Moja lekcja z tego doświadczenia: Zawsze mów prawdę, szczególnie o swoich uczuciach, nawet jak jest to trudne, niewygodne, zanim to urośnie do mega trudności. Prawda uwalnia, a dzięki temu odnajdziesz energię, moc i jasność, jak rozwiązać tę sytuację czy zachować się w danej relacji.
  4. Jest prawdopodobne, iż na głębokim poziomie uzdrowiłam moje poczucie odrzucenia w trakcie sesji z Jolą (https://atelierprzemian.com), bo pomimo trudności doświadczenia z kumpelą, a jest mi ona bliska, a jak wspomniałam odrzuciła mnie w trakcie naszej znajomości już 3 razy, po raz pierwszy nie wzięłam tego przeciwko sobie i nie wzbudziło się we mnie poczucie odrzucenia. To niezwykłe i uwalniające! To pokazuje ile nosimy za nasz ród, a możemy to puścić:) Boskie uczucie! Nie ma co oceniać danej osoby, która w naszym odczucie zrobiła coś trudnego, bo zrobiła to na głębszym poziomie po coś:) Haczymy się z kimś i tylko w tych obszarach, gdzie mamy pasujące w sercu rany i haczyki z drugiej, odpowiadające tym „dziurom”.. To są okazje do uzdrowienia, chociaż bardzo to zwykle boli – nieraz to dalej odczuwam..

Dostałam w ciągu tygodnia 2 cudowne przykłady osób, które ze śmiechem i lekko reagują w napiętych sytuacjach. Jedną z nich jest Katerina Perłowa, która gra na misach i gongach – w różnych sytuacjach będę sobie przypominać jej sposób reakcji na niespodzianki w trakcie koncertu, na którym grała wraz z Justą (która to organizowała z okazji urodzin swego Taty) – niezwykły żywy obraz:) A druga jest bohaterką książki, którą w tym tygodniu zaczęłam czytać.. Tak, tak, znaki przychodzą z różnych stron i w różnej postaci:) Cudownie:) Tu przychodzi mi myśl, bym nauczyła się dbać o siebie z lekkością, a nie z ciężkością poprzez walkę i chronienie siebie..

Mam przyjemność mieć koncert mis mieć codziennie przed snem u kumpeli:) Zwykle mój umysł szaleje i jest aktywny w trakcie koncertu.. Zastanawiało mnie to, jednak mistrzowie powiedzieli, iż taka jest na dziś natura mojego umysłu i warto się otworzyć na informacje wówczas przychodzące. No i któregoś dnia przyszła do mnie informacja, bym rozluźniła gardło.. To z napięcia tej części ciała mam często srogi, twardy głos.. Skojarzyło mi się, że ostatnio 2 razy miałam kontakt bezpośredni na białym śpiewie i pośredni jadać z jednym cudownym małżeństwem z ludźmi zajmującymi się emisją głosu.. Około 20 lat robiłam taki kurs, ale nic z niego nie pamiętam.. Czas chyba odświeżyć to doświadczenie:)

Na co dzień to, co mi pomaga, to kontakt z przyrodą. Codziennie chodzę na minimum półtorej godzinny spacer. Początek zwykle jest pełen radości, bo mój pies, choć 13-letni, to jak szczeniak zaczepia Kamię, 4-letnią sukę, z którą się bardzo lubią. Najciekawsze jest to, że on dopiero od niedawna tak robi.. Kolejny nauczyciel radości w moim życiu:) Któregoś dnia przyszło mi takie porównanie z przyrodą, iż natura nie tylko jest piękna i spokojna. Jej częścią są burze i tornada, które wiele niszczą.. Są różne zwierzęta – łagodne sarny i drapieżne koty.. Nawet u Justy każdy kot (a ma ich 3) są różne i Ksena, choć potrafi drapnąć i warczeć, jest akceptowana przez swoich właścicieli.. Stąd może czas przyjąć i zaakceptować siebie całą, wraz ze złością i innymi czasami trudnymi cechami.. Każda z nich ma swoją drugą stronę, jest po coś, daje jakieś korzyści.. Któregoś dnia inna kumpela powiedziała o mnie, że jestem nauczycielem złości.. Może tak własnie jest? Zobaczymy, będę się temu przyglądać:) A to, co na co dzień w szybki sposób mi pomaga poukładać myśli to układanie drewna w drewutni – niezwykle mnie to wycisza:)

Jeszcze wydarzyło się coś niespodziewanego. Zapisałam się na darmowy kurs „Dharma” z Agni – Ajurweda (https://agni-ajurweda.pl) i.. Zapisałam się tak naprawdę po raz drugi. Za pierwszym razem nie doszły do mnie nagrania i zadania, proponowane przez Marię Nowak -Szabat, ale przysłała mi je kumpela i je wtedy zrobiłam. Pierwsze – poprosić 5 znajomych o 5 moich unikalnych cech było boskie i wzruszające (dostałam więcej cech i od większej liczby znajomych:)), drugie – zrobienie kart mocy zrobiłam, ale wtedy nie dokończyłam, a trzecie napisanie pracy swoich marzeń, czyli co bym robiła, gdybym nie potrzebowała pieniędzy, zrobiłam ponownie. Tym razem ciut głębiej, i pojawiło mi się coś, co mnie trochę zaskoczyło.. Na dziś przytoczę to, co napisałam w komentarzu pod tym zadaniem:

to ćwiczenie mocno pracuje we mnie i to, co krąży, choć to może mało konkretne, a jednak to to poczułam, że chcę dalej dzielić się sobą – swoją energią, wiedzą, swoim działaniem, swoimi inspiracjami, swoim doświadczeniem i dać przestrzeń do wspólnego doświadczania codzienności przy wspólnym gotowaniu, rozmawianiu, tworzeniu, byciu w naturze czy milczeniu przy jednoczesnym- co dla mnie ważne – dbaniu o siebie, byciu prawdziwą, autentyczną. Zwykłą codzienności zmienić w niezwykłą zabawę życiem:)

Zaskoczyło mnie, bo jednak pojawiło się nazwijmy to „praca z ludźmi” (na teraz nie znajduję innego określenia), coś, co myślałam, że po latach prowadzenia gabinetu psychoterapeutycznego nie wróci, a jednak.. fakt faktem zupełnie w innej odsłonie, w doświadczaniu codzienności, jakkolwiek.. będę się temu przyglądać:) dodam tylko, że to, co obudziło mnie dziś o 3,20, to myśl, że może mam jednak zapisać się na 9-miesięczny kurs Dharma, by w procesie przyjrzeć się swojej misji – może to to? Dziś przyglądam się temu, mam czas do wtorku:)

Przypomniało mi się, że dostałam jeszcze jedną inspirację, którą chcę zrealizować w ciągu tego roku: Warsztat Terapii Mocnego Trzymania. Przeżyć na nowo swój poród będąc mocno objętą:)

A temat na kolejny tydzień to: Moje myśli – co mówię do siebie i innych, kiedy nic nie mówię.. -przyjrzeć się im, świadomie je łapać, ciekawe, co z tego wyniknie:) Powiem szczerze,że rano miałam chwilę zastanawiania się, miałam kilka pomysłów i mój umysł lekko szalał.. Na następny tydzień chcę przed snem w czwartek dać intencję, by obudzić się z tematem tygodnia:)

A na sam koniec, kiedy już zamknęłam ten wpis, przyszła mi myśl, by może napisać do Marysi z Agni – Ajurweda, by podzielić się, jaką jej praca poprzez webinary i udostępnienie ich w Przystani stały się dla mnie inspiracją? Pochodzę z tym i poczuję..

Rok zabawy ze sobą – przejdźmy do konkretów:)

Dziś przybliżę mój pomysł na to roczne wyzwanie, w którym chcę ukonkretnić moją misję, odnaleźć radość w sobie, zaakceptować siebie taką, jaką jestem – przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza:) Można to chyba podsumować też tak, by stać się dla siebie swoim najlepszym przyjacielem🙂

W kwietniu miałam sesję oczyszczania duszy z Katarzyną Hoppe i powiedziała coś, co ze mną zarezonowało, coś, co słyszałam niejednokrotnie, a teraz w końcu do mnie dotarło. Powiedziała, że walczę o siebie, a mam zadbać o siebie. Wspomniała jeszcze, iż mam na sobie zbroję emocjonalną, poprzez którą chronię siebie, stąd pojawiła się we mnie chęć, by tę zbroję rozbroić, rozpuścić. Ten projekt ma służyć również temu. Wtedy w końcu będę wolnym człowiekiem:)

Całość ćwiczeń i doświadczeń, które chciałabym zafundować sobie w ciągu najbliższego roku podzieliłam na 2 grupy: rytuały codzienne i wyzwania cotygodniowe. W pierwszej grupie są praktyki, które od dawna lub niedawna już włączyłam w swoją codzienność. Niektóre pomysły przyszły mi np. w trakcie słuchania rozmowy Marii Nowak – Szabat (agni-ajurweda.pl) z Kasią Krasucką, nagranej w trakcie summitu online „Jetem latarnią”, który niósł światło w trakcie koronki. Inne są powtórką lub stworzonymi na nowo ćwiczeniami, które robiłam w trakcie projektu „100 000 w 100 dni”. Część stworzyłam teraz, łącząc różne przekazy.

Codzienne poranne rytuały, które robię zaraz po obudzeniu się:

  • modlitwa – zwracam się do Boga, Jezusa, moich Mistrzów, Nauczycieli i Aniołów, by wsparli mój proces – tak jak czuję, swoimi słowami; chcę dodać jeszcze modlitwę o pogodę ducha, którą właśnie ściągnęłam z internetu, a ostatnio krąży mi po głowie, tyle, że nie pamiętałam jej słów, a zaraz zapiszę w moim zeszycie: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.”
  • czytam afirmację: „Spotyka mnie to, co najlepsze. Jestem prowadzona i dostaję to, co najlepsze dla mnie” i czasami dodaję w duszy „nawet jak jest to opakowane jak prezent”, gdyż zdarza mi się, że dostaję coś trudnego, co w pierwszej nijak się ma do „czegoś najlepszego”, jednak jest to jak maleńki drogocenny skarb owinięty w wiele warstw, które najpierw trzeba zdjęć, by ujrzeć i docenić jego wartość..:);
  • minimedytacja – chwila ciszy z moją duszą, otwieram Kroniki Akaszy poprzez modlitwę i po prostu jestem ze sobą; czasami zadaję pytanie: czego moja dusza pragnie? albo skupiam się na oddechu; to raczej chwila wyciszenia, bo nie jest tak, że płyną do mnie odpowiedzi – może z czasem tak będzie, jednak nie teraz, nie ma to znaczenia – ważny jest dla mnie sam fakt, że świadomie poświęcam chwilę dłuższą lub krótszą, by spotkać się z własną duszą i jednocześnie wyciszyć umysł;
  • ćwiczenie „Ja w pełni jestem..”, które jest mojego autorstwa, zainspirowana praktykami, które dostałam w trakcie sesji z różnymi uzdrowicielami. Celem tego ćwiczenia jest z jednej strony akceptacja wszystkich moich cech, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych i zintegrowanie ich w jedną całość, przyjęcie siebie z całym inwentarzem, a z drugiej – wzięcie odpowiedzialności za to, co moje, a oddanie tego, co nie moje, co wzięłam z rodu na swoje barki, co uznałam za moje, a takowe nie jest. Na dwóch stronach wypisałam całe mnóstwo cech, które w jakikolwiek sposób czuję w sobie lub jakie słyszałam ze strony innych na swój temat. Są tu takie cechy, jak np. troskliwa, pełna energii, twórcza, jak i samotnik, arogancka, wywyższająca się, wybuchowa, dziwna, głośna.. Tych cech jest ogromna ilość, codziennie przychodzą mi kolejne, które dopisuję pomiędzy poprzednimi (gdybym wiedziała, że aż tyle dopiszę, pisałabym na kolejnych stronach – mnie samą zaskoczyła ich liczba, jakkolwiek to super, jest większa szansa na ich uzdrowienie), zresztą sam(a) zobacz:

Codziennie rano i wieczorem siadam z tą listą i przy każdej cesze mówię po kolei kilka zdań (w nawiasie zapiszę od kogo jest dana inspiracja, jeśli będzie taka potrzeba):

  1. Ja w pełni jestem .. (i tu podaję daną cechę)
  2. Tak, to prawda.
  3. Dziękuję, że się o tym dowiedziałam.
  4. Wybaczam sobie wszystko, co jest z tym związane teraz i na wieki.
  5. Nie jest już mi to potrzebne.
  6. Uwalniam się od tego. (całość 1 – 6 Elen Elijah)
  7. Kocham, szanuję i akceptuję siebie w pełni. (Jola Hamerlik)
  8. Błogosławię siebie w pełni.
  9. Jestem cudowna – szanuję moje wybory. (Kroniki Akaszy)
  10. Biorę, co moje, oddaję co nie moje – niech wraca do pierwotnych właścicieli.
  11. Amen

Zdanie 10 stworzyłam sama, jednak mocna jest tu inspiracja z pracy z Jolą (https://atelierprzemian.com), kiedy oddawałam przodkom różne uczucia i przekonania, które były ich, a nie moje. Za każdym razem, jak siadam do tego ćwiczenia, robię tyle cech, na ile jestem gotowa: był wieczór, ze zrobiłam tylko dwie, zwykle 10 – 15, jeszcze sporo mam do zrobienia:)

  • ćwiczenia fizyczne – to ostatnie, co robię rano przed śniadaniem; są to jakiekolwiek ćwiczenia na teraz, choć trochę ruchu, na dziś to może trwa to 5 minut, a czasami pewnie nawet nie; był czas, jeszcze pół roku temu, że przez prawie 2 lata ćwiczyłam rano rytuały tybetańskie z dodatkiem kilku ćwiczeń rozciągających, powoli będę do tego wracać, choć może będę bardziej podążała za intuicją co ćwiczyć i ile w danym momencie niż trzymała się gotowego schematu.

Rytuały codzienne w ciągu dnia:

  • błogosławieństwo – czyli błogosławienie (dawanie miłości, dzielenie się miłością) wszystkiego, szczególnie tego, z czym mi trudno; tę praktykę robiłam w trakcie koronki, potem zaprzestałam, a od kilku dni wróciłam i bardzo mi pomaga. Sens tej praktyki jest taki, iż jeśli błogosławię to, co mi i/lub innym ludziom służy, to energia miłości to powiększa, a kiedy błogosławię to, co mi i/lub innym ludziom nie służy, to energia miłości to rozpuszcza. Podam kilka przykładów: „Błogosławię swoją złość”, „Błogosławię swój chaos”, „Błogosławię swoją agresję”, „Błogosławię koronkę”. To niesamowite, jak to zmienia we mnie energię i ułatwia poradzenie sobie z tym, z czym mi trudno. Któregoś dnia przyszło do mnie zdanie: „Drogą do zmiany jest akceptacja” i ta praktyka błogosławienia, podobnie „ja w pełni jestem”, bardzo mi pomagają to zrealizować, czuję to bardzo mocno. Słyszałam kiedyś historię kobiety, która zachowała zdrowie, żyjąc na obszarze Czarnobyla po wybuchu elektrowni jądrowej. Okazało się, że wszystko błogosławiła. Uczę się błogosławić wszystko wokół mnie, a ostatnio, kiedy ktoś mówi mi coś trudnego, po chwili w sobie mówię: „Błogosławię twoje słowa”;
  • zapytanie siebie: co czuję w danym momencie? czy to, co robię, jest tym, co chcę robić? Czy jestem teraz w obfitości czy w braku? – mam nastawiony alarm, do wczoraj było to 3 razy dziennie, a od dziś 4 razy: o godzinie 10, 13, 16 i 19, który mnie na chwilę zatrzymuje i na dany moment sprawdzam w sobie, jak jest, zadając sobie któreś z tych pytań; oczywiście, jak przypomnę sobie któreś z tych pytań w innym momencie, to sprawdzam, jak jest:) jednak dotychczas bez budzika raczej szybko o tym zapominałam..:
  • oddawanie ziemi trudnych emocji poprzez słowa: „Niech to, co złe, niech idzie do ziemi, niech to, co złe, w dobro się zamieni” powtórzone 3 razy z jednoczesnym dotykaniem ziemi rękoma;
  • w zależności od sytuacji, w jakiej jestem i uczuć, które przeżywam, mówienie do siebie różnych afirmacji, które otrzymałam od Mistrzów poprzez Kroniki Akaszy, np. „Jestem bezpieczna”, „jestem zaopiekowana”, „jestem akceptacją”, „jestem spokojem”, „jestem radością”, „jestem wolnością”;
  • skrócona wersja Ho’oponopono: przepraszam, wybacz mi, dziękuję, kocham cię – mówię to w myślach, kiedy myślę o osobie, z którą mi trudno;
  • kolorowanki, głównie mandale, tu bawię się tęczowymi zestawami kolorów;
  • zeszyt wdzięczności – nie wypełniam go na razie każdego dnia, jakkolwiek sama praktyka jest boska
  • zapytywanie samej siebie, co dziś sprawiło mi radość czy przyjemność lub wywołało uśmiech na twarzy.

Pomysły do realizacji w ciągu tego roku – przyszły do mnie, gdy rozmyślałam o tym projekcie i chciałam go rozpisać na części, zaplanować. Czuję, że są to inspiracje, które w większości zrealizuję, nie wiem, czy wszystkie, bo może w trakcie roku, w trakcie trwania projektu coś zmienię: coś ujmę, a coś innego dodam, a co będzie wypływało z czucia. Są to pomysły na codzienne rytuały, krótkie, długie, po prostu różnorodne. Oto one:

  • autodiagnoza – chodzi mi o mocne przyjrzenie się sobie na podstawie materiałów, które już mam lub wiem o sobie, by wyłapać coś, co może mi się wymyka. Mam cichą nadzieję, że kiedy przejrzę to wszystko, co podam poniżej, to uda mi się ukonkretnić moją misję, np. wczoraj usłyszałam o jednej kobiecie, która jest wicedyrektorem przedszkola, iż jej misją jet praca z dziećmi i z tego powodu zdecydowała się nie zakładać rodziny, by mieć więcej czasu na swoją misję – czuje moc w takim świadomym podjęciu decyzji. Znam swoje różne cechy, a chcę ukształtować swoją misję. Drugi powód tej autodiagnozy to jest jeszcze większe zrozumienie siebie, co jest ważnym krokiem ku akceptacji siebie. Tu planuję poczytać i przesłuchać to, co mam, tj:
    • diagnoza dosz w ciele i umyśle wg ajurwedy, by wiedzieć, jak je balansować
    • swój horoskop
    • numerologia
    • wynik testu osobowości MBTI
    • wynik testu Dynamika Bogactwa
    • znaczenie moich imion
    • kurs Dharma
    • coaching
  • kurs mindfullness – wykupiłam go ze 2 lata temu, może czas w końcu go zrealizować???; tu np. bardzo chciałabym się nauczyć techniki reagowania na cokolwiek po 3 sekundach, by dać sobie czas..; któregoś dnia przyszła do mnie myśl, iż wolę być uważna niż poważna, więc zamieniam poważność w uważność🙂
  • obserwacja siebie, np. co mówię, jakimi słowami..;
  • balansowanie dosz wg ajurwedy dietą, kontaktem z naturą, rytmem dnia i innymi sposobami dostosowanymi do konkretnych dosz;
  • oczyszczanie organizmu wg ajurwedy, w tym panchakarma – bardzo poczułam kilka sposobów, o których opowiadała Maria Nowak – Szabat na webinarza „Oczyszczanie z ajurwedą w 7 krokach”; poza tym działanie na ciało oczyszcza też emocjonalne aspekty, to też mnie zainspirowało, by któregoś dnia przyjrzeć się moim złogom emocjonalnym – w jakich relacjach co mi zalega i jakoś to oczyścić, na ile się da..;
  • praca z oddechem,
  • kundalini – kiedyś mi poszło, bym tego spróbowała, może czas na to?;
  • intencja – zaczynać i kończyć dzień z intencją, jak również nadawać intencje różnym działaniom w ciągu dnia,
  • koncerty w dźwiękach mis i gongów,
  • kontakt z naturą – spacery, bywanie w lesie, rozmowy z drzewami, przytulanie się do drzew, kontakt ze zwierzętami;
  • robienie tego, co sprawia mi radość:
    • parki linowe
    • wspólne granie w gry planszowe i zabawy
    • biały śpiew
    • taniec – może warsztat 5 rytmów?
    • szydełkować
    • zbierać zioła
    • oglądanie czegoś pozytywnego, pięknego, radosnego, np. oglądanie filmików ze zwierzętami, czytanie kawałów
  • rozpuszczanie zbroi w ciele poprzez:
    • masaże – poddać się oraz robić komuś
    • automasaż
    • głaskanie
    • dotykanie się, w tym głowy
    • smarowanie
    • przeciąganie
    • opukiwanie
  • zamiana złości na radości – zauważyłam, że w różnych momentach koncentruję się na złości oraz reaguję złośliwie, więc będę chciała się tym pobawić, będzie to wymagało uważności i silnej woli, dlatego to raczej później, jak już się rozkręcę:) przykładowe pomysły:
    • zamiana wulgarnych słów na śmieszne
    • zamiana zgryźliwych komentarzy na zabawne lub autoironiczne, z poczuciem humoru
    • szukanie pozytywów danej sytuacji – to potrafię, trzeba tylko nauczyć się to wdrożyć, by to robić częściej i szybciej w trudnych dla mnie sytuacjach
    • wygłupianie się
    • a dodatkowo, np. tydzień bez krytykowania
  • sprawiać innym radość
  • praca z rodem:
    • sesja z Katarzyną Hoppe
    • ustawienia rodzinne wg Hellingera
  • wizualizacja tego, co zamierzam osiągnąć:)
  • może żyć tak, jakby to był ostatni rok mego życia?
  • inspiracje przychodzące w trakcie trwania projektu:
    • Warsztat Terapii Mocnego Trzymania
    • rozluźnić gardło, np. Kurs emisji Głosu, śpiew

Planowane efekty na koniec projektu:

  • więcej się śmieję niż złoszczę,
  • kiedykolwiek przyłapię się, to mam uśmiech na twarzy,
  • zabawnie komentuję zachowanie swoje lub innych, a jednocześnie tych komentarzy jest mniej niż teraz,
  • jestem bardziej rozluźniona,
  • mam określoną misję,
  • akceptuję złość i widzę w niej potencjał, z którego świadomie i z opanowaniem korzystam;
  • nie mam momentów szamotaniny, a w środku czuję spokój niezależnie od sytuacji,
  • dbam o siebie, czyli jasno i bezpośrednio komunikuję każdemu, kiedy z czymś mi trudno w danej relacji, jasno wyrażam swoje potrzeby – robię to spokojnie, bez walki:)

Jak już pisałam w poprzednim wpisie, postanowiłam iść na żywioł, pozwolić się prowadzić, a nie wszystko na początku zaplanować, jakbym zrobiła to wcześniej. Mam wrażenie, że to też jest jedna z praktyk, poprzez którą będzie realizowany mój projekt. Jednak nie chciałabym tego całkowicie tego puścić, bo mogłoby się zaraz okazać, że projekt rozpłynął się szybciej niż się rozkręcił.. Przyszła mi inspiracja z tookapic.com, o którym pisałam niedawno (Siuga – na urodzinki od Ninki 🙂), by na dany tydzień tworzyć temat tygodnia:) Projekt zaczęłam w piątek, więc raz w tygodniu w tym dniu będę tworzyć nowy temat na kolejny tydzień, a jednocześnie podzielę się, jak udało mi się zrealizować dany temat w danym tygodniu. Dany temat będzie pełnił funkcję intencji na dany tydzień.

Temat – intencja danego tygodnia:

  1. tydzień – Moje uczucia – obserwacja swoich uczuć, samopoczucia, pytanie siebie w różnych momentach, co czuję, jak również obserwacja swego ciała
  2. tydzień – Moje myśli – co mówię do siebie i innych, kiedy nic nie mówię.. -przyjrzeć się im, świadomie je łapać, ciekawe, co z tego wyniknie:)
  3. tydzień – 3 minuty – czas na posłuchanie swej duszy – jet to ćwiczenie z kursu mindfullness, któremu chcę temu się przyjrzeć, spróbować, doświadczyć!
  4. tydzień – Moje słowa – co mówię do siebie i innych – przyglądanie się temu,co mówię: czy wybieram, czy unikam, czy jestem na tak, czy na nie, czy jest w biedzie czy bogactwie mentalnym.. Jakich używam słów – wspierających mnie czy takich, by sobie dokopać lub dokopać innym..
  5. tydzień –Dużo się śmieję i wszystko zamieniam w żart:)
  6. tydzień – Jestem na TAK!
  7. tydzień – Uczę się intencji:)
  8. tydzień – Intencja

To, co mi przyświeca, to myśl, która mi się spodobała:

Świeć przykładem, zamiast oświecać innych:)

Mój nauczyciel radości, moja radość:)

Od złości do radości – start rocznego projektu zabawy ze sobą

Dziś jest początek nowego roku numerologicznego i poczułam, że to dobry moment na start z projektem, który od kilku dni kołacze się w mojej głowie. Wcześniej napisałabym rok pracy ze sobą, jednak od wczoraj zdecydowanie mocno poczułam słowo „zabawa”, tym bardziej ze względu na mój cel. Dzisiejsza data jednocześnie rozpoczyna mój 8 rok numerologiczny, który materializuje marzenia i cele, poprzedzone przygotowaniami w tym temacie. A w temacie pracy nad sobą, nad swoją złością mam kilkunastoletnie, jak nie dłuższe, doświadczenie i w końcu chciałabym poczuć efekt tego w postaci SPOKOJU WEWNĘTRZNEGO, który od dłuższego czasu jest na szczycie listy moich marzeń.. Stąd m.in. poczułam, iż to sprzyjający czas, by się na tym skupić:)

Od około 2 tygodni przeżywam szarpaNINĘ wewnętrzną, pomimo sprzyjających warunków na zewnątrz (a może dzięki temu?). Jestem na Podlasiu, które mnie przyciąga, na głuchej wiosce; wokół lasy, do których codziennie chodzę na długi spacer (dzięki temu wracam do jako takiej równowagi po codziennych wewnętrznych zmaganiach..), słońce przez większość czasu świeci.. Jestem u kumpeli, która poprosiła mnie, bym przyjechała na jakiś czas, gdyż nie wiedziała, jak to będzie ze szkołą w czasach koronki, a ma 2 córki w wieku wczesnoszkolnym, a przy tym jest samotna i pracująca, a opieki na nie już nie dostanie – błędne koło.. Na razie szkoła normalnie funkcjonuje, stąd do godziny 15, do czasu, kiedy przyjeżdżają dziewczynki szkolnym busem, mam tak naprawdę czas dla siebie. Może aż za dużo czasu, bo zauważyłam, że zdecydowanie lepiej funkcjonuję, kiedy mam jakieś konkretne zadania w ciągu dnia, wtedy lepiej wykorzystuję ten tzw. czas wolny. Nudzić się nie nudzę, bo zawsze znajdę sobie coś do zrobienia, a teraz to korzystam z „Przystani”, projektu półrocznego zorganizowanego przez Agni – Ajurwedę https://agni-ajurweda.pl. Jest to dostęp do około 100 godzin nagrań różnych webinarów prowadzonych wspaniale i inspirująco przez Marię Nowak – Szabat, która, zgodnie ze swoją misją, dzieli się ajurwedą w sposób zrozumiały i dostępny. I tu wpadłam w błędne koło… Cieszyłam się, że trochę nadrobię, bo nie zawsze mam dostęp do netu i czas, a wiedzy w tym kursie jest sporo, filmików masa, a czas dostępu do nich ograniczony. Stąd sporo wolnego czasu spędziłam słuchając o różnych obszarach ajurwedy, co mnie fascynuje! 3 lata temu studiowałam przez rok ajurwedę na SGWH, co było cudowną przygodą. Coś sobie wzięłam, jednak resztę odpuściłam, a Maria przedstawia to wszystko w taki prosty sposób, iż poczułam chęć wgłębienia się w ponownie ten temat. I tu wchodzi mój umysł.. Kiedy jest za dużo inspirującej wiedzy – bucha z każdej strony: tu analizuje, tu się przygląda, tam kojarzy, tu coś buduje, cały czas w aktywności.. A tematem tych aktywności byłam ja sama, głównie moje uczucia i odczucia, jaką jestem doszą, jakie to ma dla mnie konsekwencje, itp.. Nawet nie wiem kiedy za bardzo się rozkręciłam, a do tego ja źle reaguję, kiedy spędzam za dużo czasu na necie i/lub z komputerem – rozdrażnia mnie to i pobudza, dlatego na co dzień raczej rzadko korzystam z tego, a tu – 2 tygodnie non stop (była granica – godzina 15 i potem już ani trochę, jednak to dla mnie i tak było zdecydowanie za dużo…) A przy tym małe wyzwania w postaci odmiennego podejścia do spraw codziennych, co przy moim wewnętrznym rozkręceniu podkręcało moją wewnętrzną szarpaninę.. Nie wspomnę jeszcze o tym, iż przyjechałam zmęczona fizycznie po miesięcznej wycieczce po ekowioskach, a w międzyczasie miałam 3 sesje terapeutyczne z Jolą w temacie odrzucenia.. Kiedy to wszystko piszę, uzmysławiam sobie, jak rozchwiałam sobie Vatę, doszę, która odpowiada za chwiejność emocjonalną.. Tak więc to, co uzdrawia, może też być przyczyną choroby i na odwrót.. Weszłam mocno w ajurwedę, jednak zrobiłam to w taki sposób, że nawet w sprzyjających warunkach się rozpadłam na kawałki.. nie zadbałam o siebie:( I to nie pierwszy raz!

Jak już wspomniałam od lat pracuję nad sobą, gdyż w moim życiu znam to błędne koło – chwiejność emocjonalna prowadzi mnie do rozdrażnienia i złości, a potem mam poczucie winy, że byłam agresywna poprzez krzyk, wulgaryzmy, ostry ton głosu i nie tylko.. i tak w kółko to się kręci, choć dzięki temu, co dotychczas zrobiłam, takie sytuacje zdarzają się rzadziej, szybciej wychodzę z błędnego koła, szybciej odzyskuję panowanie nad sobą, jednak każda taka huśtawka emocjonalna – mniejsza czy większa, krótsza czy dłuższa – rozstraja mnie, smuci i wzmaga marzenie o spokoju wewnętrznym..

W tej szarpaninie szukałam jednocześnie sposobu na rozwiązanie tej sytuacji w końcu raz na zawsze.. Każdego dnia przychodziły nowe inspiracje, kilka razy przymierzałam się, by dopracować szczegóły tego projektu. Jednym z pomysłów było rozpisanie jakichś zadań na 12 miesięcy, podobnie jak w projekcie „Szczęście”, który kilka lat temu realizowałam na podstawie książki o tym tytule. Inny pomysł to zadania na każdy tydzień. Na pewno moją własną inspiracją był czas realizacji projektu „100 tysięcy w 100 dni”, kiedy w czasie 3 miesięcy robiłam różne codzienne ćwiczenia z zakresu rozwoju osobistego, które miały wzmocnić mnie od wewnątrz. Był to czas, kiedy od lat byłam w długach, chciałam je zakończyć, jednak pomimo realizacji coraz bardziej ciekawych dla mnie projektów nie przynosiło to oczekiwanych pieniędzy i sytuacja coraz bardziej przygniatała mnie. Szukając rozwiązania, postanowiłam w końcu ujawnić światu moją tajemnicę o długach, poprosiłam o wsparcie w szukaniu rozwiązania tej sytuacji, a sama skupiłam się na sobie. I to była bardzo dobra decyzja, dzięki której wzmocniłam się, zrealizowałam akcję „Podaj dalej!” – może kiedyś ją opiszę, a ostatecznie, choć nie zdobyłam 100 000 zł, to zyskałam coś więcej:) Pół roku później wyruszyłam w swoją podróż życia, która w ciągu najbliższego roku się zakończy, jakkolwiek przyniosła rozwiązanie: spłaciłam długi, rozwinęłam się osobiście i duchowo, dalej jestem w drodze, jednak w innej perspektywie:) Tamto doświadczenie przyniosło dużo dobrego, teraz chcę zajść dalej i głębiej w swojej drodze rozwoju osobistego.

Jest jeszcze ważny dla mnie wątek. Radość. Z jednej strony mam jest w sobie mnóstwo: potrafię jak dziecko cieszyć się małymi rzeczami, pysznym jedzeniem, kwiatkiem na drodze, robaczkiem, wspólnie spędzonym czasem z kimś mi bliskim. Jestem spontaniczna i otwarta. Potrafię skakać do góry, tańczyć i krzyczeć z radości. Jestem pozytywna i optymistyczna – łatwo wychwytuje pozytywy danej sytuacji. Mam w sobie wiele entuzjazmu, z radością podejmuję się nowych wyzwań czy działań, a czasami chichoczę jak nastolatka, choć to coraz rzadziej.. Dostaję przekazy: „Jesteś radością”, „prowadź życie w szczerości, miłości i radości”, „życie ma być radością”, „jestem radością i uznaję radość za drogowskaz w życiu tu i teraz”, a jednocześnie wielu ludzi zwróciło mi uwagę, jak również i ja sama łapię się na tym, iż na mojej twarzy często jest (tak naprawdę przeważa) powaga i taki rodzaj srogości. Wiele trudności w moim życiu wynika z tego, że ja zbyt poważnie traktuję życie, drugiego człowieka. Słowa powiedziane jako po prostu informacja odbieram osobiście jako atak na mnie, co wywołuje złość, irytację, wyjaśnianie, komentowanie lub zamknięcie się w sobie, obrzucanie się błotem, tkwienie w poczuciu winy – niezależnie jak pójdzie i tak zaczyna się moje błędne koło.. Słuchając Marii, która mówi, by przyjąć siebie z całym inwentarzem – i tych fajnych cech, i tych mniej fajnych – po raz enty uświadomiłam sobie, iż nie akceptuję dużej części siebie, nie akceptuje tych cech, które w sumie dają mi moc, i tak sabotażuję siebie.. To też oznacza, iż głównie koncentruje się w sobie na złości, a nie na radości.

Kolejny temat to moja misja w życiu. Co jakiś czas zastanawiam się, co nią jest. To nie jest tak, że nie wiem nic, tylko to czasami dla mnie jest mało konkretne.. Podobają mi się takie przekazy jak: „Robić to, co powoduje, że moja dusza świeci.”, „uzdrawiać poprzez podnoszenie wibracji chwili”, „stać się takim mistrzem, jakiego chciałabym spotkać”, „jestem tu, by dzielić się dobrem, wiadomościami i informacjami”, które dostałam w Kronikach Akaszy w rozmowie z moimi Mistrzami i Nauczycielami. Te słowa uskrzydlają mnie na chwilę, a potem opadam w dół. Bo co tak naprawdę znaczy? W 2012 roku, zanim wyruszyłam w podróż uczestniczyłam w super Akademii Umiejętności Przywódczych, w której prowadzące wprowadziły mega dużo duchowości – niesamowite doświadczenie. W trakcie każdy miał też sesje coachingowe z wybraną prowadzącą. W trakcie tego spotkania wypracowałam sobie taką misję: „Jestem inspiracją dla innych, by żyli pełniej” (pełniej – tzn. radośniej, szczęśliwiej, korzystając z życia i swego potencjału, większe spełnienie). Pokrywa się to z przekazem, który dostałam później, a przytoczyłam wyżej. Rozumiem to, czuje to, a jednak potrzebuję konkretów.. Pola, w którym mogłabym to realizować. Od dłuższego czasu nie chce mi się rano wstawać, bo po co? Tu brakuje właśnie mi motywacji. Mam sporo czasu, umiejętności, wiedzy i wiele innych cech, w tym też złości, dostrzegania i odczuwania wielu rzeczy – mam to po coś. Czas to ukonkretnić.

Z tych wielu wątków, refleksji, przemyśleń zrodził się ów pomysł na projekt. Wczoraj po spotkaniu z Mistrzami, choć początkowo się wkurzyłam, to jednak dostałam przypływ energii i pojawiło mi się słowo zabawa, stąd poczułam, by pobawić się tym projektem, a nie przygotować, popracować, opracować.. Poczułam, by zrobić to inaczej niż dotychczas i dać się poprowadzić. Mam w głowie kilka pomysłów, ileś konkretów, które chcę robić codziennie (i już od kilku dni robię) i ileś do zrealizowania w ciągu roku. Podzielę się nimi w najbliższym czasie, na dziś jednak już zakończę, bo czuję się przesycona energią laptopa i internetu, a poza tym otworzyłam się bardziej niż przypuszczałam, co mnie też lekko wyczerpało, a w końcu robię to po to, by zadbać o siebie. Moim sztandarem jest prawda, a ona mnie uwalnia i czuję, że to co napisałam jest też po coś – i dla mnie, i dla Ciebie. Stąd dziękuję, że mi towarzyszysz, skoro czytasz te słowa:) Weź, co potrzebujesz i dziel się tym. Jeśli cokolwiek w tym, czym się podzieliłam, pomoże uzdrowić choć jednego człowieka, poza mną:), to bosko:) Na dniach wyczekuj więcej konkretów:)

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna – od kosmetyków sklepowych do substancji naturalnych

Dziś chciałabym się z Tobą podzielić moimi drogą, która, podobnie jak moja droga życiowa, prowadzi od tego, co masowe, powszechne do swoistej, indywidualnej ścieżki – jedno z drugim jest mocno powiązane. Ponad 8 lat temu mieszkałam w mieście, jadłam gotowe, przetworzone jedzenie, co i rusz kupowałam nowy ciuch i nowe buty, a swą wartość widziałam poprzez materię i pieniądze. Podobnie było z kosmetykami – miałam ich sporo: kremy do twarzy, balsamy do ciała, szampony, odżywki.. Sporo też miałam kosmetyków kolorowych, choć tak naprawdę rzadko się malowałam. Wszystkiego miałam za dużo…. Półki w regale były ciężkie od książek i papierów, w garderobie wieszak na wieszaku, aż się uginało, a w łazience – pełno buteleczek i pojemników.. Dziś moja podstawowa kosmetyczka na co dzień jest taka, jak na tytułowym zdjęciu i zawiera: macerat olejowy, ocet, naturalny szampon ziołowy i glinkę bentonitową, zgodnie z ajurwedyjską zasadą, iż kosmetyki mają być jadalne.

Pierwszy puściłam balsam do ciała, choć początkowo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Moje nogi wysuszały się po kąpieli, a skóra na całym ciele ściągała się aż do bólu.. Jednak – to był efekt uzależnienie skóry od kosmetyków, bo już po 2 tygodniach nieprzyjemne odczucia zniknęły, a skóra odzyskała naturalną sprężystość. Powiem więcej – po latach nieużywania sklepowych kosmetyków nawilżających do ciała moja skóra jest gładsza i bardziej miękka teraz niż wtedy.. W roku szkolnym 2017/18 robiłam ajurwedę na GWSH w Katowicach (https://www.gwsh.pl/studia/studia-podyplomowe-ajurweda.html – polecam:), gdzie dostałam mnóstwo inspiracji. Rok wcześniej będąc na Eulu (http://www.eul.grzybow.pl) zaciekawiłam się ziołami i zrobiłam pierwszy macerat olejowy z nagietka. Na ajurwedzie poznałam olej sezamowy – uniwersalny dla każdej doszy i od tamtej pory co roku robię sobie jakiś macerat z tego oleju: z płatków róży, jaśminowca, w tym roku z dziurawca oraz miętowo – szałwiowy. Do czego go wykorzystuję? Do masażu, automasażu, do nawilżenia jakiejś części ciała, kiedy poczuję czy olejowania twarzy oraz włosów. No i oczywiście do jedzenia – można na nim smażyć:) Ten ostatni zrobiłam w konkretnym celu: do codziennego ssania oleju, co oczyszcza po nocy buzię (w sensie jamy gębowej:) z wszelkich nagromadzonych tam toksyn. Kiedyś dziwiłam się, jak ktoś mył zęby zaraz po wstaniu z łóżka, a wtedy zrozumiałam tego sens, choć ssanie jest efektywniejsze. Taki macerat przechowuję w ciemnych butelkach, a z sobą wożę w małej 100 ml butelce.

Następnie przyszła kolej na moje włosy. Odpuściłam zarówno szampon, jak i odżywki. Miałam krótkie włosy i postanowiłam spróbować myć je tylko wodą. To się super sprawdziło przez długi czas, dopóki włosów nie zapuściłam, a mam je bardzo gęste. Sama woda przestała mi wystarczać, choć myślę sobie, że może po prostu za rzadko je moczyłam. Przy krótkich włosach przestawiłam się na mycie raz w .. miesiącu. Możliwe, że moje długie i gęste włosy po prostu potrzebują częstszego moczenia. To są przemyślenia na dziś, bo od około 4 lat sprawdzam różne naturalne sposoby mycia włosów. Długi czas myłam wodą z sodą. Sprawdziłam też mycie mąką żytnią (tylko musi być bez łusek, bo potem zostają we włosach..) – zarówno bezpośrednio na skórą, jak i w roztworze z wodą – na razie żaden z tych sposobów nie sprawdza się w pełni przy moich włosach. Mam jeszcze pomysł umyć je kiedyś glinką bentonitową. Na dziś od roku używam szamponu pełnego ziół od Agi z Zielskiej Kolonii, o której więcej informacji znajdziesz a moim poprzednim wpisie https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=336&action=edit. Jest ok, aczkolwiek jak już osiądę znajdę inny sposób na moje włosy:)

Dodam jeszcze, że będąc na psychotronice od jednej z prowadzących dostaliśmy przepis na odżywkę na włosy, jaką stosują Hinduski na swoje cudne włosy. Ja kilka razy ją wypróbowałam i bardzo ją lubię. A przepis jest prosty – zawiera 4 składniki: jajko, olej, jogurt (mleko) oraz miód:)

Na koniec mycia płuczę włosy chłodną wodą z octem własnej produkcji, np. z rzepy lub jaki mam pod ręką. Octu też używam na różne sposoby: do płukania włosów, picia rano na czczo powerdrinka (na noc nastawiam szklankę wody z 1 łyżeczką miodu, rano dodaję 1 łyżeczkę octu), a latem na co dzień piję wodę z octem, która jest pyszna i zdrowa:)

Jeszcze do niedawna do czesania włosów używałam plastikowej szczotki, którą kupiłam kilka lat temu. Rok temu Aga z Zielskiej Kolonii zainspirowała mnie drewnianym grzebieniem, który kupiła od Ukraińców. Chciałam, by kupiła mi podobny, jednak od tamtej pory nie było okazji. I tak upłynął rok. W połowie lipca byłam na warsztatach białego śpiewu, o czym pisałam tutaj: https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=406&action=edit, gdzie na Giełdzie Twórców dzieliłam się tym tematem (co zresztą było inspiracją do napisania o tym na blogu:). Tam jeszcze miałam ową plastikową szczotkę. Po powrocie postanowiłam to zmienić i okazało się na internecie, że są dostępne drewniane grzebienie z przynajmniej 2 drzew: bukowego i drzewa neem, który był 3 razy droższy od pierwszego, jednak po poczytaniu o właściwościach poczułam, że właśnie jego chcę:) Oto mój grzebyk:

Grzebień z drzewa neem (inaczej z miodly indyjskiej) ma według producentów takie właściwości:

  • ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho, jak i mokro, nie uszkadzając struktury włosa,
  • umożliwia równomierne rozprowadzenie odżywek,
  • pobudza wzrost włosów – mam nadzieję:),
  • zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi,
  • nie elektryzuje włosów – rzadko i delikatnie, jednak zdarza się,
  • nabłyszcza i wygładza włosy,
  • jego dotyk jest znacznie delikatniejszy i nie podrażnia skóry głowy lub brody podczas czesania.

Od 2016 roku eksperymentuję z różnymi substancjami do mycia zębów. Swą przygodę w tym zakresie rozpoczęłam od mieszanek z olejem kokosowym, do którego dodawałam a to sody oczyszczonej, a to kurkumy czy węgla. Z każdej mieszanki byłam zadowolona, jednak ostatecznie zrezygnowałam z oleju kokosowego po opowieści jednej z mych znajomych. Lutka wraz z grupą dzieci przedszkolnych była na wizycie w oczyszczalni ścieków. Okazało się, że to z czym jest im najtrudniej sobie poradzić, co najbardziej zanieczyszcza ścieki, to 3 rzeczy: antykoncepcja (to już indywidualna decyzja kobiet i/lub par), tłuszcz i włosy. Od tamtej pory nie wrzucam włosów do kibla, co robiłam, bo nie byłam świadoma konsekwencji – dla mnie to było kilka włosów, jednak rzeczywiście one nieźle zapychają, co większość osób doświadcza pod prysznicem.. Od tamtej pory nie wlewam też tłuszczu do zlewu – jak już wspomniałam zrezygnowałam z oleju w mej paście do zębów oraz oczyszczam patelnie z tłuszczu ręcznikiem papierowym lub gazetą po smażeniu, zanim ją umyję. W tym też czasie wpadła mi w ręce świetna książka „Jedz brudniej” Josha Axe, którą gorąco polecam. Autor jest naturopatą, prowadzącym własną klinikę w Stanach Zjednoczonych, po własnych doświadczeniach ze zdrowiem łączącym świat zachodni i wschodni. Zachęca do jedzenia ziemi, nie tylko poprzez organiczne warzywa, kontakt ze zwierzętami, ale również bezpośrednio. Tu poleca glinkę bentonitową, którą ja teraz również polecam. Poczytaj o jej właściwościach niesamowitych na stronie, na której ją kupuję: https://www.magicznyogrod.pl/bentonit_wapienny.html. To jest kolejny mój „kosmetyk”, który używam na różne sposoby: jako pastę do zębów (wilgotną szczoteczkę „maczam” bezpośrednio w proszku), do płukania ust czy robiąc z niej pastę mieszając z wodą nakładam na stany zapalne lub zranienia. Ową glinką wspomogłam też mego starego, wówczas 18-letniego kota, dodając mu jej do mokrej karmy. Wspomnę tylko o jednej niesamowitej właściwości glinki: oczyszcza organizm z wszelkich toksyn, jednocześnie dostarczając mnóstwa mikroelementów! Od kilku też lat używam bambusowej szczoteczki, którą po zużyciu zakopuję w ziemi:)

Może już przyszło Ci do głowy, że czegoś tu brakuje, jednego podstawowego kosmetyku, o którym ja przez długi czas byłam przekonana, że mogę zrezygnować ze wszystkiego, tylko nie z tego. Mam na myśli mydło. I wtedy 2016 roku, kiedy byłam na jednym z ostatnich zjazdów dla mnie w Ulrze (Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej – https://www.uniwlud.pl, polecam:), poznałam Agatę. Tam w ogóle było mnóstwo ciekawych i inspirujących osób, z którymi rozmawiałyśmy i o weganizmie, jak i kosmetykach naturalnych. I któregoś wieczoru Agata zastrzeliła mnie wiadomością, iż od 30 lat mieszkając w Krakowie nie używa mydła, że myje się samą wodą.. To był dla mnie szok! A kobieta zadbana, kolorowa, przedsiębiorcza.. To zrewolucjonizowało moje podejście do prysznica i mycia! Postanowiłam sprawdzić, jak to jest. Od prawie zawsze lubiłam się myć gąbką, więc dalej to robiłam, pomijając mydło. I okazało się, że jest ok! Już na początku mej podróży zrezygnowałam z mydła do higieny intymnej, co moje części intymne przyjęły z wielką ulgą, a teraz zrobiłam kolejny krok. Po jakimś czasie wymieniłam kupną gąbkę na własnoręcznie zrobioną na szydełku ze sznurka bawełnianego, która służy mi od kilku lat.

Mamy tyle przekonań co do mycia.. Są ludzie uzależnieni od codziennego czy nawet kilkukrotnego brania prysznica w ciągu dnia, a to naprawdę nie służy naszemu ciału.. To, co tu piszę, dla niektórych może być szokujące, jeszcze w kontekście koronki.. A ja jestem przekonana i jestem na to przykładem, że im mamy częstszy kontakt z różnymi mikrobami, tym jesteśmy zdrowsi. Zresztą pięknie o tym pisze Josh Axe w swej książce. W jednym rozdziale przytacza najpierw historię o tym, jak jechał z żoną metrem i upadł im kawałek czekolady na podłogę. Wówczas zrobili to, co zrobiłaby większość: schowali ów kawałek do papierka i wyrzucili do śmietnika. Kilka lat później czytał wyniki badań, z których wniosek był następujący: chcąc wzmocnić układ odpornościowy dziecka, warto by było przeturlać takiego niemowlaka po podłodze metra w godzinach szczytu.. Niech Ci to posłuży za inspirację i inne wejrzenie na „brudną” codzienność, pełną bakterii. Wczoraj słuchałam ciekawego miniwykładu Bruca Liptona, który wspomina, iż obecnie mówi się o człowieku „nadorganizm”, gdyż do przeżycia potrzebuje 500 bilionów mikroorganizmów, żyjących w jego organizmie.. To było na tyle inspirujące, że najprawdopodobniej któregoś dnia kilkoma wiadomościami z tego podzielę się na blogu.

Ostatnio do mojej kosmetyczki wrócił olej kokosowy, który wymieszany z sodą oczyszczoną (i czasami kilkoma kroplami olejków eterycznych) stanowi mój dezodorant pod pachy. Kiedyś nie czułam potrzeby używania, jednak zdarzają się upalne dni, a ja latem spędzam czas na zewnątrz zwykle coś robiąc, co oznacza pocenie się więc postanowiłam sobie zrobić dezodorant, który świetnie się sprawdza. Jest jeden minus większości moich „kosmetyków”: są tłuste.. Uczę się uważności i takiego sposobu ich używania, by jak najmniej pozostawiać śladów ich użytkowania.. Jakkolwiek i tak je bardzo cenię, pomimo tego:)

Tak wygląda obecnie moja kosmetyczka. W małych słoiczkach przewożę różne skarby, które w ramach wdzięczności za moją pracę dostaję od Agi z Zielskiej Kolonii. Większość tych skarbów rozdaję bardziej potrzebującym lub używającym, bo ja raczej bawię się tym:) Mam od Agi np. kremik do rąk, krem do stóp z mocznikiem (boski) czy maść z magnezem, a także na nerki. Używam ich, kiedy mam na to ochotę, a nie, że muszę codziennie lub zupełnie nietypowo, jak np. maść na serce. Smaruję nią codziennie okolice serca, by intencjonalnie połączyć się z sercem i wzmocnić je w otwieraniu się na miłość w boskim znaczeniu:) Od jakiegoś czasu otwieram się na olejki eteryczne, które używam czasami jako a la perfumy dla zabawy lub w konkretnym celu. Jedna moja kumpela Justa zainspirowała mnie, by używać olejku z oregano z kremem do stóp i wsmarowywać razem w ramach profilaktyki na robaki – przyjemne z pożytecznym:)

Od lat nie używam takich przedmiotów jak golarka czy pumeks. Jestem w tych sferach jak najbardziej naturalna: włosom pozwalam rosnąć, tam gdzie rosną (one mają swoją funkcję), a chodzenie boso gładzi moje stopy zdecydowanie lżej i lepiej niż jakikolwiek pumeks. Dla ciekawości dodam, iż był czas, iż używałam peelingu do ciała, zrobionego w ramach zająć z ajurwedy. Słyszałam, iż były osoby, które się nim zajadały (a, tak!!), a ja używałam go na poprawę humoru, kiedy było mi smutno lub byłam zmęczona – efekt poprawy był murowany! Teraz nie mam przy sobie dokładnego przepisu, natomiast pamiętam, że składał się na pewno z brązowego cukru, oleju kokosowego oraz sproszkowanej mięty – zgodnie z zasadą, iż kosmetyk nakładany na ciało ma być jadalny:)

Dodam tylko, iż zmiany u mnie dotyczą też sfery czyszczenia pomieszczeń. Do takich celów używam głównie sody oczyszczonej i octu (tu raczej spirytusowego). Kiedy już osiądę, bardziej będę korzystać z przepisów z książki „Wyrzuć chemię z domu” Ewy Kozioł, prowadzącej bloga https://zielonyzagonek.pl.

Tym wpisem chciałabym Cię zachęcić do twórczego podejścia do codzienności, do sprawdzania i eksperymentowania również w sferach, w których wydawać by się było, że są ustalone zasady i tak jest ok.. Tu są moje sposoby na dbanie o moje ciało – Ty znajdź swoje:) Chętnie przyjmę Twoje pomysły na to i nie tylko:) Powodzenia!