Archiwum autora: admin

Dbając o siebie – dbam o innych

Możliwe, że kiedy czytasz te słowa, pojawia się w Tobie opór czy myśl, iż jest to egoistyczne, czyli w domyśle „złe”, „niewłaściwe” albo „jak dbam o innych, kiedy dbam o siebie?? przecież albo dbam o innych, albo dbam o siebie – to nie do pogodzenia!”. A jednak ten temat jest we mnie od jakiegoś czasu i coraz bardziej widzę, czuję, jakie to jest ważne.. i to właśnie w takiej kolejności..

To hasło objawiło mi się podczas odsłuchiwania jednej z medytacji dla Vaty autorstwa Marii Nowak – Szabat z Agni-Ajurweda. Były w niej słowa: „uzdrawiając siebie, uzdrawiasz świat”, a mi w głowie pokazało się właśnie to:

DBAJĄC O SIEBIE, DBAM O INNYCH

Od razu przed oczami stanęło mi wiele sytuacji, które zupełnie inaczej – lżej, łatwiej, prościej – by się rozwiązały lub w ogóle by się nie zaistniały, gdybym zadbała o siebie, a nie o innych.. Całe życie raczej służyłam innym – najpierw jako dziecko – bohater opiekowłam się młodszym rodzeństwem, a potem pracowałam jako psycholog, psychoterapeuta, opiekun na koloniach czy obozach socjoterapeutycznych.. Zresztą – w podróży nie raz podejmowałam się prac, gdzie opiekowałam się osobami starszymi czy w inny sposób służyłam ludziom. Jakkolwiek z czasem zmieniała sie moja energia – coraz bardziej dbam o siebie w tego typu relacjach. Zesztą, nawet w codziennych sytuacjach, w różnych relacjach robiłam różne rzeczy dla innych, kosztem siebie i właśnie to – kosztem siebie – ma znaczenie, a nie fakt opiekowania się czy służenia innym ludziom.. Pod spodem było przekonanie: INNI SĄ WAŻNIEJSI ODE MNIE. Oczywiście prawda jest zupełni inna i prosta: JESTEM RÓWNIE WAŻNA JAK KAŻDY INNY CZŁOWIEK – nie jestem ani lepsza, ani gorsza.. Tu nawet nie chodzi, by stawiać siebie na piedestale. Po prostu – jak mi przyszło na początku podróży – jedyną osobę, którą znam lub mogę naprawdę poznać, jestem ja sama, to ja jestem ekspertką (lub moge się nią stać) od samej siebie. Ja nie jestem w stanie tak poznać innych – tu są same fantazje i wyobrażenia.. Oczywiście – ego tworzy również fantazje na nasz temat, jakkolwiek, kiedy zdecydujey się poznać siebie, to w tej sferze mamy szansę, w przeciwieństwie do poznania drugiego człowieka – tak to czuję całą sobą. Jedyną osobą, która przebywa ze mną 24 h na dobę, która ma szansę poznać mnie od podszewki, jestem ja sama. To – nie powiem – wymaga często ogromnej pracy, energii i uważności, by oddzielić nasze uczucia, nasze myśli od przekonań, które przyjęliśmy jako własne, a wcale nimi nie są..A przede wszystkim to wymaga odwagi, by stanąć z samym sobą twarzą w twarz, nago, bez żadnych upiększających piórek.. To – szczególnie na początku drogi – może nie być łatwe, wiem to z autopsji.. Dalej zdarza mi się założyć maskę czy ubrać w nieswoją sukienkę, jakkolwiek czuję, że zdecydowanie jestem teraz sobie bliższa niż kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu:) I choć nie wszystko jest różowe, takie, jakie mi się przez wiele lat wydawało, to coraz bardziej lubię siebie taką, jaką jestem i przyjmuję siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza, powtarzając słowa wspomnianej już Marii:) To te jej słowa 2 lata temu, kiedy zaczęłam wchodzić głębiej w Ajurwedę, rozpoczęły proces pełnej akceptacji siebie. Ten proces oczywiście trwał już lata, jednak dopiero wtedy jakbym była gotowa naprawdę to zrobić. Zaczęłam puszczać poczucie winy, które jest wszechobecne i wspierane przez różne instytucje, a jednocześnie jest jednym z najmocniejszych uczuć, ściągających nas w dół, obniżających nasze wibracje.. Pięknie pokazuje to mapa świadomości Hawkinsa, na której poczucie winy znajduje się praktycznie na samym dole.. U mnie trwało to latami, zanim puściłam ten schemat, na szczęście teraz, w Nowej Erze może to zadziać się zdecydowanie szybciej i lżej, o ile na to pozwolimy:)

Przed chwilą przeglądałam 2 książki, których jeszcze nie czytałam, a zastanawiałam się, która najpierw wziąć w obroty (czuję, że obie mogę polecić: Pati Garg „Rok przebudzenia” oraz Karolina Szaciłło „Jestem kobietą” – padło u mnie na tę drugą:) i trafiłam – tym razem w tej pierwszej – na ciekawy fragment, mówiący o trudności kobiet z przyjmowaniem pomocy, bo coś ze mną nie tak, jeśli nie potrafię SAMA o SIEBIE zadbać.. Podkreślam niektóre słowa, gdyż ja wcale nie o tym.. Kiedy naprawdę dbam o siebie, słucham siebie, to lekko sięgam po pomoc:)) To potrafię przyjąć, brać, sięgać, prosić, cieszyć się, odpoczywać, powiedzieć „tak”, kiedy czuję „tak”, „nie”, kiedy jest we mnie sprzeciw czy „nie wiem”, kiedy mam mętlik czy niepewność. Potrafię przyznać się do błędu i korona mi z głowy nie spadnie, a wręcz przeciwnie – dalej na niej jest, bo dalej jestem KRÓLOWĄ SWOJEGO ŻYCIA – jak każda kobieta, jak po prostu każdy z nas, niezależnie od płci, wyglądu, wieku, przekonań, statusu, zawodu i cokolwiek ci tam przyjdzie na myśl. To, czy jesteś królową/królem, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie, od tego, czy siebie kochasz i akceptujesz w pełni:)) Tego nauczyłam się, tzn, poczułam głębko w sobie ostatnimi miesiącami, bo chyba z 10 lat temu po raz pierwszy ten temat pojawił się w moim życiu za sprawą Kingi Milo, kiedyś Maruszczak. Już dawno założyła mi koronę na głowę, bym została Królową swego życia, jednak potrzebowałam około dekady, by poczuć to w sobie w pełni:)

Widze w sobie ogromną różnicę w czuciu i słuchaniu siebie oraz wyrażaniu swoich potrzeb, dbania o małe i większe ważne dla mnie rzeczy (np. spokojne poranki, wczesne chodzenie spać, posiłki o odpowiednich dla mnie porach, jedzenie tego, co mi służy i co lubię, moje rytuałki, itp.), a jednocześnie ciągle uczę się BYĆ SWOIM NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM, czyli niezależnie od sytuacji wspierania siebie i stawania po swojej stronie.. Dalej zdarza mi się w trudnych emocjonalnie dla mnie momentach, traktować siebie i innych agresywnie, nerwowo, stąd ogromna jest we mnie potrzeba łagodności do każdej istoty, w tym do siebie, kiedy mnie roznosi „szarpanina”.. Wczoraj w trakcie medytacji z Justyną De Prado doświadczyłam tego, iż tę łagodność mam już w sobie, tylko jeszcze potrzebuję ją ugruntować w sobie:) I wiem, że kiedy zadbam o siebie na co dzień i w tych trudniejszych momentach, to zadbam o innych – kiedy zadbam, będę spokojniejsza, radośniejsza, rozluźniona. W takim stanie dużo łatwiej dać, podzielić się czy z łagodnością zareagować (lub nie) w różnych sytuacjach, pojawiających się w relacjach międzyludzkich. Po prostu łatwiej świecić, być latarnią, czego życzę Sobie i Tobie:)

Dalej służę innym, uwielbiam byc pomocna, jednak robię to coraz lżej, radośniej i z szacunkiem do druiej do obu stron – bez poświęcania się czy narzucania swojej pomocy, bo i jedno i drugie było (mam nadzieję, że nalezy to właśnie do przeszłości ) moją rzeczywistością. Czas świecić, a nie oświecać innych:) Z Aniołami, które są boskim przykładem służby:)

Dekada w podróży – finiszuję:)

Tak, to niesamowite, że dziś mija 10 lat, odkąd w poniedziałkowy poranek 2012 roku wsiadłam do mojego boskiego golfika i wyruszyłam w nieznane, nie wiedząc wówczas, iż rozpoczynam tak długą (trwającą prawie 1/4 mego życia!) podróż po Polsce i w głąb siebie:) Wówczas to było rozwiązanie sytuacji, którą sobie stworzyłam przez kilka wcześniejszych lat, odkąd w 2006 założyłam wynarzoną firmę i jej działalność rozpoczęłam od .. długów.. Teraz – dzięki owym długom, które zakończyłam w 2017 roku – jestem zupełnie w innym miejscu. Więcej o mej podróży możesz poczytać we wspomnieniach z 8 i 9 roku podróży, czyli .9 rok mej podróży – jakie SKARBY dzięki niej zdobyłam? oraz 8 – letnia podróż życia, a za jakiś czas w mojej książce, jak zostanie przepisana w końcu i wydana:)

Jestem wdzięczna za każdy dzień podróży, za każde miejsce, w którym mieszkałam krócej lub dłużej czy przebywałam przejazdem, jak i za każdego napotkanego człowieka. Po prostu za każde doświadczenie, dzięki którym czuję się bogatsza wewnętrznie, często szczęśliwa i napełniona czymś nie do opisania.. Często, bo dalej zdarzają się chwile, kiedy zapominam o tym, iż w każdym momencie dostajemy to, co jest nam potrzebne, tyle, że nie zawsze umysł potrafi to zobaczyć i narzeka, marudzi, wątpi, złości się, irytuje… Mój umysł jest wspaniały – dzięki niemu jestem w rozwoju duchowym tu, gdzie jestem, tyle, że jeszcze nadmiernie pracuje i próbuje kontrolować:) Od 1,5 roku akceptuję go takiego, jakim jest i uśmiecham się, kiedy planuje, analizuje, leci w przyszłość czy coś organizuje w czasie, kiedy chcę pomedytować.. Jakkolwiek jest boski:)))

Jestem wdzięczna za każde doświadczenie i każdego człowieka, choć część z tych doświadczeń i relacji była trudna.. Bywałam w kilkudziesięciu domach, odnajdywałam się i siebie w tysiącach różnorodnych sytuacji, przechodziłam (i dalej przechodzę) spadki i wzloty swojego nastroju, bo jestem bardzo wrażliwa i emocjonalna. Coraz więcej wiem o sobie, coraz lepiej dbam o siebie, co jest dla mnie ważne, bo jakiś czas temu poczułam w sobie taką prawdę, iż DBAJĄĆ O SIEBIE – DBAM O INNYCH:) To zdanie, które przyszło do mnie, kiedy słuchałam medytacji balansujących Vatę, teraz prowadzi mnie na co dzień.

Ponad 3 lata temu zaczęłam dostawać informacje z pola, których celem było otwarcie mnie – mojego umysłu i serca – na to, by zakończyć podróż, osiąść, zbudować partnerstwo. Otworzyłam się i od ponad 2 lat, może nawet prawie 3, głośno mówię, że chcę osiąść, bo dalej jest to w potencjale, a nie w materii. Są chwile, iż czuję się jak idiotka, kiedy o tym mówię tym samym ludziom już od lat, a dalej jestem w podróży. Jednocześnie wbrew temu nabieram coraz większej mocy i pewności, iż to lada moment się wydarzy. Byłam pewna, iż wydarzy się to w moim 8 roku numerlologicznym, a jednak się nie.. Potrzebowałam czasu i tych doświadczeń, by jeszcze bardziej się wzmocnić i teraz wiem, iż osiądę w pierwszej połowie mojego 1 roku numerologicznego, czyli między wrześniem 2022 a marcem 2023. Czuję, że to, iż to sie przedłuża, jest po coś i jeszcze w pełni nie widzę wszystkich korzyści czy powodów, że tak jest. Kilka dni temu przeczytałam zdanie, które mocno ze mną zarezonowało:

„Zanim przeprowadzisz się do nowego domu, bedziesz musiał uwolnić się od wszystkich ograniczeń, które na siebie nałożyłeś w okresie dualistycznego życia.” Andreas Moritz Unosząc zasłonę dualizmu dobra i zła

Pomimo, iż autor miał na myśli Źródło, dom duchowy, ja poczułam, iż to w moim przypadku dotyczy tego wymarzonego domu w lesie. Czuję, że mam do odpuszczenia jeszcze jakieś przekonania, by mogło się zrealizować moje marzenie. I to, iż zamiast coraz słabiej, to coraz mocniej wierzę i czuję, że to sie zreaizuje, choć zewnętrznie jest jakby na odwrót, jest dobrym kierunkiem.

Tym samym zakańczam mą podróż – czas jej powiedzieć „dziękuję” i otworzyć nowy okres w moim życiu, choć zewnętrznie, w materii ta zmiana jest niewidoczna, bo fizycznie tego mojego domu jeszcze nie odnalazłam. Zastanawiam się, jak to dla umysłu określić, by już nie mówić, że jestem w podrózy. To jest czas materializacji mego domu, co czuję duszą, a jednak umysł w jakiś sposób domaga się dookreślenia – na dziś jednak pozostanę w tej niedookreślonej przestrzeni, a akurat to słowo jest mi bliskie, bo kiedy osiądę, zamierzam tworzyć przestrzeń na spotkania bliskie, łączące dusze:) Na dziś więc tworzę swoją przestrzeń wirtualnie w przestrzeni serca:)

Półroku CUD-u i stał się cud:)

Kilka dni temu minęło półroku, odkąd podjęłam się kolejnego rocznego wyzwania, który nazwałam CUD, czyi c1oś dla Ciała, Umysłu i Ducha:) Poczułam, iż warto podzielić się, na jakim jestem etapie, bo dzieje się sporo – dużo więcej niż się spodziewałam czy zakładałam:)

Zaczynłam od 5 minut porannych ćwiczeń, co początkowo było np. 3 seriami (czyli 6 powtórzeń, po 3 na każdą nogę) powitania słońca. Robiłam to trochę na siłę, bo czułam potrzebę rozruszania ciała, jakkolwiek bez większego entuzjazmu, wręcz przeciwnie.. Czasami mi się bardzo nie chciało.. Zdarzało się, iż było to dosłownie kilka rozciągnięć kręgosłupa. Ciekawym doświadczeniem było to, iż na 3 dni po ponad miesiącu codziennej przktyki zapomniałam o tym porannym rytuale.. Pojechałam do domu rodzinnego pomóc bratu w remoncie i tak się na tym skupiłam, iż po 3 dniach budzę się i z zaskoczeniem przypomniałam sobie o wyzwaniu.. Tak u mnie czasami jest,że jak nastąpi jakaś zmiana w codzienności, mocno mnie angażująca, to potrafię zapomnieć o tym, co na co dzień po prostu robię i pamiętam, chyba, że staje się to mega ważne dla mnie, jak jest już teraz, że nie ma opcji, bym o tym zapomniała:) Natomiast był czas 2 tygodni, kiedy świadomie zrezygnowałam z codziennej praktyki, która wtedy zajmowała mi około godziny (po 20 minut na każdą czynnośc, czyli asany, pranajamy oraz medytację), gdyż przeziębiłam się i byłam zbyt słaba, by to robić, jakkolwiek wróciłam do tego 1 stycznia:) Taki boski początek roku:) Dalej byłam słaba, co odczuwałam przy każdej asanie, jednak z dnia na dzień szło mi coraz lepiej:) Dziś sama joga zajmuje mi około 50 minut, bo po drodze podjęłam się kolejnego wyzwania.. Ale po kolei:)

Chęć rozruszania mego ciała i ducha sprawiła, iż otworzyłąm się na różne propozycje, np. ponowne po 15 latach zrobiłam kurs Happiness z Art of Living. Szczerze nic nie pamietałam z poprzedniego, z wyjątkiem tego, iż trwał przynajmniej cały weekend, jak nie dłużej. Kumpela zachwycona efektami zachęciła do powtórzenia tego kursu, choć nic o tym nie wiedziała. Pod koniec listopada zapisałam się i przyciągnęłam kurs online w dacie, która mi pasowała. Miał się odbyć piatek, sobota, niedziela po 3 godziny w każdy dzień, a kiedy zapisałam się i opłacłłam, okazało się, że jednak nikogo, oprócz mnie nie ma.. Miałam go zrobić w inny weeken, jednak żaden z najbliższych terminów mi nie pasował. Ten, ostatni weekend listopada, był idealny – byłam sama u kumpeli na Podlasu, miałam czas i przestrzeń, a tu.. Jednak w piątek późnym wieczorem okazało się, iż zapisało się kilka osób i jednak będzie! Tyle, że zamiast w piątek, to w poniedziałek do południa, co mi pasowało:) Zrobiłam, jednak nie do końca poczułam. Spodobały mi sie asany, pranajamy, jednak przekazywane treści, jak i ich główna technika oddechowa nie przypasowały mi. Jednak, by sprawdzić, że na pewno tak jest, robiłam zalecaną przez nich praktyke przez 40 dni (z 2-tygodniową przerwą na przeziebienie). Pasowało mi to o tyle, iż wpisywało sie w moje wyzwanie – coś dla ciała, umysłu i ducha:) Potem z przyjemnością wróciłam do różnorodnych praktyk:) Bardzo polubiłam Gosię Mostowską z jej jogą na Dzień Dobry czy na Dobry Poranek czy wracałam do Ulli Wilczyńskiej – Kalak, którą znałam jeszcze z Poznania (to u niej rozpoczęłam moją przygodę z jogą jakieś 15 lat temu:). Co do sesji oddechowych to początkowo słuchałam Nuliny, potem odkryłam metodę oddechową Wima Hofa, do której często wracam. Potem poznałam pranajamy z Art of Living i często je robię na zmianę z wymienioną poprzednio. Są też dni, kiedy korzystam z oddychania pudełkowego🙂 I jeśłi chodzi o pranajamy – tak jest do dziś. Jednak mocno zmieniło się, jeśłi chodzi o poranną praktykę jogi:)

W lutem Maria z Agni – Ajurweda chętnym do jej szkoły zaproponowała w bonusie 66 dniowe wyzwanie z jogą na żywo o 6 rano! (wtedy wstawałam około godziny 8 po ok 10 godzinach snu – poranne wstawanie nie jest moją domeną…) oraz medytacjami, słuchanymi we włąsnym zakresie (ich pomysł o 5.30..). To tak zarezonowało ze mną, iż napisałam, by udostępnili to wyzwanie szerzej i tak się stało:) Pomimo, iż początek wyzwania nastąpił tydziień temu, w pierwszy dzień wiosny, to ja je rozpoczęłam wcześniej:) Na początku marca miałam zrobić ważny, kilkudniowy proces medytacyjny na rzecz oczyszczenia pewnej przestrzeni i poczułam, by zrobic to o 5-6 rano, jednak nie chciałam nastawiać budzika. Od lat nie stosuję tego urządzenia (może 3-5 razy budził mnie budzik w ostatnich latach), stąd poczułam, iż jeśli mam zrobić ten proces następnego dnia, tj. 7 marca, to sie po prostu obudzę. I tak sie stało:) Po 6 godzinie usiadłam do medytacji, którą tego dnia zakończyłam o 7.07:) Same siódemki, co dla mnie było potwierdzeniem, iż był to doskonały czas na realizację tego procesu:) II tak się działo przez kolejne dni – raz budziłam się wcześniej, raz później, jakkolwiek wcześniej niż do tej pory. A od tygodnia o 6 rano jestem na macie:) Dużo łatwiej jest robić takie wyzwanie w większym gronie:) Nie widzę tych osób, tylko lczbę uczestników. Pierwszego dnia było nas 70, potem średnio 50. Dziś – kedy w nocy byłl przestawiony czas, i to do przodu – nie wiedziałam, czy dam radę wstać o 4.44 wg starego czasu – ale dałam!!! Potem fakt faktem jeszcze położyłam się spać, bo w nocy różnie ze snem było, a ostatnie dni trudne emocjonalnie, jakkolwiek jestem dumna z siebie:)))

Został jeszcze trzeci element układanki – medytacje. Robię je codziennie, z wyjątkiem tych dni, kiedy nie robiłam w ogóle porannej praktyki. Siadam na kilka minut w ciszy, zwykle 5, rzadko dochodzę do 15 czy 20, chyba, że są to medytacje prowadzone. W lutym dostałam zakupione wcześniej medytacje balansujące Pittę, a teraz w ramach 66 dniowego wyzwania wracam do medytacji balansujących Vatę, potem wrócę do Pitty, a na koniec poznam medytacje balansujące Kaphę, których jestem bardzo ciekawa, bo te dotychczasowe bardzo mi się podobają:). Zwykle medytuję na końcu – po asanach i pranajamach:)

Chciałam ten rok zakończyć miesięczną praktyką duchową, uczestnicząc w międzynarodowym kursie dla nauczycieli jogi Sivanandy (w której zakochałam się prawie rok temu na Panchakarmie na Podlasu, choć o kursie słyszałam wcześniej) w Ustce, na który chciałam jechać rok temu, jednak, podobnie jak rok wcześniej, niestety został odwołany.. W ogóle nie chcę zostać nauczycielem jogi – chciałam tego doświadczyć, nauczyć się porządnie asan, pranajam, poszerzyć swą wiedzę, pomantrować, pomedytować.. Jednak – co się odwlecze, to nie ucieknie:) Za rok będzie kolejna szansa:)

Pojawił się w mej głowie jeszcze jeden pomysł, który aż mnie zaskoczył! Chodzi o 10-dniowe medytacje Vipassana, na których byłam w maju 2018 roku i których wówczas nie ukończyłam (wyszłam 5 dnia z rana) ze względu na niemośność wysiedzenia 10 godzin w pozycji diamentowej.. Tak wówczas cieszyłam się na to doświadczenie, na 10 dnii w ciszy, która tak wielu przerasta, a ja to uwielbiam. Miałam już za sobą 2 doświadczenia medytacji w milczeniu u Jezuitów, stąd brak obaw, a raczej entuzjazm do milczenia. Tyle, że nie dotarło do mnie w jakiej pozycji na Vipassanie będzie te 10 godzin (z przerwami oczywiście) medytacji.. Na rekolekcjach u Jezuitów była to medytacja np. w ruchu, a w innych miejscach zwykle medytowałam w pozycji leżącem, a w półklęku nie miałam ani doświadczenia, ani siły.. Nie dotarło wówczas do mnie w pełni, na co sie piszę.. A teraz ponownie to do mnie wraca – by ponownie spróbować – z większą świadomością. Zobaczymy – jak mam tam być, to dostanę się, choć pasuje mi termin raczej oblegany, bo w drugiej połowie lipca. Przekonam sie o tym za miesiąc, pod koniec kwietnia:) Jak na razie mnie samą zaskakuje, czego dotychczas doświadczam i jakie swoje granice przekraczam. Jeszcze kolejne półroku – ciekawe, dokąd mnie to zaprowadzi, jestem przeogromnie ciekawa!

Przedsmak wiosny:)

Wczoraj z racji pięknych zawirowań (przenosiłam się do mieszkania, które mi znajoma w Niemczech udostępniła na kilka miesięcy, co dla mnie jest znakiem od wszechświata, iż moje marzenie o domu w lesie jest coraz bliższe;)) nie zdołałam napisać czegoś inspirującego, więc nadrabiam dziś:) Trudny wybór, bo tyle jest cudów i inspiracji wokół mnie.. Zdecydowałam się pokazać pierwsze oznaki wiosny, bo to uskrzydla, raduje serce, dodaje sił:) No i upiększa, jak na przykład okolice, w których obecnie jestem. A przebywam w południowo – zachodnich Niemczech, gdzie jak na razie średnio mi się podoba, choć czuję, że kiedy zazielenią się drzewa na stokach gór oraz łąki i pastwiska, to zrobi się tu pięknie, stąd wypatrzyłam dzisiaj już nowo rosnące trawy i młode roślinki, nie wspominając o głównym sprawcy dzisiejszego artykułu, jakim jest przebiśnieg, zwany śnieżynką:) Dziś niestety był lekko zamknięty, ale dwa dni temu! Była boska pogoda, cudowne słońce i przebiśniegi otworzyły swe główki, tyle, że wtedy aparatu ze sobą nie wzięłam:( Czytałam o nich w Wikipedii i okazało się, że są miododajne (tak – przypomniało mi się, że wówczas pierwsze pszczoły przy nich latały:))) i lecznicze (czego nie wiedziałam, a właściwości mają niezwykłe! (poczytaj sam/a: https://pl.wikipedia.org/wiki/Śnieżyczka_przebiśnieg#Roślina_lecznicza)

A tu inne oznaki zbliżającej się wiosny, oprócz śpiewających ptaków czy innego powietrza:)))

22.02.2022 – magiczna data:)

Dziś jest boska data! Jak to mój brat określił – lustrzana: 22.02-2022:) Ja widzę jeszcze więcej magii. Po pierwsze – dodatkowo jest to wtorek, czyli 2 dzień tygodnia:) Poza tym tę datę można zapisać jeszcze w inny sposób: 22-0-22-0-22, w ten sposób pojawią się trzy pary mistrzowskiej liczby 22:) Czuję, że największa moc w tym dniu będzie o godzinie 22.22:) Ale to jest magia!

Porostowe drzewa

Dziś poczułam, by podzielić się z Tobą „porostowymi drzewa”, jak je nazwałam. Od ponad tygodnia jestem w Niemczech na południowym zachodzie, za Frankfurtem nad Menem i chodząc na spacery po okolicy zachwyciłam się drzewami porośniętymi od stóp do głów porostami. Jeszcze czegoś takiego nigdzie nie widziałam! Na niektórych porosty rosną na gałęziach w taki sposób, iż sprawiają wrażenie owoców z daleka. Zresztą, zobaczcie sami!

Osiadam w 2022 roku!

Postanowiłam podzielić się moją energią, którą czuję w sobie od prawie początku tego roku – jest to pewność i radość, iż w tym roku w końcu osiądę:)

Za 4 miesiące – dokładnie 28 maja – upłynie 10 lat, jak podróżuję po Polsce, co jakiś czas zmieniając miejsce zamieszkania. Co jakiś czas są to nowe miejsca, jednak coraz częściej wracam w miejsca, w których mi dobrze. Początkowo to nie była podróż, tylko sposób na rozwiązanie sytuacji z długami. Dopiero po pierwszym roku, w którym dominował lęk swoją przygodę nazwałam podróżą i zaczęłam się nią cieszyć! Czułam się bosko – przemieszczałam się, bywałam w różnych miejscach, poznawałam bardzo różnorodnych ludzi, miałam wiele ciekawych doświadczeń. Byłam przeszczęśliwa i chciałam w taki sposób spędzić resztę życia. Pasowało mi to bardzo i w ogóle nie zakładam, by osiąść gdzieś na stałe – myślałam, że ten etap mam za sobą. Jednak od wakacji w 2018 zaczęłam dostawać przekazy różnymi drogami: poprzez karty, znaki, Kroniki Akaszy, przekazy słowne jasnowidzących.. Dotyczyły one założenia rodziny, spotkania partnera, zamieszkania w jednym miejscu. Początkowo byłam tym zaskoczona i raczej zamknięta na to, jakkolwiek służyły one temu, by się właśnie na to otworzyć. Moi Mistrzowie i Opiekunowie Duchowi wiedzieli, że jestem uparta i że jakiś czas wcześniej podjęłam decyzję, by resztę swego życia spędzić samotnie, ciesząc się tym, co mam bez osiadania w jednym miejscu. Stąd wysyłali do mnie wiadomości różnymi drogami, bym otworzyła swe serce na zmianę i tak się w końcu stało. Do dziś nie spotkałam swego partnera i być może nie spotkam, choć w sumie bym chciała mieć towarzysza na swej drodze, jakkolwiek od 2 lat moim marzeniem jest osiąść – zamieszkać w małym drewnianym domku w lesie. Domek będzie, jaki będzie – wszechświat w tym temacie najlepiej o mnie zadba, natomiast las jest kluczowy. Życie w naturze na co dzień, codzienne spacery wśród drzew, rozmowy z nimi, chłonięcie zielonej energii to coś, co mnie koi, wycisza, uspokaja, daje życie.. Byłam pewna, że osiądę w moim 8 roku numerologicznym, tj. do maksymalnie września 2021 roku, bo 8 to rok realizowania marzeń, a tu nic.. Obecnie jestem do września w roku 9, roku pożegnań i porządków, stąd poczułam, iż to rok zakończenia mej podróży. Poza tym już 2 razy od Mistrzów dostałam info, iż w tym roku w końcu osiądę:) Nie wiem dokładnie gdzie, bo czuję, że zawoła mnie tam moja dusza i kiedy zobaczę dane miejsce dla mnie, to całą sobą je poczuję:) Najbardziej czuję północną Polskę: Podlasie, Warmię i Mazury oraz Kaszuby – są to krainy pełne lasów:) Cudownie, jakby stosunkowo blisko mnie było jakieś jezioro, jakkolwiek to już nie jest warunek konieczny, taki jak ogromny las, na którego skraju lub w środku będę mieszkać:)

Jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób się to wydarzy, w jaki sposób wszechświat o mnie w tym temacie zadba:) Młoda kumpela wyciągnęła dla mnie na ten rok w tym temacie karty anielskie i dostała odpowiedzi: „Tak!”, „Jesteś gotowa” oraz „Poproś o pomoc innych”:) Co ciekawe kilka dni wcześniej rozmawiałam z bliską mi osobą na ten temat i podsunęła mi kilka pomysłów, zaoferowała swoją pomoc przy szukaniu odpowiedniego miejsca i napisania ogłoszenia:)

Bardzo ciekawe, jakie propozycje współpracy otrzymuję od września. Są to oferty jako pomoc domowa z oddzielnym mieszkaniem czy małym domkiem, co wcześniej się w ogóle nie zdarzało! W styczniu natomiast odezwał się do mnie żywotny 70-latek, który chciał towarzyszki na co dzień i oferował też przejęcie domu i nawet emerytury po swej śmierci!! Na dziś żadna z tym propozycji nie zakończyła się współpracą – z różnych powodów były one ostatecznie odwoływane przez tę drugą stronę. Dla mnie są one po prostu na tę chwilę znakiem, że wszechświat dba o mnie i w odpowiednim czasie pojawi się to, co dla mnie najlepsze:) Na razie jestem w tym roku 9, co właśnie skutkuje krótkotrwałą relacją, a nie czymś na dłużej. To, co się zmieniło to moja energia – tak jakbym w 100% zaufała, że to się wydarzy i nawet te miniporażki, choć początkowo mnie bolą, to ostatecznie wzmacniają. Podejmuję powoli różne działania w tym kierunku oraz otworzyłam się na opcję, że może ten dom mam zakupić, a nie otrzymać. Może to dla Ciebie brzmi absurdalnie, ja jednak otrzymuję tak wiele na co dzień, że do tej pory nie zakładałam zakupu domu, a jego otrzymanie, tym bardziej, że nie mam wystarczających funduszy na ten cel. Jednak rozmowa z przyjaciółką zainspirowała mnie, by również tę opcję wziąć pod uwagę – w końcu mogę otrzymać zarówno dom, jak i środki na niego:) A jak będzie – zobaczymy, jestem bardzo ciekawa, co i jak się wydarzy w najbliższym roku, gdzie go zakończę:) Może ten wpis przeczyta ktoś, kto ma taki zapomniany dom czy tyle środków, by się podzielić i w ten sposób pomóc mi w realizacji mego marzenia – któż to wie? Dając – otrzymujemy, stąd dzielę się na co dzień tym, co mam, tym, co potrafię i co lubię – służbą dla innych:)) Bony, jaka ja jestem ciekawa, w jaki sposób to moje marzenia się zrealizuje! Wszechświat może mega mnie zaskoczyć, jak to zrobił już nie raz:)

Życzę Tobie, byś realizował swe marzenia – odgruzuj je i pielęgnuj poprzez zaufanie do wszechświata oraz radosne życie żywą wizją realizowania się tego marzenia, a po drodze dziel się tym, co masz, ciesz się życiem, bądź tu i teraz z miłością do siebie i innych! Te słowa kieruję również do siebie:) Cudowności!

Mogę służyć innym – mała rzecz a wielka transformacja

Wczoraj dokonała się kolejna transformacja w moim życiu w sferze mentalnej. Niby mała rzecz, a po efekcie – tym, jak się czuję – jest to ogromna zmiana.

Ten intensywny proces rozpoczął się ponad miesiąc temu, jak po raz pierwszy od dłuższego czasu przyjechałam do kumpeli na Podlasie. Ma 2 córeczki w wieku szkolnym – 9 i 11 lat i to w dużej mierze za ich przyczyną dokonałam tej zmiany mentalnej. Wszystkie 3 są wspaniałymi istotami, z którymi bardzo lubię spędzać wspólnie czas. Mają tylko jedną przywarę – w moim odczuciu: iż pozostawiają różne rzeczy gdziekolwiek, najczęściej tam, gdzie akurat ich używają. Podobnie jest z naczyniami, choć tu dochodzi jeszcze jedna sprawa: mają zmywarkę i często zamiast wkładać naczynia od razu do zmywarki, to często zostawiają je w zlewie, a to oznacza, że zwykle to ja potem po nich sprzątam.. A jest ustalone z dziewczynkami, iż po sobie po zjedzeniu ogarniają naczynia od razu… Niestety – cała trójka ma do tego luźne podejście i często rano czułam frustrację i złość, widząc pełno naczyń w zlewie – przyznam, iż doprowadzało mnie to do szewskiej pasji.. Nie jestem jakąś perfekcjonistką – szczerze powiem, ze mam swoje obszary, w których ktoś mógłby ocenić jako pozostające w nieładzie, jakkolwiek lubię mieć proste zasady i lubię sama ułatwiać komuś życie i tego samego oczekuję od innych, ucząc tego poprzez własny przykład czy właśnie owe proste zasady (np. sprzątam po sobie). Podczas pierwszego dwutygodniowego pobytu mocno się spinałam z tego powodu i już wtedy zaczęłam rozmyślać, co bym mogła zmienić, by sobie ułatwić życie i tak się nie denerwować.. I mówiłam o swoich uczuciach, i zmieniłam ton głosu, bo już zaczynałam wszystko mówić tonem pełnym złości.. Na pewno trochę odpuściłam – ważna była wtedy decyzja, że ja tu po prostu jestem i tworzę przestrzeń, a nie angażuję się w codzienne wychowanie dziewczynek, co robiłam od dłuższego czasu w trakcie bycia tutaj czy poprzez rozmowy z kumpelą. Tyle, że mamy inne podejście w wielu kwestiach i co z tego, iż kumpela chciała ode mnie podpowiedzi, co zrobić, jak potem nie wdrażała tego, bo to było moje, a nie jej.. Pod wieloma względami jest to piękna, acz czasami trudna relacja, w której uczymy się siebie nawzajem i poprzez to wzrastamy i rozwijamy się..:)

Wracając do tematu – ta decyzja o nie angażowaniu się była ważna, acz były sytuacje, jak te opisane powyżej, które dotyczyły mnie bezpośrednio.. Po dwutygodniowej przerwie wróciłam z powrotem do kumpeli i ogólnie widziałam na co dzień różnicę w swoim podejściu, jednak te naczynia pozostawione wszędzie dobijały mnie.. Tu jeszcze wchodzi przynajmniej jedna rzecz. Moja mama robiła wszystko w domu, nie angażowała nas, dzieci (a było nas czworo, więc roboty było pełno), do codziennych prac. Szybko odeszła, a ja nie potrafiłam nic – ani gotować, ani prać czy prasować.. Czułam się mało zaradna przez długi czas. Wówczas poczułam, jakie ważne jest, by wdrażać dzieci od początku w życie codzienne – im wcześniej, tym lepiej z tego względu, iż traktują to jako zabawę, a potem po prostu umieją o siebie samodzielnie zadbać. Stałam się wielkim zwolennikiem samodzielności i jak można, to pokazywałam czy angażowałam dzieci, które spotykałam na swej drodze, do codziennych czynności. Podobnie było u kumpeli – nauczyłam dzieci pranie wstawiać, zdejmować i składać rzeczy z suszarki, robić sobie kanapki.. Jednak czasami za bardzo się wkurzałam, że nie jest tak, jak ja bym chciała – tak zabawne, jak i smutne to stwierdzenie jest.. Błędne koło.. Poza tym pisząc to uzmysłowiłam sobie, iż moja historia jest potwierdzeniem ostatnich moich przemyśleń – że jak dziecko dorośnie i dojrzeje, to nauczy się tego, co chce, kiedy poczuje, iż jest mu to potrzebne tak jak ja nauczyłam się prać, suszyć i składać rzeczy tak, by nie musieć prasować, choć to też potrafię czy nawet gotować, choć nie myślałam kilka lat temu, że to też nastąpi.. Chyba aż za bardzo chciałam z jednej strony nauczyć dzieci samodzielności, by ochronić je przed poczuciem gorszości, jak ja się czułam, a z drugiej za bardzo usztywniłam się przy zasadach, które mają ułatwiać życie, a nie je ograniczać, a tak też chwilami się działo w moim przypadku w relacji z dziewczynkami.. Niestety – na to wpływ też miała moja wiedza i doświadczenie jako psycholog.. A prawda jest taka, iż każda dusza sama tworzy swoje życie i swoje doświadczenia.. Ja nie ochronię, ani nie nauczę wszystkiego, co może się komuś przydać, bo któż wie, czym tak naprawdę to „coś” jest.. To, co ja mogę, to robić swoje i swoim przykładem pokazywać coś, co chciałabym widzieć wokół siebie (ktoś powiedział coś w tym rodzaju: „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”) i wczoraj właśnie w tym temacie doszłam do bardzo ważnych, dla mnie, wniosków..

Wypisywałam sobie wszystko, co mi się w tym temacie pojawiało, np. wszelkie pomysły, co mogę w tej sytuacji zrobić, jednak większość pomysłów nie pasowała mi – albo już ich nie chciałam wdrażać, bo w sumie nie były tym, co bym chciała pokazywać, ani nie czułam się z nimi dobrze, a część – choć wartościowa – na razie nie sprawdziła się tutaj.. Płakałam i czułam się bezradna.. W końcu zaczęłam zgłębiać jeden z pomysłów, by z lekkością i spokojem sprzątać po dziewczynkach, wbrew moich przekonaniom.. Lekkość jest tym, co chcę w moim życiu, a czułam, że wszelkie moje reakcje, choć w większości wypływające z dobrych intencji, są walką i oporem, co mnie męczy i spina i wcale nie jest lekkie, wręcz przeciwnie.. A sprzątanie po dzieciach raczej nie wchodziło wcześniej w rachubę, bo czego w ten sposób uczę? No i tutaj, wbrew sobie, doszłam do ciekawych wniosków.. Jaka ja jestem wdzięczna, iż otworzyłam się na przyjrzenie się temu z takim naprawdę otwartym umysłem..

Kiedy z lekkością i spokojem sprzątałabym naczynia po dziewczynkach, wtedy:

  • czułabym lekkość i spokój:)
  • miałabym lekcję pokory
  • uczyłabym się akceptacji innych takimi, jakimi są
  • robiłabym dla siebie dobrze, bo lubię czysty zlew
  • dałabym przykład, iż wszelka praca jest ok, że służenie innym jest ok, że służenie innym jest lekkie, że służenie innym może dawać radość
  • kiedy będą gotowe, o ile w ogóle, to miałyby przykład sprzątania/pomagania/służenia innym w lekkości

Te dwa ostatnie wnioski tak naprawdę wstrząsnęły mną i rozpoczęły transformację, bo prawda jest taka, iż ja lubię pomagać, lubię służyć innym, lubię te codzienne czynności i lubię pomagać w ich codzienności, a jednocześnie w tym przypadku (i jeszcze w kilku innych) uparłam się na trzymaniu się ustalonych zasad – by w sumie nauczyć je czegoś, jednak tak naprawdę uczyłam ich czegoś innego… Chciałam nauczyć ich samodzielności, a uczyłam, iż służenie innym jest trudne, ciężkie, okupione walką.. A ja doświadczyłam tego i dalej doświadczam, iż służenie innym uskrzydla i ubogaca.. Skąd mają się tego dowiedzieć, jak na razie mają przykład walki i narzekania? Jak z radością będę robić te codzienne czynności, to może nadejdzie dzień, kiedy zapytają się, skąd moja radość? Lub same poczują chęć doświadczyć tego na sobie! Przecież ja w ich wieku też nie pomagałam w domu, tylko czytałam, bawiłam się, a czasami zaopiekowałam się młodszym rodzeństwem, co lubiłam i sama chciałam.. No właśnie – sama chciałam..

Chcę, by ludzie sobie nawzajem służyli i pomagali sobie, a mogę ich do tego inspirować poprzez własny radosny przykład! W ten sposób uskrzydlam i wzbogacam siebie! Tu dotarło też do mnie, iż ja MOGĘ służyć, bo jestem sprawna fizycznie, jestem zdrowa, jestem też na to gotowa mentalnie i duchowo.. W ten sposób doszłam do wniosku, jakie to szczęście, że ja mogę! Ile osób chciałoby, a nie może, bo jest np. chora czy niepełnosprawna (choć są i takie osoby, które niby nie mogą, a pomagają i są też odwrotne sytuacje – mogą, a nie chcą..). Uzmysłowienie sobie tego było dla mnie naprawdę uzdrawiające i wyzwalające! Poza tym – ja mogę, a nie muszę! A warto bym to robiła dla siebie, bo właśnie mogę, lubię służyć innym i lubię czystość:) Czuję, że puściłam mega dużo napięcia i mam w sobie więcej lekkości!

Teraz ciągle sobie powtarzam, że mogę, nie muszę, a teraz jest to dużo głębsze niż kiedyś, bo nie tylko związane z poczuciem wolności, a potencjału, jaki mam w sobie! Poza tym pamiętam, iż w ten sposób świecę przykładem, by iść w kierunku zmian, które chcę, by zamanifestowały się wokół mnie:)

Czas na CUD!!! – czas na kolejne wyzwanie:)

Wczoraj przy okazji podsumowywania roku wyzwania „Od złości do radości” przyszedł mi pomysł na kolejne wyzwanie. Po prostu w trakcie tego poprzedniego miałam w zamyśle robić codziennie ćwiczenia fizyczne, robiłam je z doskoku, a chciałabym każdego dnia zrobić coś w tym temacie..

W jakiś sposób ćwiczenia fizyczne towarzyszą mi przez całe życie. W podstawówce chodziłam na SKS-y oraz na aerobik do Domu Kultury. Pod koniec liceum uczyłam się hip – hopu – nawet byłam na letnim obozie, gdzie codziennie mieliśmy zajęcia i akrobatykę. Na studiach w ramach w-fu jeździłam na rolkach, a po studiach w wieku 26 lat ponownie zapisałam się na hip-hop:) Nawet pojechałam z moja formacją na Mistrzostwa Polski w Łodzi:) Byłam najstarsza w grupie:))) Kilka lat później poznałam jogę – jeździłam na zajęcia na 6.30 w ramach Klubu 6 rano, gdzie za znajomymi motywowaliśmy się do porannego wstawania:) Może rok pochodziłam i kolejna przerwa na kilka lat. W trakcie podróży regularnie w czasie, w którym pracowałam w hodowli kotów pod Warszawą, uczęszczałam na jogę nawet 2 razy w tygodniu. Po kilku latach miałam fazę na Tybetańskie Rytuały, które regularnie praktycznie codziennie ćwiczyłam przez 1,5 roku i nagle z dnia na dzień zaprzestałam. Na co dzień dużo spaceruję i kiedy mogę, to jeżdżę rowerem. Mam kijki Nordic Walking, jednak nie przy sobie, jednak kiedy mogę – korzystam z nich, co bardzo lubię. Uwielbiam parki linowe i chodzenie po górach i wałęsanie się po lasach. Można powiedzieć, że całe życie ćwiczę i nie ćwiczę jednocześnie;) I choć były dłuższe momenty, kiedy ćwiczyłam regularnie i miałam porządną rozgrzewkę, nigdy nie zrobiłam szpagatu – mam przyblokowane niektóre mięśnie. Jakkolwiek widzę sens w regularności. Nie da się ukryć, że jak każdy z każdym rokiem jestem coraz starsza i z czasem moje ciało może stracić elastyczność, a mogę ten czas przedłużyć – tak to czuję. Choć nie siedzę na co dzień przed komputerem, to jednak czasami boli mnie kręgosłup. No i kiedy biegnę, szybko łapię zadyszkę;))) Chcę to zmienić. Chcę wzmocnić i uelastycznić moje ciało. Chcę powiększyć wydolność moich płuc. Najchętniej zostałabym akrobatką – byłam nią w innym wcieleniu całą sobą tęsknię za tym, choć, jak wspomniałam, mam nierozciągnięte ciało. Ile razy widziałam siebie w wyobraźni skaczącą w powietrzu! Uwielbiam podziwiać ludzi, którzy wyginają swoje ciało we wszystkie strony! Sama doświadczyłam miniakrobatyki na air-jodze w Poznaniu, robiąc różne wywrotki na chuście podwieszonej pod sufitem. Moim marzeniem jest posiadać taką chustę i ćwiczyć na niej, kiedy już osiądę:)

Ważnym i mocnym akcentem, który jeszcze mocniej mnie zmotywował do pracy z ciałem była panchakarma, na której codziennie miałam masaże przez 11 dni. Wydawało mi się, że jestem w miarę rozluźniona, a tam dostawałam codziennie informację, jaka jestem spięta i napięta. Początkowo tego nie rozumiałam, aż w końcu dotarło do mnie, dlaczego tak jest. To, że mam w jakiś sposób napięte ciało, to wiedziałam, jednak nie rozumiałam, dlaczego aż tak mocno. I po kilku dniach objawienie. 2 tygodnie wcześniej umarłam na poziomie duszy. I uzdrowiłam to na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, a w nim zapisane zostało wszystko, czego nie puściłam na tym poziomie… Pozostałe napięcia to odbicie mojego dzieciństwa stare traumy, zapisane w ciele.. Od zawsze uwielbiałam masaże – zawsze i wszędzie mógł mnie ktoś masować, głaskać.. Teraz bardziej rozumiem dlaczego – by rozluźniać ciało i puszczać zapisane w nim napięcia.. Kilka lat temu, w 2016, doświadczyłam mocy dawania masażu, a nie tylko jego brania i od tamtej pory lubię to robić, choć nie pomasuję każdego i o każdej porze, tylko wtedy, kiedy to poczuję. W trudniejszych momentach, kiedy moje zaczyna się trząść, pozwalam mu to robić, a nawet czasami specjalnie to wywołuję ćwiczeniem Lowena – polecam. Zwierzęta robią to naturalnie, a ja, jak większość ludzi, potrzebuje to sobie przypomnieć.. I wczoraj ponownie przypomniałam sobie, że przecież chcę codziennie coś zrobić i to wcale nie musi być godzina czy coś intensywnego. Kiedy robiłam rytuały tybetańskie – proste ćwiczenia – po roku widziałam ogromne różnice w moim ciele. Wtedy właśnie zrozumiałam, że wystarczy kilka minut, byle codziennie. Czytałam kiedyś, że tak naprawdę wystarczy minuta intensywnych ćwiczeń codziennie, jednak na dziś wolę ciut dłużej, a spokojniej:) Jednak, by nie zapomnieć i naprawdę to wdrożyć, postanowiłam zrobić z tego roczne wyzwanie, a robiąc dalej podsumowanie poczułam, by dołączyć do tego medytację i pranajamy. I już dziś z rana zrobiłam to! Najpierw w łóżku pooddychałam, potem pomedytowałam, dalej leżałam robiąc coś na laptopie, aż zapomniałam o ćwiczeniach.. Kiedy zaczęłam ten wpis, od razu sobie przypomniałam i chwilę poćwiczyłam:))) Tak, jest szansa, że wyzwanie mnie zmotywuje;))

W ramach wyzwania zamierzam codziennie po minimum 5 minut ćwiczyć, medytować i oddychać. Poczułam, że efektem końcowym chcę by było, iż za rok na każdą z tych czynności poświęcam ok 20 minut. W trakcie tego czasu zamierzam skupić się na ciele, by być jego bardziej świadomą. W tym celu będę ćwiczyć stanie na głowie oraz skorzystam z warsztatów u Iwo Łaźniewskiej (wolę na żywo, jednak jakby co to lepsze online niż żadne). Będę dodatkowo czytać książki poświęcone tej tematyce, np.: „Sekretne techniki medytacyjne buddyjskiego mnicha” autorstwa Ajahna Browna czy też chcę mieć w pamięci kurs uważności, który czeka na swoją kolej – może w końcu się doczeka (wiem, jak to brzmi, mam tego świadomość, jednak jakoś nie czuję, by się do tego zobowiązywać)..

Nazwałam to wyzwaniem CUD -em od pierwszych liter słów: Ciało – Umysł – Duch, gdyż robiąc to, co zamierzam każdego dnia zrobię coś dla całej siebie:) A więc – czas na CUD!!