Archiwum autora: admin

Półroku CUD-u i stał się cud:)

Kilka dni temu minęło półroku, odkąd podjęłam się kolejnego rocznego wyzwania, który nazwałam CUD, czyi c1oś dla Ciała, Umysłu i Ducha:) Poczułam, iż warto podzielić się, na jakim jestem etapie, bo dzieje się sporo – dużo więcej niż się spodziewałam czy zakładałam:)

Zaczynłam od 5 minut porannych ćwiczeń, co początkowo było np. 3 seriami (czyli 6 powtórzeń, po 3 na każdą nogę) powitania słońca. Robiłam to trochę na siłę, bo czułam potrzebę rozruszania ciała, jakkolwiek bez większego entuzjazmu, wręcz przeciwnie.. Czasami mi się bardzo nie chciało.. Zdarzało się, iż było to dosłownie kilka rozciągnięć kręgosłupa. Ciekawym doświadczeniem było to, iż na 3 dni po ponad miesiącu codziennej przktyki zapomniałam o tym porannym rytuale.. Pojechałam do domu rodzinnego pomóc bratu w remoncie i tak się na tym skupiłam, iż po 3 dniach budzę się i z zaskoczeniem przypomniałam sobie o wyzwaniu.. Tak u mnie czasami jest,że jak nastąpi jakaś zmiana w codzienności, mocno mnie angażująca, to potrafię zapomnieć o tym, co na co dzień po prostu robię i pamiętam, chyba, że staje się to mega ważne dla mnie, jak jest już teraz, że nie ma opcji, bym o tym zapomniała:) Natomiast był czas 2 tygodni, kiedy świadomie zrezygnowałam z codziennej praktyki, która wtedy zajmowała mi około godziny (po 20 minut na każdą czynnośc, czyli asany, pranajamy oraz medytację), gdyż przeziębiłam się i byłam zbyt słaba, by to robić, jakkolwiek wróciłam do tego 1 stycznia:) Taki boski początek roku:) Dalej byłam słaba, co odczuwałam przy każdej asanie, jednak z dnia na dzień szło mi coraz lepiej:) Dziś sama joga zajmuje mi około 50 minut, bo po drodze podjęłam się kolejnego wyzwania.. Ale po kolei:)

Chęć rozruszania mego ciała i ducha sprawiła, iż otworzyłąm się na różne propozycje, np. ponowne po 15 latach zrobiłam kurs Happiness z Art of Living. Szczerze nic nie pamietałam z poprzedniego, z wyjątkiem tego, iż trwał przynajmniej cały weekend, jak nie dłużej. Kumpela zachwycona efektami zachęciła do powtórzenia tego kursu, choć nic o tym nie wiedziała. Pod koniec listopada zapisałam się i przyciągnęłam kurs online w dacie, która mi pasowała. Miał się odbyć piatek, sobota, niedziela po 3 godziny w każdy dzień, a kiedy zapisałam się i opłacłłam, okazało się, że jednak nikogo, oprócz mnie nie ma.. Miałam go zrobić w inny weeken, jednak żaden z najbliższych terminów mi nie pasował. Ten, ostatni weekend listopada, był idealny – byłam sama u kumpeli na Podlasu, miałam czas i przestrzeń, a tu.. Jednak w piątek późnym wieczorem okazało się, iż zapisało się kilka osób i jednak będzie! Tyle, że zamiast w piątek, to w poniedziałek do południa, co mi pasowało:) Zrobiłam, jednak nie do końca poczułam. Spodobały mi sie asany, pranajamy, jednak przekazywane treści, jak i ich główna technika oddechowa nie przypasowały mi. Jednak, by sprawdzić, że na pewno tak jest, robiłam zalecaną przez nich praktyke przez 40 dni (z 2-tygodniową przerwą na przeziebienie). Pasowało mi to o tyle, iż wpisywało sie w moje wyzwanie – coś dla ciała, umysłu i ducha:) Potem z przyjemnością wróciłam do różnorodnych praktyk:) Bardzo polubiłam Gosię Mostowską z jej jogą na Dzień Dobry czy na Dobry Poranek czy wracałam do Ulli Wilczyńskiej – Kalak, którą znałam jeszcze z Poznania (to u niej rozpoczęłam moją przygodę z jogą jakieś 15 lat temu:). Co do sesji oddechowych to początkowo słuchałam Nuliny, potem odkryłam metodę oddechową Wima Hofa, do której często wracam. Potem poznałam pranajamy z Art of Living i często je robię na zmianę z wymienioną poprzednio. Są też dni, kiedy korzystam z oddychania pudełkowego🙂 I jeśłi chodzi o pranajamy – tak jest do dziś. Jednak mocno zmieniło się, jeśłi chodzi o poranną praktykę jogi:)

W lutem Maria z Agni – Ajurweda chętnym do jej szkoły zaproponowała w bonusie 66 dniowe wyzwanie z jogą na żywo o 6 rano! (wtedy wstawałam około godziny 8 po ok 10 godzinach snu – poranne wstawanie nie jest moją domeną…) oraz medytacjami, słuchanymi we włąsnym zakresie (ich pomysł o 5.30..). To tak zarezonowało ze mną, iż napisałam, by udostępnili to wyzwanie szerzej i tak się stało:) Pomimo, iż początek wyzwania nastąpił tydziień temu, w pierwszy dzień wiosny, to ja je rozpoczęłam wcześniej:) Na początku marca miałam zrobić ważny, kilkudniowy proces medytacyjny na rzecz oczyszczenia pewnej przestrzeni i poczułam, by zrobic to o 5-6 rano, jednak nie chciałam nastawiać budzika. Od lat nie stosuję tego urządzenia (może 3-5 razy budził mnie budzik w ostatnich latach), stąd poczułam, iż jeśli mam zrobić ten proces następnego dnia, tj. 7 marca, to sie po prostu obudzę. I tak sie stało:) Po 6 godzinie usiadłam do medytacji, którą tego dnia zakończyłam o 7.07:) Same siódemki, co dla mnie było potwierdzeniem, iż był to doskonały czas na realizację tego procesu:) II tak się działo przez kolejne dni – raz budziłam się wcześniej, raz później, jakkolwiek wcześniej niż do tej pory. A od tygodnia o 6 rano jestem na macie:) Dużo łatwiej jest robić takie wyzwanie w większym gronie:) Nie widzę tych osób, tylko lczbę uczestników. Pierwszego dnia było nas 70, potem średnio 50. Dziś – kedy w nocy byłl przestawiony czas, i to do przodu – nie wiedziałam, czy dam radę wstać o 4.44 wg starego czasu – ale dałam!!! Potem fakt faktem jeszcze położyłam się spać, bo w nocy różnie ze snem było, a ostatnie dni trudne emocjonalnie, jakkolwiek jestem dumna z siebie:)))

Został jeszcze trzeci element układanki – medytacje. Robię je codziennie, z wyjątkiem tych dni, kiedy nie robiłam w ogóle porannej praktyki. Siadam na kilka minut w ciszy, zwykle 5, rzadko dochodzę do 15 czy 20, chyba, że są to medytacje prowadzone. W lutym dostałam zakupione wcześniej medytacje balansujące Pittę, a teraz w ramach 66 dniowego wyzwania wracam do medytacji balansujących Vatę, potem wrócę do Pitty, a na koniec poznam medytacje balansujące Kaphę, których jestem bardzo ciekawa, bo te dotychczasowe bardzo mi się podobają:). Zwykle medytuję na końcu – po asanach i pranajamach:)

Chciałam ten rok zakończyć miesięczną praktyką duchową, uczestnicząc w międzynarodowym kursie dla nauczycieli jogi Sivanandy (w której zakochałam się prawie rok temu na Panchakarmie na Podlasu, choć o kursie słyszałam wcześniej) w Ustce, na który chciałam jechać rok temu, jednak, podobnie jak rok wcześniej, niestety został odwołany.. W ogóle nie chcę zostać nauczycielem jogi – chciałam tego doświadczyć, nauczyć się porządnie asan, pranajam, poszerzyć swą wiedzę, pomantrować, pomedytować.. Jednak – co się odwlecze, to nie ucieknie:) Za rok będzie kolejna szansa:)

Pojawił się w mej głowie jeszcze jeden pomysł, który aż mnie zaskoczył! Chodzi o 10-dniowe medytacje Vipassana, na których byłam w maju 2018 roku i których wówczas nie ukończyłam (wyszłam 5 dnia z rana) ze względu na niemośność wysiedzenia 10 godzin w pozycji diamentowej.. Tak wówczas cieszyłam się na to doświadczenie, na 10 dnii w ciszy, która tak wielu przerasta, a ja to uwielbiam. Miałam już za sobą 2 doświadczenia medytacji w milczeniu u Jezuitów, stąd brak obaw, a raczej entuzjazm do milczenia. Tyle, że nie dotarło do mnie w jakiej pozycji na Vipassanie będzie te 10 godzin (z przerwami oczywiście) medytacji.. Na rekolekcjach u Jezuitów była to medytacja np. w ruchu, a w innych miejscach zwykle medytowałam w pozycji leżącem, a w półklęku nie miałam ani doświadczenia, ani siły.. Nie dotarło wówczas do mnie w pełni, na co sie piszę.. A teraz ponownie to do mnie wraca – by ponownie spróbować – z większą świadomością. Zobaczymy – jak mam tam być, to dostanę się, choć pasuje mi termin raczej oblegany, bo w drugiej połowie lipca. Przekonam sie o tym za miesiąc, pod koniec kwietnia:) Jak na razie mnie samą zaskakuje, czego dotychczas doświadczam i jakie swoje granice przekraczam. Jeszcze kolejne półroku – ciekawe, dokąd mnie to zaprowadzi, jestem przeogromnie ciekawa!

Przedsmak wiosny:)

Wczoraj z racji pięknych zawirowań (przenosiłam się do mieszkania, które mi znajoma w Niemczech udostępniła na kilka miesięcy, co dla mnie jest znakiem od wszechświata, iż moje marzenie o domu w lesie jest coraz bliższe;)) nie zdołałam napisać czegoś inspirującego, więc nadrabiam dziś:) Trudny wybór, bo tyle jest cudów i inspiracji wokół mnie.. Zdecydowałam się pokazać pierwsze oznaki wiosny, bo to uskrzydla, raduje serce, dodaje sił:) No i upiększa, jak na przykład okolice, w których obecnie jestem. A przebywam w południowo – zachodnich Niemczech, gdzie jak na razie średnio mi się podoba, choć czuję, że kiedy zazielenią się drzewa na stokach gór oraz łąki i pastwiska, to zrobi się tu pięknie, stąd wypatrzyłam dzisiaj już nowo rosnące trawy i młode roślinki, nie wspominając o głównym sprawcy dzisiejszego artykułu, jakim jest przebiśnieg, zwany śnieżynką:) Dziś niestety był lekko zamknięty, ale dwa dni temu! Była boska pogoda, cudowne słońce i przebiśniegi otworzyły swe główki, tyle, że wtedy aparatu ze sobą nie wzięłam:( Czytałam o nich w Wikipedii i okazało się, że są miododajne (tak – przypomniało mi się, że wówczas pierwsze pszczoły przy nich latały:))) i lecznicze (czego nie wiedziałam, a właściwości mają niezwykłe! (poczytaj sam/a: https://pl.wikipedia.org/wiki/Śnieżyczka_przebiśnieg#Roślina_lecznicza)

A tu inne oznaki zbliżającej się wiosny, oprócz śpiewających ptaków czy innego powietrza:)))

22.02.2022 – magiczna data:)

Dziś jest boska data! Jak to mój brat określił – lustrzana: 22.02-2022:) Ja widzę jeszcze więcej magii. Po pierwsze – dodatkowo jest to wtorek, czyli 2 dzień tygodnia:) Poza tym tę datę można zapisać jeszcze w inny sposób: 22-0-22-0-22, w ten sposób pojawią się trzy pary mistrzowskiej liczby 22:) Czuję, że największa moc w tym dniu będzie o godzinie 22.22:) Ale to jest magia!

Porostowe drzewa

Dziś poczułam, by podzielić się z Tobą „porostowymi drzewa”, jak je nazwałam. Od ponad tygodnia jestem w Niemczech na południowym zachodzie, za Frankfurtem nad Menem i chodząc na spacery po okolicy zachwyciłam się drzewami porośniętymi od stóp do głów porostami. Jeszcze czegoś takiego nigdzie nie widziałam! Na niektórych porosty rosną na gałęziach w taki sposób, iż sprawiają wrażenie owoców z daleka. Zresztą, zobaczcie sami!

Osiadam w 2022 roku!

Postanowiłam podzielić się moją energią, którą czuję w sobie od prawie początku tego roku – jest to pewność i radość, iż w tym roku w końcu osiądę:)

Za 4 miesiące – dokładnie 28 maja – upłynie 10 lat, jak podróżuję po Polsce, co jakiś czas zmieniając miejsce zamieszkania. Co jakiś czas są to nowe miejsca, jednak coraz częściej wracam w miejsca, w których mi dobrze. Początkowo to nie była podróż, tylko sposób na rozwiązanie sytuacji z długami. Dopiero po pierwszym roku, w którym dominował lęk swoją przygodę nazwałam podróżą i zaczęłam się nią cieszyć! Czułam się bosko – przemieszczałam się, bywałam w różnych miejscach, poznawałam bardzo różnorodnych ludzi, miałam wiele ciekawych doświadczeń. Byłam przeszczęśliwa i chciałam w taki sposób spędzić resztę życia. Pasowało mi to bardzo i w ogóle nie zakładam, by osiąść gdzieś na stałe – myślałam, że ten etap mam za sobą. Jednak od wakacji w 2018 zaczęłam dostawać przekazy różnymi drogami: poprzez karty, znaki, Kroniki Akaszy, przekazy słowne jasnowidzących.. Dotyczyły one założenia rodziny, spotkania partnera, zamieszkania w jednym miejscu. Początkowo byłam tym zaskoczona i raczej zamknięta na to, jakkolwiek służyły one temu, by się właśnie na to otworzyć. Moi Mistrzowie i Opiekunowie Duchowi wiedzieli, że jestem uparta i że jakiś czas wcześniej podjęłam decyzję, by resztę swego życia spędzić samotnie, ciesząc się tym, co mam bez osiadania w jednym miejscu. Stąd wysyłali do mnie wiadomości różnymi drogami, bym otworzyła swe serce na zmianę i tak się w końcu stało. Do dziś nie spotkałam swego partnera i być może nie spotkam, choć w sumie bym chciała mieć towarzysza na swej drodze, jakkolwiek od 2 lat moim marzeniem jest osiąść – zamieszkać w małym drewnianym domku w lesie. Domek będzie, jaki będzie – wszechświat w tym temacie najlepiej o mnie zadba, natomiast las jest kluczowy. Życie w naturze na co dzień, codzienne spacery wśród drzew, rozmowy z nimi, chłonięcie zielonej energii to coś, co mnie koi, wycisza, uspokaja, daje życie.. Byłam pewna, że osiądę w moim 8 roku numerologicznym, tj. do maksymalnie września 2021 roku, bo 8 to rok realizowania marzeń, a tu nic.. Obecnie jestem do września w roku 9, roku pożegnań i porządków, stąd poczułam, iż to rok zakończenia mej podróży. Poza tym już 2 razy od Mistrzów dostałam info, iż w tym roku w końcu osiądę:) Nie wiem dokładnie gdzie, bo czuję, że zawoła mnie tam moja dusza i kiedy zobaczę dane miejsce dla mnie, to całą sobą je poczuję:) Najbardziej czuję północną Polskę: Podlasie, Warmię i Mazury oraz Kaszuby – są to krainy pełne lasów:) Cudownie, jakby stosunkowo blisko mnie było jakieś jezioro, jakkolwiek to już nie jest warunek konieczny, taki jak ogromny las, na którego skraju lub w środku będę mieszkać:)

Jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób się to wydarzy, w jaki sposób wszechświat o mnie w tym temacie zadba:) Młoda kumpela wyciągnęła dla mnie na ten rok w tym temacie karty anielskie i dostała odpowiedzi: „Tak!”, „Jesteś gotowa” oraz „Poproś o pomoc innych”:) Co ciekawe kilka dni wcześniej rozmawiałam z bliską mi osobą na ten temat i podsunęła mi kilka pomysłów, zaoferowała swoją pomoc przy szukaniu odpowiedniego miejsca i napisania ogłoszenia:)

Bardzo ciekawe, jakie propozycje współpracy otrzymuję od września. Są to oferty jako pomoc domowa z oddzielnym mieszkaniem czy małym domkiem, co wcześniej się w ogóle nie zdarzało! W styczniu natomiast odezwał się do mnie żywotny 70-latek, który chciał towarzyszki na co dzień i oferował też przejęcie domu i nawet emerytury po swej śmierci!! Na dziś żadna z tym propozycji nie zakończyła się współpracą – z różnych powodów były one ostatecznie odwoływane przez tę drugą stronę. Dla mnie są one po prostu na tę chwilę znakiem, że wszechświat dba o mnie i w odpowiednim czasie pojawi się to, co dla mnie najlepsze:) Na razie jestem w tym roku 9, co właśnie skutkuje krótkotrwałą relacją, a nie czymś na dłużej. To, co się zmieniło to moja energia – tak jakbym w 100% zaufała, że to się wydarzy i nawet te miniporażki, choć początkowo mnie bolą, to ostatecznie wzmacniają. Podejmuję powoli różne działania w tym kierunku oraz otworzyłam się na opcję, że może ten dom mam zakupić, a nie otrzymać. Może to dla Ciebie brzmi absurdalnie, ja jednak otrzymuję tak wiele na co dzień, że do tej pory nie zakładałam zakupu domu, a jego otrzymanie, tym bardziej, że nie mam wystarczających funduszy na ten cel. Jednak rozmowa z przyjaciółką zainspirowała mnie, by również tę opcję wziąć pod uwagę – w końcu mogę otrzymać zarówno dom, jak i środki na niego:) A jak będzie – zobaczymy, jestem bardzo ciekawa, co i jak się wydarzy w najbliższym roku, gdzie go zakończę:) Może ten wpis przeczyta ktoś, kto ma taki zapomniany dom czy tyle środków, by się podzielić i w ten sposób pomóc mi w realizacji mego marzenia – któż to wie? Dając – otrzymujemy, stąd dzielę się na co dzień tym, co mam, tym, co potrafię i co lubię – służbą dla innych:)) Bony, jaka ja jestem ciekawa, w jaki sposób to moje marzenia się zrealizuje! Wszechświat może mega mnie zaskoczyć, jak to zrobił już nie raz:)

Życzę Tobie, byś realizował swe marzenia – odgruzuj je i pielęgnuj poprzez zaufanie do wszechświata oraz radosne życie żywą wizją realizowania się tego marzenia, a po drodze dziel się tym, co masz, ciesz się życiem, bądź tu i teraz z miłością do siebie i innych! Te słowa kieruję również do siebie:) Cudowności!

Mogę służyć innym – mała rzecz a wielka transformacja

Wczoraj dokonała się kolejna transformacja w moim życiu w sferze mentalnej. Niby mała rzecz, a po efekcie – tym, jak się czuję – jest to ogromna zmiana.

Ten intensywny proces rozpoczął się ponad miesiąc temu, jak po raz pierwszy od dłuższego czasu przyjechałam do kumpeli na Podlasie. Ma 2 córeczki w wieku szkolnym – 9 i 11 lat i to w dużej mierze za ich przyczyną dokonałam tej zmiany mentalnej. Wszystkie 3 są wspaniałymi istotami, z którymi bardzo lubię spędzać wspólnie czas. Mają tylko jedną przywarę – w moim odczuciu: iż pozostawiają różne rzeczy gdziekolwiek, najczęściej tam, gdzie akurat ich używają. Podobnie jest z naczyniami, choć tu dochodzi jeszcze jedna sprawa: mają zmywarkę i często zamiast wkładać naczynia od razu do zmywarki, to często zostawiają je w zlewie, a to oznacza, że zwykle to ja potem po nich sprzątam.. A jest ustalone z dziewczynkami, iż po sobie po zjedzeniu ogarniają naczynia od razu… Niestety – cała trójka ma do tego luźne podejście i często rano czułam frustrację i złość, widząc pełno naczyń w zlewie – przyznam, iż doprowadzało mnie to do szewskiej pasji.. Nie jestem jakąś perfekcjonistką – szczerze powiem, ze mam swoje obszary, w których ktoś mógłby ocenić jako pozostające w nieładzie, jakkolwiek lubię mieć proste zasady i lubię sama ułatwiać komuś życie i tego samego oczekuję od innych, ucząc tego poprzez własny przykład czy właśnie owe proste zasady (np. sprzątam po sobie). Podczas pierwszego dwutygodniowego pobytu mocno się spinałam z tego powodu i już wtedy zaczęłam rozmyślać, co bym mogła zmienić, by sobie ułatwić życie i tak się nie denerwować.. I mówiłam o swoich uczuciach, i zmieniłam ton głosu, bo już zaczynałam wszystko mówić tonem pełnym złości.. Na pewno trochę odpuściłam – ważna była wtedy decyzja, że ja tu po prostu jestem i tworzę przestrzeń, a nie angażuję się w codzienne wychowanie dziewczynek, co robiłam od dłuższego czasu w trakcie bycia tutaj czy poprzez rozmowy z kumpelą. Tyle, że mamy inne podejście w wielu kwestiach i co z tego, iż kumpela chciała ode mnie podpowiedzi, co zrobić, jak potem nie wdrażała tego, bo to było moje, a nie jej.. Pod wieloma względami jest to piękna, acz czasami trudna relacja, w której uczymy się siebie nawzajem i poprzez to wzrastamy i rozwijamy się..:)

Wracając do tematu – ta decyzja o nie angażowaniu się była ważna, acz były sytuacje, jak te opisane powyżej, które dotyczyły mnie bezpośrednio.. Po dwutygodniowej przerwie wróciłam z powrotem do kumpeli i ogólnie widziałam na co dzień różnicę w swoim podejściu, jednak te naczynia pozostawione wszędzie dobijały mnie.. Tu jeszcze wchodzi przynajmniej jedna rzecz. Moja mama robiła wszystko w domu, nie angażowała nas, dzieci (a było nas czworo, więc roboty było pełno), do codziennych prac. Szybko odeszła, a ja nie potrafiłam nic – ani gotować, ani prać czy prasować.. Czułam się mało zaradna przez długi czas. Wówczas poczułam, jakie ważne jest, by wdrażać dzieci od początku w życie codzienne – im wcześniej, tym lepiej z tego względu, iż traktują to jako zabawę, a potem po prostu umieją o siebie samodzielnie zadbać. Stałam się wielkim zwolennikiem samodzielności i jak można, to pokazywałam czy angażowałam dzieci, które spotykałam na swej drodze, do codziennych czynności. Podobnie było u kumpeli – nauczyłam dzieci pranie wstawiać, zdejmować i składać rzeczy z suszarki, robić sobie kanapki.. Jednak czasami za bardzo się wkurzałam, że nie jest tak, jak ja bym chciała – tak zabawne, jak i smutne to stwierdzenie jest.. Błędne koło.. Poza tym pisząc to uzmysłowiłam sobie, iż moja historia jest potwierdzeniem ostatnich moich przemyśleń – że jak dziecko dorośnie i dojrzeje, to nauczy się tego, co chce, kiedy poczuje, iż jest mu to potrzebne tak jak ja nauczyłam się prać, suszyć i składać rzeczy tak, by nie musieć prasować, choć to też potrafię czy nawet gotować, choć nie myślałam kilka lat temu, że to też nastąpi.. Chyba aż za bardzo chciałam z jednej strony nauczyć dzieci samodzielności, by ochronić je przed poczuciem gorszości, jak ja się czułam, a z drugiej za bardzo usztywniłam się przy zasadach, które mają ułatwiać życie, a nie je ograniczać, a tak też chwilami się działo w moim przypadku w relacji z dziewczynkami.. Niestety – na to wpływ też miała moja wiedza i doświadczenie jako psycholog.. A prawda jest taka, iż każda dusza sama tworzy swoje życie i swoje doświadczenia.. Ja nie ochronię, ani nie nauczę wszystkiego, co może się komuś przydać, bo któż wie, czym tak naprawdę to „coś” jest.. To, co ja mogę, to robić swoje i swoim przykładem pokazywać coś, co chciałabym widzieć wokół siebie (ktoś powiedział coś w tym rodzaju: „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”) i wczoraj właśnie w tym temacie doszłam do bardzo ważnych, dla mnie, wniosków..

Wypisywałam sobie wszystko, co mi się w tym temacie pojawiało, np. wszelkie pomysły, co mogę w tej sytuacji zrobić, jednak większość pomysłów nie pasowała mi – albo już ich nie chciałam wdrażać, bo w sumie nie były tym, co bym chciała pokazywać, ani nie czułam się z nimi dobrze, a część – choć wartościowa – na razie nie sprawdziła się tutaj.. Płakałam i czułam się bezradna.. W końcu zaczęłam zgłębiać jeden z pomysłów, by z lekkością i spokojem sprzątać po dziewczynkach, wbrew moich przekonaniom.. Lekkość jest tym, co chcę w moim życiu, a czułam, że wszelkie moje reakcje, choć w większości wypływające z dobrych intencji, są walką i oporem, co mnie męczy i spina i wcale nie jest lekkie, wręcz przeciwnie.. A sprzątanie po dzieciach raczej nie wchodziło wcześniej w rachubę, bo czego w ten sposób uczę? No i tutaj, wbrew sobie, doszłam do ciekawych wniosków.. Jaka ja jestem wdzięczna, iż otworzyłam się na przyjrzenie się temu z takim naprawdę otwartym umysłem..

Kiedy z lekkością i spokojem sprzątałabym naczynia po dziewczynkach, wtedy:

  • czułabym lekkość i spokój:)
  • miałabym lekcję pokory
  • uczyłabym się akceptacji innych takimi, jakimi są
  • robiłabym dla siebie dobrze, bo lubię czysty zlew
  • dałabym przykład, iż wszelka praca jest ok, że służenie innym jest ok, że służenie innym jest lekkie, że służenie innym może dawać radość
  • kiedy będą gotowe, o ile w ogóle, to miałyby przykład sprzątania/pomagania/służenia innym w lekkości

Te dwa ostatnie wnioski tak naprawdę wstrząsnęły mną i rozpoczęły transformację, bo prawda jest taka, iż ja lubię pomagać, lubię służyć innym, lubię te codzienne czynności i lubię pomagać w ich codzienności, a jednocześnie w tym przypadku (i jeszcze w kilku innych) uparłam się na trzymaniu się ustalonych zasad – by w sumie nauczyć je czegoś, jednak tak naprawdę uczyłam ich czegoś innego… Chciałam nauczyć ich samodzielności, a uczyłam, iż służenie innym jest trudne, ciężkie, okupione walką.. A ja doświadczyłam tego i dalej doświadczam, iż służenie innym uskrzydla i ubogaca.. Skąd mają się tego dowiedzieć, jak na razie mają przykład walki i narzekania? Jak z radością będę robić te codzienne czynności, to może nadejdzie dzień, kiedy zapytają się, skąd moja radość? Lub same poczują chęć doświadczyć tego na sobie! Przecież ja w ich wieku też nie pomagałam w domu, tylko czytałam, bawiłam się, a czasami zaopiekowałam się młodszym rodzeństwem, co lubiłam i sama chciałam.. No właśnie – sama chciałam..

Chcę, by ludzie sobie nawzajem służyli i pomagali sobie, a mogę ich do tego inspirować poprzez własny radosny przykład! W ten sposób uskrzydlam i wzbogacam siebie! Tu dotarło też do mnie, iż ja MOGĘ służyć, bo jestem sprawna fizycznie, jestem zdrowa, jestem też na to gotowa mentalnie i duchowo.. W ten sposób doszłam do wniosku, jakie to szczęście, że ja mogę! Ile osób chciałoby, a nie może, bo jest np. chora czy niepełnosprawna (choć są i takie osoby, które niby nie mogą, a pomagają i są też odwrotne sytuacje – mogą, a nie chcą..). Uzmysłowienie sobie tego było dla mnie naprawdę uzdrawiające i wyzwalające! Poza tym – ja mogę, a nie muszę! A warto bym to robiła dla siebie, bo właśnie mogę, lubię służyć innym i lubię czystość:) Czuję, że puściłam mega dużo napięcia i mam w sobie więcej lekkości!

Teraz ciągle sobie powtarzam, że mogę, nie muszę, a teraz jest to dużo głębsze niż kiedyś, bo nie tylko związane z poczuciem wolności, a potencjału, jaki mam w sobie! Poza tym pamiętam, iż w ten sposób świecę przykładem, by iść w kierunku zmian, które chcę, by zamanifestowały się wokół mnie:)

Czas na CUD!!! – czas na kolejne wyzwanie:)

Wczoraj przy okazji podsumowywania roku wyzwania „Od złości do radości” przyszedł mi pomysł na kolejne wyzwanie. Po prostu w trakcie tego poprzedniego miałam w zamyśle robić codziennie ćwiczenia fizyczne, robiłam je z doskoku, a chciałabym każdego dnia zrobić coś w tym temacie..

W jakiś sposób ćwiczenia fizyczne towarzyszą mi przez całe życie. W podstawówce chodziłam na SKS-y oraz na aerobik do Domu Kultury. Pod koniec liceum uczyłam się hip – hopu – nawet byłam na letnim obozie, gdzie codziennie mieliśmy zajęcia i akrobatykę. Na studiach w ramach w-fu jeździłam na rolkach, a po studiach w wieku 26 lat ponownie zapisałam się na hip-hop:) Nawet pojechałam z moja formacją na Mistrzostwa Polski w Łodzi:) Byłam najstarsza w grupie:))) Kilka lat później poznałam jogę – jeździłam na zajęcia na 6.30 w ramach Klubu 6 rano, gdzie za znajomymi motywowaliśmy się do porannego wstawania:) Może rok pochodziłam i kolejna przerwa na kilka lat. W trakcie podróży regularnie w czasie, w którym pracowałam w hodowli kotów pod Warszawą, uczęszczałam na jogę nawet 2 razy w tygodniu. Po kilku latach miałam fazę na Tybetańskie Rytuały, które regularnie praktycznie codziennie ćwiczyłam przez 1,5 roku i nagle z dnia na dzień zaprzestałam. Na co dzień dużo spaceruję i kiedy mogę, to jeżdżę rowerem. Mam kijki Nordic Walking, jednak nie przy sobie, jednak kiedy mogę – korzystam z nich, co bardzo lubię. Uwielbiam parki linowe i chodzenie po górach i wałęsanie się po lasach. Można powiedzieć, że całe życie ćwiczę i nie ćwiczę jednocześnie;) I choć były dłuższe momenty, kiedy ćwiczyłam regularnie i miałam porządną rozgrzewkę, nigdy nie zrobiłam szpagatu – mam przyblokowane niektóre mięśnie. Jakkolwiek widzę sens w regularności. Nie da się ukryć, że jak każdy z każdym rokiem jestem coraz starsza i z czasem moje ciało może stracić elastyczność, a mogę ten czas przedłużyć – tak to czuję. Choć nie siedzę na co dzień przed komputerem, to jednak czasami boli mnie kręgosłup. No i kiedy biegnę, szybko łapię zadyszkę;))) Chcę to zmienić. Chcę wzmocnić i uelastycznić moje ciało. Chcę powiększyć wydolność moich płuc. Najchętniej zostałabym akrobatką – byłam nią w innym wcieleniu całą sobą tęsknię za tym, choć, jak wspomniałam, mam nierozciągnięte ciało. Ile razy widziałam siebie w wyobraźni skaczącą w powietrzu! Uwielbiam podziwiać ludzi, którzy wyginają swoje ciało we wszystkie strony! Sama doświadczyłam miniakrobatyki na air-jodze w Poznaniu, robiąc różne wywrotki na chuście podwieszonej pod sufitem. Moim marzeniem jest posiadać taką chustę i ćwiczyć na niej, kiedy już osiądę:)

Ważnym i mocnym akcentem, który jeszcze mocniej mnie zmotywował do pracy z ciałem była panchakarma, na której codziennie miałam masaże przez 11 dni. Wydawało mi się, że jestem w miarę rozluźniona, a tam dostawałam codziennie informację, jaka jestem spięta i napięta. Początkowo tego nie rozumiałam, aż w końcu dotarło do mnie, dlaczego tak jest. To, że mam w jakiś sposób napięte ciało, to wiedziałam, jednak nie rozumiałam, dlaczego aż tak mocno. I po kilku dniach objawienie. 2 tygodnie wcześniej umarłam na poziomie duszy. I uzdrowiłam to na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, a w nim zapisane zostało wszystko, czego nie puściłam na tym poziomie… Pozostałe napięcia to odbicie mojego dzieciństwa stare traumy, zapisane w ciele.. Od zawsze uwielbiałam masaże – zawsze i wszędzie mógł mnie ktoś masować, głaskać.. Teraz bardziej rozumiem dlaczego – by rozluźniać ciało i puszczać zapisane w nim napięcia.. Kilka lat temu, w 2016, doświadczyłam mocy dawania masażu, a nie tylko jego brania i od tamtej pory lubię to robić, choć nie pomasuję każdego i o każdej porze, tylko wtedy, kiedy to poczuję. W trudniejszych momentach, kiedy moje zaczyna się trząść, pozwalam mu to robić, a nawet czasami specjalnie to wywołuję ćwiczeniem Lowena – polecam. Zwierzęta robią to naturalnie, a ja, jak większość ludzi, potrzebuje to sobie przypomnieć.. I wczoraj ponownie przypomniałam sobie, że przecież chcę codziennie coś zrobić i to wcale nie musi być godzina czy coś intensywnego. Kiedy robiłam rytuały tybetańskie – proste ćwiczenia – po roku widziałam ogromne różnice w moim ciele. Wtedy właśnie zrozumiałam, że wystarczy kilka minut, byle codziennie. Czytałam kiedyś, że tak naprawdę wystarczy minuta intensywnych ćwiczeń codziennie, jednak na dziś wolę ciut dłużej, a spokojniej:) Jednak, by nie zapomnieć i naprawdę to wdrożyć, postanowiłam zrobić z tego roczne wyzwanie, a robiąc dalej podsumowanie poczułam, by dołączyć do tego medytację i pranajamy. I już dziś z rana zrobiłam to! Najpierw w łóżku pooddychałam, potem pomedytowałam, dalej leżałam robiąc coś na laptopie, aż zapomniałam o ćwiczeniach.. Kiedy zaczęłam ten wpis, od razu sobie przypomniałam i chwilę poćwiczyłam:))) Tak, jest szansa, że wyzwanie mnie zmotywuje;))

W ramach wyzwania zamierzam codziennie po minimum 5 minut ćwiczyć, medytować i oddychać. Poczułam, że efektem końcowym chcę by było, iż za rok na każdą z tych czynności poświęcam ok 20 minut. W trakcie tego czasu zamierzam skupić się na ciele, by być jego bardziej świadomą. W tym celu będę ćwiczyć stanie na głowie oraz skorzystam z warsztatów u Iwo Łaźniewskiej (wolę na żywo, jednak jakby co to lepsze online niż żadne). Będę dodatkowo czytać książki poświęcone tej tematyce, np.: „Sekretne techniki medytacyjne buddyjskiego mnicha” autorstwa Ajahna Browna czy też chcę mieć w pamięci kurs uważności, który czeka na swoją kolej – może w końcu się doczeka (wiem, jak to brzmi, mam tego świadomość, jednak jakoś nie czuję, by się do tego zobowiązywać)..

Nazwałam to wyzwaniem CUD -em od pierwszych liter słów: Ciało – Umysł – Duch, gdyż robiąc to, co zamierzam każdego dnia zrobię coś dla całej siebie:) A więc – czas na CUD!!


Finiszuję – podsumowanie rocznego wyzwania „Od złości do radości”

Dziś ostatni dzień wyzwania, którego podjęłam się rok temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło, jestem w innym miejscu – jestem ta sama, a jednak inna, jak zresztą wskazuje na to moje imię (anagram – Nina – inna:) To naprawdę niesamowite, ile zadziało się w ciągu ostatniego roku! Z jednej strony podjęcie się tego wyzwania czasami mnie inspirowało czy motywowało do pewnych działań, a z drugiej – dzięki temu miałam większą uważność na to, co się w tym czasie u mnie dzieje:) Nie przedłużając – czas na podsumowanie.

Zdecydowanie bardziej siebie akceptuję w pełni niż rok temu. Z jednej strony bardzo pomogło mi słuchanie Marii Nowak – Szabat z Agni-Ajurweda, a szczególnie jej słowa, by przyjąć siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza, a także zrozumienie jaką mam konstytucję pod kątem dosz i jakie konsekwencje za sobą to niesie. To, że jestem Pitta – Vata na poziomie umysłu dało mi jasność, skąd taka szarpanina we mnie od złości do poczucia winy i ogromnego wewnętrznego bólu.. Z drugiej strony ważny był moment przełomowy, kiedy 14 lipca dostałam przekaz z Kronik Akaszy, by zaakceptować swoją silną, dominującą, władczą naturę, aurę, energię – to było coś, czego w ogóle się nie spodziewałam, będąc całe życie przekonana, iż jest to coś do zmiany – nie ma innej opcji.. A jednak.. A jednak od tamtej pory nastąpiła we mnie ogromna przemiana. Zaczęłam z lekkością i radością o tym mówić i tego doświadczać. Kiedy teraz ktoś mi zarzuca, że jestem np.: „tyranem”, jak to zdarza się obecnie w relacji z podopieczną Heleną, to odpowiadam: „Tak, taka jestem”. I choć nie jestem dumna i zadowolona ze wszystkich swoich poczynań z tej energii, to jednak już nie mam poczucia winy i łatwiej mi odpuścić, a nie nakręcać się i wewnętrznie kotłować, jak to było wcześniej. Piękne jest uczucie wewnętrznej akceptacji i przyjęcia siebie w pełni:) Tak, teraz zdecydowanie częściej jestem swoim najlepszym przyjacielem:)

Przeglądam wpis Rok zabawy ze sobą – przejdźmy do konkretów:) i uśmiecham się do tego, co tam piszę, czując się w innym miejscu:) Z codziennych rytuałów – niestety albo stety – nie zostało już nic.. Nawet ćwiczenia fizyczne.. Akurat do modlitwy, medytacji i ćwiczeń chcę powrócić – warto to zaplanować. Podkreśliłam ćwiczenia fizyczne, bo od panchakarmy, na której byłam na przełomie czerwca i lipca, po codziennych masażach, których tam doświadczyłam, widzę jak ważna jest praca z ciałem. Wiele trudnych doświadczeń puściłam i puszczam na bieżąco na poziomie serca i duszy, zapominając o ciele, w którym wszystko się zapisuje, o ile nic się z tym nie zrobi.. W tym temacie zamierzam udać się na warsztaty do Iwo Łażniewskiej, która pracuje nad poszerzaniem świadomości swego ciała:) Teraz, jak o tym piszę, to poczułam, by od jutra zacząć kolejne roczne wyzwanie „Coś dla ciała, coś dla ducha” i codziennie min 5 min ćwiczyć i 5 min medytować. Tak, to jest myśl! Wow, ale extra!!! A teraz wracam do tematu:)) Czasami, szczególnie, jak ktoś przy mnie wyraża się negatywnie na jakiś temat, błogosławię tę osobę i to, co mówi. No i często koloruję – zdarzają się mandale, a ostatnio zdobyłam kolorowankę z motylami i ptakami:) Obecnie mój codzienny rytuał to kontakt z naturą, choćby krótki, bo to mnie wycisza i napełnia spokojem.

Z autodiagnozy zrobiłam diagnozę dosz na poziomie ciała (Pitta – Kapha) oraz umysłu (Pitta – Vata) oraz kursy Psychologia ajurwedyjska dla profesjonalistów (akurat średni ten kurs według mnie, a kiepska część dla profesjonalistów, z wyjątkiem jednego modułu – przyznaję, że byłam tym kursem mega rozczarowana – może zbyt wiele oczekiwałam?) i Dharma (może być, najbardziej spodobało mi się zrobienie filmu ze zdjęciami symbolizującymi moje marzenia oraz napisanie przemowy z okazji moich 100-letnich urodzin:) Jakkolwiek – jak już wspomniałam, sama autodiagnoza dosz i dzięki temu pełniejsze zrozumienie siebie było ważnym krokiem ku samoakceptacji. Pomaga mi to też na co dzień w różnych sytuacjach, np. teraz jestem uważniejsza, kiedy podnosi mi się Pitta, co idzie w kierunku złości i zapobiegam temu lub niweluję, np. polewanie się wodą w czasie upałów, jedzenie, kiedy zaczynam być głodna – takie proste rzeczy, a sprawiające cuda, ułatwiające codzienność:) Mario – bardzo dziękuję za dzielenie się swoim darem prostego przekazu Ajurwedy, jestem wdzięczna, że trafiłam na Ciebie i skorzystałam z czasu i pieniędzy, które miałam w danym czasie, by nasycić się tą wiedzą i wziąć dla siebie co nieco:) Skorzystałam też z coachingu indywidualnego i grupowego w ramach Kręgu z Justyną De Prado z Wytwórni Obfitości. Skorzystałam też coachingu z Dorotą Jesiołowską – Sołoduchą w ramach organizowanego przez nią Złotego Kręgu, dzięki któremu poznałam kolejne swoje odsłony, tym razem jako Manifestor wg Human Design. I tu potwierdza się moja silna energia.. Niestety – dalej nie udało mi się zrobić kursu Mindfullness.. Już zamieściłam go na stronie startowej przeglądarki, jednak dalej nie zaszłam.. Może kolejne wyzwanie będzie temu sprzyjać?

Jak już wspomniałam byłam w tym roku na panchakarmie, na którą wybierałam się głównie pod kątem oczyszczania emocjonalnego. W jakimś sensie było to, choć zupełnie w inny sposób niż się spodziewałam.. Na pewno uwalniające było 2 razy krzyknąć z całej mocy z bólu i złości w trakcie naciskania punktów Marma, wiedząc, że są świadkowie mego krzyku. Było to uwalniające, gdyż zwykle, jak mam potrzebę krzyczenia, to albo robię to, jak nikogo nie ma lub w taki sposób, by nikt nie usłyszał.. A to tak uwalnia napięcie.. Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pomysł, by w miejscu, w którym osiądę, stworzyć wygłuszone i opatulone na miękko pomieszczenie, by móc swobodnie krzyczeć i walić ze złości czy innego napięcia. Panchakarma była dla mnie emocjonalnie trudna, bo zostałam spacyfikowana przez terapeutę (jakkolwiek dzięki temu 10 dni po jej zakończeniu dostałam przełomowy przekaz z Kronik) oraz odrzucona przez grupę. I tu też wyszły moje oczekiwania, których wydawało mi się, że nie miałam wobec panchakarmy, a jednak.. Jechałam z pustą głową i z nastawieniem, że jadę na SPA i spędzę miło czas w gronie osób, z którymi łączy mnie ajurweda, co wydawało mi się dużym łącznikiem, a którym jednak nie było.. Takie malutkie nastawienie, a takie ogromne konsekwencje.. Bo inaczej bym tak tego nie przeżywała, tylko skupiła się na sobie, jak Włodek, który chadzał tam własnymi ścieżkami. Piękna, choć trudna lekcja. Za to, co dzięki temu zyskałam, jest bezcenne:) No i nauczyłam się tam stawać na głowie i doświadczyłam Jogi wg Sivanandy, w której się zakochałam. W ten sposób utwierdziłam się, by za rok ponownie zapisać się na miesięczny kurs dla nauczycieli w tym nurcie, co z tym roku zostało w Polsce odwołane z wiadomych koronkowych względów. Już nie mogę się tego doczekać!! To byłoby wspaniałe zwieńczenie kolejnego wyzwania;)) Również na panchakarmie pracowałam z oddechem, poza tym niestety nic.. Tak poczułam, by do tego nowego wyzwania dodać 5 minut pranajam:)

W ostatnich 3 miesiącach uczestniczyłam jeszcze w kilku ważnych dla mnie warsztatach. Pierwszy to taki prezent urodzinowy – warsztat „Tkanki sukcesu” z Anną Choińską, która pracuje ustawieniami wg Hellingera na własny intuicyjny sposób. To był ostatni świadomie wybrany warsztat, w którym poddałam się prowadzącej (nie wiem czy jasno to napisałam – raczej już nie pojadę na warsztat prowadzony przez kogoś, kto ma jakąś wiedzę czy pracuje jakąś metodą, chcę mocniej skoncentrować się na szukaniu odpowiedzi w sobie; tę decyzję podjęłam jeszcze przed tym warsztatem, skusiłam się na niego ze względu na wyzwanie i chęć uzdrowienia rodu; na pozostałe warsztaty zapisałam się, bo nie przypuszczałam, że ktoś będzie uzurpował sobie prawo do wchodzenia w moją przestrzeń i kreował się na lidera, który wie lepiej, co dla mnie dobre czy w ogóle kim jestem i czego potrzebuję, jak to było np. na panchakarmie). Skończyło się to moją .. śmiercią – tak odczułam to, co się ze mną działo w poniedziałek po warsztacie, co zostało potwierdzone w Kronikach. W ten sposób narodziłam się na nowo:) Nie po raz pierwszy zresztą w tym wcieleniu. Co ciekawe temat śmierci był (?) ostatnio dość intensywny w moim życiu: pogrzeb cioci na koniec maja w drodze na Podkarpacie, potem znalezienie zwłok młodego sąsiada Basi, który utopił się w strumyku 1 czerwca, następnie moja śmierć 14 czerwca, a na koniec śmierć Donki, zwołującej kręgi kobiece na Podkarpaciu, która zwołała krąg na dzień, w którym dostała udaru i w ten sposób wspólnie z innymi kobietami mogłyśmy jej towarzyszyć w przejściu. Następnego dnia – 13 sierpnia w piątek została odłączona od aparatury podtrzymującej jej życie. Zastanawiam się, czy temat się zakończył, bo obecnie przez miesiąc opiekuję się Heleną, która bardzo chce odejść – może jest mi pisane być przy niej, kiedy jej dusza zdecyduje się opuścić ten świat – jest i będzie tak, jak ma być.

Wracając do warsztatów. Na ostatni tydzień lipca udałam się na wyprawę w głąb puszczy i siebie, zorganizowaną przez Mieszka z fundacji Bycie w lesie. Tam doświadczyłam wielu cudowności: chodzenia po lesie tylko z kompasem, bez znajomości tego lasu, spania w głębi lasu pod drzewami w hamaku, dwa dni odosobnienia, w trakcie których utwierdziłam się, iż las to mój dom, góry natomiast nie – kocham po nich chodzić z lekkim plecakiem i przez chwilę:) Tam też stanęłam w swojej mocy, by zadbać o siebie, chodząc powoli oraz nie zgadzając się na głodówkę na czas odosobnienia, bo było to wbrew moim odczuciom. Zaraz po nim trafiłam na warsztaty białego śpiewu z Fundacji OVO, gdzie doświadczyłam swego postępu w otwieraniu gardła i siebie na słyszenie swego głosu w obecności innych. Tam też byłam dla siebie najlepszym przyjacielem, dbając o swoją przestrzeń. Ciekawe było to, iż podchodziło do mnie niewielu ludzi, jednak jak już rozmawiałam z kimś, to te rozmowy były głębokie, często dotyczące duszy – takie spotkania duszy z duszą:) No i moja dusza rosyjsko – ukraińska naśpiewała się w pieśniach w tych językach. Było pięknie i energetycznie z Ritą – ukraińską nauczycielką:) To tam uzmysłowiłam sobie, ze raczej mam lekki uśmiech na twarzy, już raczej nie łapię się na powadze i marsowej minie:)

W ogóle ostatnie 3 miesiące, kiedy mieszkałam u Basi na Podkarpaciu, były pięknym podsumowaniem tego wyzwania, pokazującym dokąd dotarłam. Mieszkało mi się z Basią lekko, radośnie, wspólnie – małe i większe wypady na łono natury czy spotkania w gronie ciekawych osób. Byłyśmy wzajemnie dla siebie towarzyszkami codzienności, co było mi potrzebne. Tam uczestniczyłam w trzech kręgach na żywo (już nie online) ze wspaniałymi kobietami – kiedy osiądę dołączę lub sama zorganizuję krąg, bo to niezwykłe doświadczenie. To tam podjęłam decyzję, by od września osiąść, co na dziś zostało lekko przesunięte w czasie – po co? Jeszcze nie wiem, jednak na innym poziomie nie ma to znaczenia. Pewnie potrzebowałam jeszcze coś uzdrowić, zanim sama osadzę się:) Też u Basi doświadczyłam bycia sobą w pełni na co dzień. Byłam u niej w gościnie, a jednak pozwalałam sobie na robienie tego, na co w danym momencie miałam ochotę, choćby to miało być czytanie w łóżku cały dzień (raz tak było:). Do tej pory – choć już coraz rzadziej – nastawiona byłam na odwdzięczanie się. Oczywiście – dalej się odwdzięczam, choćby gotując obiad, jednak w różnych momentach słucham siebie i podążam za swoją ochotą, a nie co mi umysł podpowiada, że byłoby lepiej, skoro jestem na czyimś garnuszku. Decyzję, by tak robić, ułatwiło mi wczucie się w odwrotna sytuację – przyjeżdża Basia do mnie, jest u mnie gościem i ja nie miałabym żadnych oczekiwań, poza tym, by trochę czasu spędzić razem, a poza tym – by robiła to, na co ma ochotę:)

Przytoczę fragment, w którym napisałam zaplanowane efekty i odniosę się do nich, na ile udało mi się to osiągnąć.

  • więcej się śmieję niż złoszczę – zdecydowanie tak jest:) nie jest tak, ze się nie złoszczę, jednak zdarza się to rzadziej, a potem mam mniejsze, o ile w ogóle mam, wyrzuty sumienia:) jest mi lżej ze sobą i przyjemniej,
  • kiedykolwiek przyłapię się, to mam uśmiech na twarzy – w większości przypadków tak jest:),
  • zabawnie komentuję zachowanie swoje lub innych, a jednocześnie tych komentarzy jest mniej niż teraz – może inaczej: jestem bardziej otwarta i często sama bezpośrednio mówię o sobie rzeczy, które mogą być trudne w odbiorze dla kogoś, np. o mojej silnej energii i jak na razie przynosi to mega efekty:) mam w sobie większy dystans do siebie i więcej przestrzeni dla innych, co przyniosło efekt w relacji z tatą (na Wielkanoc spędziliśmy razem w sumie 2 tygodnie w radości i lekkości – i to nie tata się zmienił, on dalej pije piwo i spędza czas głównie przed telewizorem, praktycznie do mnie nie dzwoni, to ja podtrzymuje kontakt, jednak w tej relacji jest częściej uśmiech i śmiech:) i moim bratem (obraził się na mnie i nie odzywał prawie rok, a potem niby pogodzeni, a dalej daleko; a teraz, jak odpuściłam i przestałam go w duchu osądzać, po prostu zaczęliśmy z powrotem ze sobą rozmawiać!)
  • jestem bardziej rozluźniona – tak to odczuwam, aczkolwiek w ciele sporo jeszcze napięć starych siedzi…; po doświadczeniu własnej śmierci na poziomie duszy w czerwcu przetransformowałam to doświadczenie i odpuściłam na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, co wyszło na panchakarmie w trakcie codziennych masaży; to mi uzmysłowiło, jak ważne jest puszczanie traum na poziomie ciała; no i tym bardziej ważna jest dla mnie joga wg Sivanandy, która oparta jest na rozluźnianiu ciała, a nie napinaniu (takie jest moje zdanie oparte na doświadczaniu jej),
  • mam określoną misję – mam i nie mam:) to już ma dla mnie mniejsze znaczenie, choć w oparciu o portret Duszy, który sobie zrobiłam, to ja już tę misje realizuję:) jakkolwiek nie mam, jak niektórzy, jednego zdania czy dziedziny, zawierającej moją misję; po prostu chce żyć, być – blisko siebie i natury:); przyszedł mi pomysł na Centrum SPA, jakkolwiek co ma być, to będzie:)
  • akceptuję złość i widzę w niej potencjał, z którego świadomie i z opanowaniem korzystam – różnie to bywa;
  • nie mam momentów szamotaniny, a w środku czuję spokój niezależnie od sytuacji – są rzadsze, ale, niestety, dalej są, jakkolwiek, co już pisałam, od czasu przekazu o akceptacji swej dominującej natury, jest mi łatwiej; jakkolwiek, co ciekawe, kiedy to piszę, właśnie miałam mały atak złości; taka jest prawda – dalej złość jest częścią mnie…,
  • dbam o siebie, czyli jasno i bezpośrednio komunikuję każdemu, kiedy z czymś mi trudno w danej relacji, jasno wyrażam swoje potrzeby – robię to spokojnie, bez walki:) – zdarza się to znacznie częściej głównie ze wzglądu na moją większą świadomość siebie; to znacznie ułatwia życie, choć nie każdą sytuację:)

Jestem szczęśliwa, iż rok temu podjęłam decyzję o wyzwaniu:) Mój zeszyt Pisaninki od tamtej pory prawie został zapisany przez moje przemyślenia, refleksje, wykonane ćwiczenia.. To namacalny dowód wykonanej pracy:), choć zdecydowanie ważniejsze jest to, jak się czuję na co dzień i jak buduję relacje z innymi, a przede wszystkim sama ze sobą:) No i wynikiem tego jest kolejne wyzwanie! Może nazwę go CUD – gdyż będzie to czas na Ciało, Umysł i Duszę:)

Przełom

Tydzień temu czuję, że przeżyłam 2 przełomowe dni w dłuższej perspektywie. 13 lipca z rana podjęłam ważną decyzję dotyczącą mojego życia, a w szczególności ostatnich 9 lat, tj. czasu mej podróży. Poczułam, iż od września osiadam się, co tym samym oznacza, iż zakańczam mą podróż:). Nie czekam na wymarzony dom, ani partnera, tylko po prostu robię to. To nie jest tak, że na jedno czy drugie czekałam czy szukałam. Bardziej czekałam z decyzją, by osiąść – uzależniałam ją od znalezienia domu czy partnera. Od ponad roku mocno czułam potrzebę, by osiąść – wszędzie i wszystkim o tym opowiadałam. Na pytanie, gdzie – miałam jedną odpowiedź: gdzie zawoła mnie dusza, czy do miejsca, czy do człowieka z miejscem, aczkolwiek miał to być dom w lesie. Na tę chwilę, jak już wspomniałam, nie mam wymarzonego domku i na dziś nie wiem, gdzie osiądę, a jednak już wiem, że osiądę:) I to zmienia wiele! Czuję się, jak człowiek, który buduje swój dom, a zanim to nastąpi – wynajmuje inny, by mieć gdzie mieszkać. I podobnie jest ze mną, tyle, że nie planuję budowy, a raczej recykling starego drewnianego domu w lesie i ten ostatni czynnik jest kluczowy! Bez lasu nie ma mnie – potrzebuję drzew, wielkich połaci lasu do życia, do bycia w lesie jak tlenu.

Mam na dziś 2 pomysły, jak tego dokonać. Pierwszy pomysł to znaleźć dom do zaopiekowania się nim. Wtedy jednocześnie miałabym dom i zarobek. Drugi pomysł to zamieszkać z kumpelą, u której jestem obecnie, na Podkarpaciu. W tym pomyśle nęcące są osoby: wspaniała kumpela jak starsza siostra, cudni sąsiedzi i boscy ludzie wokół, których już zdążyłam poznać. Tu po raz pierwszy spotkałam się z tym, iż kto mnie poznawał, od razu zadawał pytanie: czy zamieszkam tu lub jak długo będę.. To mnie zaskoczyło, a jednocześnie było takim balsamem na serce.. Minusem jest brak lasu, bo, choć drzew wokół nie brakuje (i bosko, bo bez tego w ogóle nie byłabym w stanie tu funkcjonować), to jednak te mini lasy w okolicy to zbyt mało.. Potrzebuję ogromnych połaci lasu, by móc godzinami po nich chodzić, jak to było w Zbicznie koło Brodnicy (las pod nosem, a do tego jezioro – marzenie!!), a tu są namiastki, małe drzewostany, które mija się w kilka minut.. Jakkolwiek opcja, by pomieszkać przez jakiś czas w doborowym towarzystwie jest naprawdę kusząca i najprawdopodobniej na nią się na razie zdecyduję:) Wszystko się ułoży i będzie, jak ma być – decyzja już podjęta, a to najważniejsze:) Teraz wspierający mnie Wszechświat może działać:)

Następnego dnia dokonał się kolejny przełom i to naprawdę życiowy! Dostałam bardzo ważny przekaz od moich Przewodników za pomocą Kronik Akaszy. Potrzebowała rozjaśnić kilka niezrozumiałych dla mnie, a emocjonalnie bardzo trudnych sytuacji, które zadziały się podczas Panchakarmy – ajurwedyjskiego oczyszczania organizmu, które odbyłam na Podlasiu. Najpierw dostałam przekaz, który od zawsze słyszałam od wielu osób – brata, przyjaciół, napotkanych po drodze ludzi, również w Kronikach. Za każdym razem wywoływał on we mnie poczucie winy i zniechęcenie, bo ile można się starać! Chodzi o to, że mam mocną, dominującą aurę, energię, co w wielu ludziach wywołuje dyskomfort. Mnie też z nią niewygodnie, bo wcale w większości sytuacji wcale nie miałam zamiaru, intencji, by takową być.. I nawet, kiedy starałam się odpuszczać, nie dominować, to i tak słyszałam pretensje.. Bolało to bardzo, wywoływało złość i rozgoryczenie z niemocy i bezsilności.. I po raz pierwszy usłyszałam, że taka jest moja natura i czas na bycie sobą i akceptację tego, że nie mam się co starać być niedominująca, bo i tak to się nie udaje.. Jakie to było i jest uwalniające! Jeszcze dodatkowo usłyszałam, że czas, bym tworzyła jakieś miejsce po swojemu, na swoich zasadach, a nie dopasowywała się do innych, bo to nie jest moje.. Wow, wolność! Oczywiście, dla mnie nie oznacza to, by być władczą wszędzie i wobec każdego. To oznacza dla mnie, że jak ktoś mi zarzuci, że jestem dominująca, to mogę z uśmiechem na ustach i lekkością przyznać mu rację – bez obwiniania siebie i kulenia się, a przede wszystkim unikać takich sytuacji, np. warsztatów, gdzie ktoś jest liderem czy wchodzić w relację z dominującymi osobami. A na co dzień szanować czyjąś wolność, jak to robię, tyle, że z pewnością, a nie poczuciem winy:)) Dzięki m.in. wyzwaniu jestem w procesie akceptacji swojej złości, jednak dotychczas nie brałam pod uwagę, by akceptacją i miłością ogarnąć też moją władczą naturę.. To naprawdę mega uwalniające.. I też dla mnie poszerzające perspektywę patrzenia na drugiego człowieka – akceptacji jego natury, czy równie dominującej jak moja, czy zupełnie innej, tak różni w końcu jesteśmy i to jest boskie! Dla mnie też to oznacza dużą odpowiedzialność, bo po coś taką naturę mam, jest ona do czegoś potrzebna, a jednocześnie trudna w codziennych relacjach – łatwo mogę kogoś skrzywdzić. Dużo prościej (dla mnie) byłoby mieć naturę radosną czy luzaka.. Czas na akceptację siebie naprawdę w pełni i bycie sobą w pełni! Cudownie!!!

Od tamtej pory mam dużo więcej energii – chce mi się żyć:) Przestawiłam meble w pokoju, który zajmuję u kumpeli, zrobiłam kilka zaległych zadań, odpoczywam, koloruję i pojawiają mi się pomysły na przyszłość. Stworzę Centrum Relaksu – tak to nazwałam roboczo:)) Jestem uskrzydlona:) Cudowności i mnóstwa błogosławieństwa na co dzień:)