Miesięczne archiwum: Wrzesień 2021

Czas na CUD!!! – czas na kolejne wyzwanie:)

Wczoraj przy okazji podsumowywania roku wyzwania „Od złości do radości” przyszedł mi pomysł na kolejne wyzwanie. Po prostu w trakcie tego poprzedniego miałam w zamyśle robić codziennie ćwiczenia fizyczne, robiłam je z doskoku, a chciałabym każdego dnia zrobić coś w tym temacie..

W jakiś sposób ćwiczenia fizyczne towarzyszą mi przez całe życie. W podstawówce chodziłam na SKS-y oraz na aerobik do Domu Kultury. Pod koniec liceum uczyłam się hip – hopu – nawet byłam na letnim obozie, gdzie codziennie mieliśmy zajęcia i akrobatykę. Na studiach w ramach w-fu jeździłam na rolkach, a po studiach w wieku 26 lat ponownie zapisałam się na hip-hop:) Nawet pojechałam z moja formacją na Mistrzostwa Polski w Łodzi:) Byłam najstarsza w grupie:))) Kilka lat później poznałam jogę – jeździłam na zajęcia na 6.30 w ramach Klubu 6 rano, gdzie za znajomymi motywowaliśmy się do porannego wstawania:) Może rok pochodziłam i kolejna przerwa na kilka lat. W trakcie podróży regularnie w czasie, w którym pracowałam w hodowli kotów pod Warszawą, uczęszczałam na jogę nawet 2 razy w tygodniu. Po kilku latach miałam fazę na Tybetańskie Rytuały, które regularnie praktycznie codziennie ćwiczyłam przez 1,5 roku i nagle z dnia na dzień zaprzestałam. Na co dzień dużo spaceruję i kiedy mogę, to jeżdżę rowerem. Mam kijki Nordic Walking, jednak nie przy sobie, jednak kiedy mogę – korzystam z nich, co bardzo lubię. Uwielbiam parki linowe i chodzenie po górach i wałęsanie się po lasach. Można powiedzieć, że całe życie ćwiczę i nie ćwiczę jednocześnie;) I choć były dłuższe momenty, kiedy ćwiczyłam regularnie i miałam porządną rozgrzewkę, nigdy nie zrobiłam szpagatu – mam przyblokowane niektóre mięśnie. Jakkolwiek widzę sens w regularności. Nie da się ukryć, że jak każdy z każdym rokiem jestem coraz starsza i z czasem moje ciało może stracić elastyczność, a mogę ten czas przedłużyć – tak to czuję. Choć nie siedzę na co dzień przed komputerem, to jednak czasami boli mnie kręgosłup. No i kiedy biegnę, szybko łapię zadyszkę;))) Chcę to zmienić. Chcę wzmocnić i uelastycznić moje ciało. Chcę powiększyć wydolność moich płuc. Najchętniej zostałabym akrobatką – byłam nią w innym wcieleniu całą sobą tęsknię za tym, choć, jak wspomniałam, mam nierozciągnięte ciało. Ile razy widziałam siebie w wyobraźni skaczącą w powietrzu! Uwielbiam podziwiać ludzi, którzy wyginają swoje ciało we wszystkie strony! Sama doświadczyłam miniakrobatyki na air-jodze w Poznaniu, robiąc różne wywrotki na chuście podwieszonej pod sufitem. Moim marzeniem jest posiadać taką chustę i ćwiczyć na niej, kiedy już osiądę:)

Ważnym i mocnym akcentem, który jeszcze mocniej mnie zmotywował do pracy z ciałem była panchakarma, na której codziennie miałam masaże przez 11 dni. Wydawało mi się, że jestem w miarę rozluźniona, a tam dostawałam codziennie informację, jaka jestem spięta i napięta. Początkowo tego nie rozumiałam, aż w końcu dotarło do mnie, dlaczego tak jest. To, że mam w jakiś sposób napięte ciało, to wiedziałam, jednak nie rozumiałam, dlaczego aż tak mocno. I po kilku dniach objawienie. 2 tygodnie wcześniej umarłam na poziomie duszy. I uzdrowiłam to na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, a w nim zapisane zostało wszystko, czego nie puściłam na tym poziomie… Pozostałe napięcia to odbicie mojego dzieciństwa stare traumy, zapisane w ciele.. Od zawsze uwielbiałam masaże – zawsze i wszędzie mógł mnie ktoś masować, głaskać.. Teraz bardziej rozumiem dlaczego – by rozluźniać ciało i puszczać zapisane w nim napięcia.. Kilka lat temu, w 2016, doświadczyłam mocy dawania masażu, a nie tylko jego brania i od tamtej pory lubię to robić, choć nie pomasuję każdego i o każdej porze, tylko wtedy, kiedy to poczuję. W trudniejszych momentach, kiedy moje zaczyna się trząść, pozwalam mu to robić, a nawet czasami specjalnie to wywołuję ćwiczeniem Lowena – polecam. Zwierzęta robią to naturalnie, a ja, jak większość ludzi, potrzebuje to sobie przypomnieć.. I wczoraj ponownie przypomniałam sobie, że przecież chcę codziennie coś zrobić i to wcale nie musi być godzina czy coś intensywnego. Kiedy robiłam rytuały tybetańskie – proste ćwiczenia – po roku widziałam ogromne różnice w moim ciele. Wtedy właśnie zrozumiałam, że wystarczy kilka minut, byle codziennie. Czytałam kiedyś, że tak naprawdę wystarczy minuta intensywnych ćwiczeń codziennie, jednak na dziś wolę ciut dłużej, a spokojniej:) Jednak, by nie zapomnieć i naprawdę to wdrożyć, postanowiłam zrobić z tego roczne wyzwanie, a robiąc dalej podsumowanie poczułam, by dołączyć do tego medytację i pranajamy. I już dziś z rana zrobiłam to! Najpierw w łóżku pooddychałam, potem pomedytowałam, dalej leżałam robiąc coś na laptopie, aż zapomniałam o ćwiczeniach.. Kiedy zaczęłam ten wpis, od razu sobie przypomniałam i chwilę poćwiczyłam:))) Tak, jest szansa, że wyzwanie mnie zmotywuje;))

W ramach wyzwania zamierzam codziennie po minimum 5 minut ćwiczyć, medytować i oddychać. Poczułam, że efektem końcowym chcę by było, iż za rok na każdą z tych czynności poświęcam ok 20 minut. W trakcie tego czasu zamierzam skupić się na ciele, by być jego bardziej świadomą. W tym celu będę ćwiczyć stanie na głowie oraz skorzystam z warsztatów u Iwo Łaźniewskiej (wolę na żywo, jednak jakby co to lepsze online niż żadne). Będę dodatkowo czytać książki poświęcone tej tematyce, np.: „Sekretne techniki medytacyjne buddyjskiego mnicha” autorstwa Ajahna Browna czy też chcę mieć w pamięci kurs uważności, który czeka na swoją kolej – może w końcu się doczeka (wiem, jak to brzmi, mam tego świadomość, jednak jakoś nie czuję, by się do tego zobowiązywać)..

Nazwałam to wyzwaniem CUD -em od pierwszych liter słów: Ciało – Umysł – Duch, gdyż robiąc to, co zamierzam każdego dnia zrobię coś dla całej siebie:) A więc – czas na CUD!!


Finiszuję – podsumowanie rocznego wyzwania „Od złości do radości”

Dziś ostatni dzień wyzwania, którego podjęłam się rok temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło, jestem w innym miejscu – jestem ta sama, a jednak inna, jak zresztą wskazuje na to moje imię (anagram – Nina – inna:) To naprawdę niesamowite, ile zadziało się w ciągu ostatniego roku! Z jednej strony podjęcie się tego wyzwania czasami mnie inspirowało czy motywowało do pewnych działań, a z drugiej – dzięki temu miałam większą uważność na to, co się w tym czasie u mnie dzieje:) Nie przedłużając – czas na podsumowanie.

Zdecydowanie bardziej siebie akceptuję w pełni niż rok temu. Z jednej strony bardzo pomogło mi słuchanie Marii Nowak – Szabat z Agni-Ajurweda, a szczególnie jej słowa, by przyjąć siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza, a także zrozumienie jaką mam konstytucję pod kątem dosz i jakie konsekwencje za sobą to niesie. To, że jestem Pitta – Vata na poziomie umysłu dało mi jasność, skąd taka szarpanina we mnie od złości do poczucia winy i ogromnego wewnętrznego bólu.. Z drugiej strony ważny był moment przełomowy, kiedy 14 lipca dostałam przekaz z Kronik Akaszy, by zaakceptować swoją silną, dominującą, władczą naturę, aurę, energię – to było coś, czego w ogóle się nie spodziewałam, będąc całe życie przekonana, iż jest to coś do zmiany – nie ma innej opcji.. A jednak.. A jednak od tamtej pory nastąpiła we mnie ogromna przemiana. Zaczęłam z lekkością i radością o tym mówić i tego doświadczać. Kiedy teraz ktoś mi zarzuca, że jestem np.: „tyranem”, jak to zdarza się obecnie w relacji z podopieczną Heleną, to odpowiadam: „Tak, taka jestem”. I choć nie jestem dumna i zadowolona ze wszystkich swoich poczynań z tej energii, to jednak już nie mam poczucia winy i łatwiej mi odpuścić, a nie nakręcać się i wewnętrznie kotłować, jak to było wcześniej. Piękne jest uczucie wewnętrznej akceptacji i przyjęcia siebie w pełni:) Tak, teraz zdecydowanie częściej jestem swoim najlepszym przyjacielem:)

Przeglądam wpis Rok zabawy ze sobą – przejdźmy do konkretów:) i uśmiecham się do tego, co tam piszę, czując się w innym miejscu:) Z codziennych rytuałów – niestety albo stety – nie zostało już nic.. Nawet ćwiczenia fizyczne.. Akurat do modlitwy, medytacji i ćwiczeń chcę powrócić – warto to zaplanować. Podkreśliłam ćwiczenia fizyczne, bo od panchakarmy, na której byłam na przełomie czerwca i lipca, po codziennych masażach, których tam doświadczyłam, widzę jak ważna jest praca z ciałem. Wiele trudnych doświadczeń puściłam i puszczam na bieżąco na poziomie serca i duszy, zapominając o ciele, w którym wszystko się zapisuje, o ile nic się z tym nie zrobi.. W tym temacie zamierzam udać się na warsztaty do Iwo Łażniewskiej, która pracuje nad poszerzaniem świadomości swego ciała:) Teraz, jak o tym piszę, to poczułam, by od jutra zacząć kolejne roczne wyzwanie „Coś dla ciała, coś dla ducha” i codziennie min 5 min ćwiczyć i 5 min medytować. Tak, to jest myśl! Wow, ale extra!!! A teraz wracam do tematu:)) Czasami, szczególnie, jak ktoś przy mnie wyraża się negatywnie na jakiś temat, błogosławię tę osobę i to, co mówi. No i często koloruję – zdarzają się mandale, a ostatnio zdobyłam kolorowankę z motylami i ptakami:) Obecnie mój codzienny rytuał to kontakt z naturą, choćby krótki, bo to mnie wycisza i napełnia spokojem.

Z autodiagnozy zrobiłam diagnozę dosz na poziomie ciała (Pitta – Kapha) oraz umysłu (Pitta – Vata) oraz kursy Psychologia ajurwedyjska dla profesjonalistów (akurat średni ten kurs według mnie, a kiepska część dla profesjonalistów, z wyjątkiem jednego modułu – przyznaję, że byłam tym kursem mega rozczarowana – może zbyt wiele oczekiwałam?) i Dharma (może być, najbardziej spodobało mi się zrobienie filmu ze zdjęciami symbolizującymi moje marzenia oraz napisanie przemowy z okazji moich 100-letnich urodzin:) Jakkolwiek – jak już wspomniałam, sama autodiagnoza dosz i dzięki temu pełniejsze zrozumienie siebie było ważnym krokiem ku samoakceptacji. Pomaga mi to też na co dzień w różnych sytuacjach, np. teraz jestem uważniejsza, kiedy podnosi mi się Pitta, co idzie w kierunku złości i zapobiegam temu lub niweluję, np. polewanie się wodą w czasie upałów, jedzenie, kiedy zaczynam być głodna – takie proste rzeczy, a sprawiające cuda, ułatwiające codzienność:) Mario – bardzo dziękuję za dzielenie się swoim darem prostego przekazu Ajurwedy, jestem wdzięczna, że trafiłam na Ciebie i skorzystałam z czasu i pieniędzy, które miałam w danym czasie, by nasycić się tą wiedzą i wziąć dla siebie co nieco:) Skorzystałam też z coachingu indywidualnego i grupowego w ramach Kręgu z Justyną De Prado z Wytwórni Obfitości. Skorzystałam też coachingu z Dorotą Jesiołowską – Sołoduchą w ramach organizowanego przez nią Złotego Kręgu, dzięki któremu poznałam kolejne swoje odsłony, tym razem jako Manifestor wg Human Design. I tu potwierdza się moja silna energia.. Niestety – dalej nie udało mi się zrobić kursu Mindfullness.. Już zamieściłam go na stronie startowej przeglądarki, jednak dalej nie zaszłam.. Może kolejne wyzwanie będzie temu sprzyjać?

Jak już wspomniałam byłam w tym roku na panchakarmie, na którą wybierałam się głównie pod kątem oczyszczania emocjonalnego. W jakimś sensie było to, choć zupełnie w inny sposób niż się spodziewałam.. Na pewno uwalniające było 2 razy krzyknąć z całej mocy z bólu i złości w trakcie naciskania punktów Marma, wiedząc, że są świadkowie mego krzyku. Było to uwalniające, gdyż zwykle, jak mam potrzebę krzyczenia, to albo robię to, jak nikogo nie ma lub w taki sposób, by nikt nie usłyszał.. A to tak uwalnia napięcie.. Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pomysł, by w miejscu, w którym osiądę, stworzyć wygłuszone i opatulone na miękko pomieszczenie, by móc swobodnie krzyczeć i walić ze złości czy innego napięcia. Panchakarma była dla mnie emocjonalnie trudna, bo zostałam spacyfikowana przez terapeutę (jakkolwiek dzięki temu 10 dni po jej zakończeniu dostałam przełomowy przekaz z Kronik) oraz odrzucona przez grupę. I tu też wyszły moje oczekiwania, których wydawało mi się, że nie miałam wobec panchakarmy, a jednak.. Jechałam z pustą głową i z nastawieniem, że jadę na SPA i spędzę miło czas w gronie osób, z którymi łączy mnie ajurweda, co wydawało mi się dużym łącznikiem, a którym jednak nie było.. Takie malutkie nastawienie, a takie ogromne konsekwencje.. Bo inaczej bym tak tego nie przeżywała, tylko skupiła się na sobie, jak Włodek, który chadzał tam własnymi ścieżkami. Piękna, choć trudna lekcja. Za to, co dzięki temu zyskałam, jest bezcenne:) No i nauczyłam się tam stawać na głowie i doświadczyłam Jogi wg Sivanandy, w której się zakochałam. W ten sposób utwierdziłam się, by za rok ponownie zapisać się na miesięczny kurs dla nauczycieli w tym nurcie, co z tym roku zostało w Polsce odwołane z wiadomych koronkowych względów. Już nie mogę się tego doczekać!! To byłoby wspaniałe zwieńczenie kolejnego wyzwania;)) Również na panchakarmie pracowałam z oddechem, poza tym niestety nic.. Tak poczułam, by do tego nowego wyzwania dodać 5 minut pranajam:)

W ostatnich 3 miesiącach uczestniczyłam jeszcze w kilku ważnych dla mnie warsztatach. Pierwszy to taki prezent urodzinowy – warsztat „Tkanki sukcesu” z Anną Choińską, która pracuje ustawieniami wg Hellingera na własny intuicyjny sposób. To był ostatni świadomie wybrany warsztat, w którym poddałam się prowadzącej (nie wiem czy jasno to napisałam – raczej już nie pojadę na warsztat prowadzony przez kogoś, kto ma jakąś wiedzę czy pracuje jakąś metodą, chcę mocniej skoncentrować się na szukaniu odpowiedzi w sobie; tę decyzję podjęłam jeszcze przed tym warsztatem, skusiłam się na niego ze względu na wyzwanie i chęć uzdrowienia rodu; na pozostałe warsztaty zapisałam się, bo nie przypuszczałam, że ktoś będzie uzurpował sobie prawo do wchodzenia w moją przestrzeń i kreował się na lidera, który wie lepiej, co dla mnie dobre czy w ogóle kim jestem i czego potrzebuję, jak to było np. na panchakarmie). Skończyło się to moją .. śmiercią – tak odczułam to, co się ze mną działo w poniedziałek po warsztacie, co zostało potwierdzone w Kronikach. W ten sposób narodziłam się na nowo:) Nie po raz pierwszy zresztą w tym wcieleniu. Co ciekawe temat śmierci był (?) ostatnio dość intensywny w moim życiu: pogrzeb cioci na koniec maja w drodze na Podkarpacie, potem znalezienie zwłok młodego sąsiada Basi, który utopił się w strumyku 1 czerwca, następnie moja śmierć 14 czerwca, a na koniec śmierć Donki, zwołującej kręgi kobiece na Podkarpaciu, która zwołała krąg na dzień, w którym dostała udaru i w ten sposób wspólnie z innymi kobietami mogłyśmy jej towarzyszyć w przejściu. Następnego dnia – 13 sierpnia w piątek została odłączona od aparatury podtrzymującej jej życie. Zastanawiam się, czy temat się zakończył, bo obecnie przez miesiąc opiekuję się Heleną, która bardzo chce odejść – może jest mi pisane być przy niej, kiedy jej dusza zdecyduje się opuścić ten świat – jest i będzie tak, jak ma być.

Wracając do warsztatów. Na ostatni tydzień lipca udałam się na wyprawę w głąb puszczy i siebie, zorganizowaną przez Mieszka z fundacji Bycie w lesie. Tam doświadczyłam wielu cudowności: chodzenia po lesie tylko z kompasem, bez znajomości tego lasu, spania w głębi lasu pod drzewami w hamaku, dwa dni odosobnienia, w trakcie których utwierdziłam się, iż las to mój dom, góry natomiast nie – kocham po nich chodzić z lekkim plecakiem i przez chwilę:) Tam też stanęłam w swojej mocy, by zadbać o siebie, chodząc powoli oraz nie zgadzając się na głodówkę na czas odosobnienia, bo było to wbrew moim odczuciom. Zaraz po nim trafiłam na warsztaty białego śpiewu z Fundacji OVO, gdzie doświadczyłam swego postępu w otwieraniu gardła i siebie na słyszenie swego głosu w obecności innych. Tam też byłam dla siebie najlepszym przyjacielem, dbając o swoją przestrzeń. Ciekawe było to, iż podchodziło do mnie niewielu ludzi, jednak jak już rozmawiałam z kimś, to te rozmowy były głębokie, często dotyczące duszy – takie spotkania duszy z duszą:) No i moja dusza rosyjsko – ukraińska naśpiewała się w pieśniach w tych językach. Było pięknie i energetycznie z Ritą – ukraińską nauczycielką:) To tam uzmysłowiłam sobie, ze raczej mam lekki uśmiech na twarzy, już raczej nie łapię się na powadze i marsowej minie:)

W ogóle ostatnie 3 miesiące, kiedy mieszkałam u Basi na Podkarpaciu, były pięknym podsumowaniem tego wyzwania, pokazującym dokąd dotarłam. Mieszkało mi się z Basią lekko, radośnie, wspólnie – małe i większe wypady na łono natury czy spotkania w gronie ciekawych osób. Byłyśmy wzajemnie dla siebie towarzyszkami codzienności, co było mi potrzebne. Tam uczestniczyłam w trzech kręgach na żywo (już nie online) ze wspaniałymi kobietami – kiedy osiądę dołączę lub sama zorganizuję krąg, bo to niezwykłe doświadczenie. To tam podjęłam decyzję, by od września osiąść, co na dziś zostało lekko przesunięte w czasie – po co? Jeszcze nie wiem, jednak na innym poziomie nie ma to znaczenia. Pewnie potrzebowałam jeszcze coś uzdrowić, zanim sama osadzę się:) Też u Basi doświadczyłam bycia sobą w pełni na co dzień. Byłam u niej w gościnie, a jednak pozwalałam sobie na robienie tego, na co w danym momencie miałam ochotę, choćby to miało być czytanie w łóżku cały dzień (raz tak było:). Do tej pory – choć już coraz rzadziej – nastawiona byłam na odwdzięczanie się. Oczywiście – dalej się odwdzięczam, choćby gotując obiad, jednak w różnych momentach słucham siebie i podążam za swoją ochotą, a nie co mi umysł podpowiada, że byłoby lepiej, skoro jestem na czyimś garnuszku. Decyzję, by tak robić, ułatwiło mi wczucie się w odwrotna sytuację – przyjeżdża Basia do mnie, jest u mnie gościem i ja nie miałabym żadnych oczekiwań, poza tym, by trochę czasu spędzić razem, a poza tym – by robiła to, na co ma ochotę:)

Przytoczę fragment, w którym napisałam zaplanowane efekty i odniosę się do nich, na ile udało mi się to osiągnąć.

  • więcej się śmieję niż złoszczę – zdecydowanie tak jest:) nie jest tak, ze się nie złoszczę, jednak zdarza się to rzadziej, a potem mam mniejsze, o ile w ogóle mam, wyrzuty sumienia:) jest mi lżej ze sobą i przyjemniej,
  • kiedykolwiek przyłapię się, to mam uśmiech na twarzy – w większości przypadków tak jest:),
  • zabawnie komentuję zachowanie swoje lub innych, a jednocześnie tych komentarzy jest mniej niż teraz – może inaczej: jestem bardziej otwarta i często sama bezpośrednio mówię o sobie rzeczy, które mogą być trudne w odbiorze dla kogoś, np. o mojej silnej energii i jak na razie przynosi to mega efekty:) mam w sobie większy dystans do siebie i więcej przestrzeni dla innych, co przyniosło efekt w relacji z tatą (na Wielkanoc spędziliśmy razem w sumie 2 tygodnie w radości i lekkości – i to nie tata się zmienił, on dalej pije piwo i spędza czas głównie przed telewizorem, praktycznie do mnie nie dzwoni, to ja podtrzymuje kontakt, jednak w tej relacji jest częściej uśmiech i śmiech:) i moim bratem (obraził się na mnie i nie odzywał prawie rok, a potem niby pogodzeni, a dalej daleko; a teraz, jak odpuściłam i przestałam go w duchu osądzać, po prostu zaczęliśmy z powrotem ze sobą rozmawiać!)
  • jestem bardziej rozluźniona – tak to odczuwam, aczkolwiek w ciele sporo jeszcze napięć starych siedzi…; po doświadczeniu własnej śmierci na poziomie duszy w czerwcu przetransformowałam to doświadczenie i odpuściłam na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, co wyszło na panchakarmie w trakcie codziennych masaży; to mi uzmysłowiło, jak ważne jest puszczanie traum na poziomie ciała; no i tym bardziej ważna jest dla mnie joga wg Sivanandy, która oparta jest na rozluźnianiu ciała, a nie napinaniu (takie jest moje zdanie oparte na doświadczaniu jej),
  • mam określoną misję – mam i nie mam:) to już ma dla mnie mniejsze znaczenie, choć w oparciu o portret Duszy, który sobie zrobiłam, to ja już tę misje realizuję:) jakkolwiek nie mam, jak niektórzy, jednego zdania czy dziedziny, zawierającej moją misję; po prostu chce żyć, być – blisko siebie i natury:); przyszedł mi pomysł na Centrum SPA, jakkolwiek co ma być, to będzie:)
  • akceptuję złość i widzę w niej potencjał, z którego świadomie i z opanowaniem korzystam – różnie to bywa;
  • nie mam momentów szamotaniny, a w środku czuję spokój niezależnie od sytuacji – są rzadsze, ale, niestety, dalej są, jakkolwiek, co już pisałam, od czasu przekazu o akceptacji swej dominującej natury, jest mi łatwiej; jakkolwiek, co ciekawe, kiedy to piszę, właśnie miałam mały atak złości; taka jest prawda – dalej złość jest częścią mnie…,
  • dbam o siebie, czyli jasno i bezpośrednio komunikuję każdemu, kiedy z czymś mi trudno w danej relacji, jasno wyrażam swoje potrzeby – robię to spokojnie, bez walki:) – zdarza się to znacznie częściej głównie ze wzglądu na moją większą świadomość siebie; to znacznie ułatwia życie, choć nie każdą sytuację:)

Jestem szczęśliwa, iż rok temu podjęłam decyzję o wyzwaniu:) Mój zeszyt Pisaninki od tamtej pory prawie został zapisany przez moje przemyślenia, refleksje, wykonane ćwiczenia.. To namacalny dowód wykonanej pracy:), choć zdecydowanie ważniejsze jest to, jak się czuję na co dzień i jak buduję relacje z innymi, a przede wszystkim sama ze sobą:) No i wynikiem tego jest kolejne wyzwanie! Może nazwę go CUD – gdyż będzie to czas na Ciało, Umysł i Duszę:)