Archiwum kategorii: Inspiracje

Czas na CUD!!! – czas na kolejne wyzwanie:)

Wczoraj przy okazji podsumowywania roku wyzwania „Od złości do radości” przyszedł mi pomysł na kolejne wyzwanie. Po prostu w trakcie tego poprzedniego miałam w zamyśle robić codziennie ćwiczenia fizyczne, robiłam je z doskoku, a chciałabym każdego dnia zrobić coś w tym temacie..

W jakiś sposób ćwiczenia fizyczne towarzyszą mi przez całe życie. W podstawówce chodziłam na SKS-y oraz na aerobik do Domu Kultury. Pod koniec liceum uczyłam się hip – hopu – nawet byłam na letnim obozie, gdzie codziennie mieliśmy zajęcia i akrobatykę. Na studiach w ramach w-fu jeździłam na rolkach, a po studiach w wieku 26 lat ponownie zapisałam się na hip-hop:) Nawet pojechałam z moja formacją na Mistrzostwa Polski w Łodzi:) Byłam najstarsza w grupie:))) Kilka lat później poznałam jogę – jeździłam na zajęcia na 6.30 w ramach Klubu 6 rano, gdzie za znajomymi motywowaliśmy się do porannego wstawania:) Może rok pochodziłam i kolejna przerwa na kilka lat. W trakcie podróży regularnie w czasie, w którym pracowałam w hodowli kotów pod Warszawą, uczęszczałam na jogę nawet 2 razy w tygodniu. Po kilku latach miałam fazę na Tybetańskie Rytuały, które regularnie praktycznie codziennie ćwiczyłam przez 1,5 roku i nagle z dnia na dzień zaprzestałam. Na co dzień dużo spaceruję i kiedy mogę, to jeżdżę rowerem. Mam kijki Nordic Walking, jednak nie przy sobie, jednak kiedy mogę – korzystam z nich, co bardzo lubię. Uwielbiam parki linowe i chodzenie po górach i wałęsanie się po lasach. Można powiedzieć, że całe życie ćwiczę i nie ćwiczę jednocześnie;) I choć były dłuższe momenty, kiedy ćwiczyłam regularnie i miałam porządną rozgrzewkę, nigdy nie zrobiłam szpagatu – mam przyblokowane niektóre mięśnie. Jakkolwiek widzę sens w regularności. Nie da się ukryć, że jak każdy z każdym rokiem jestem coraz starsza i z czasem moje ciało może stracić elastyczność, a mogę ten czas przedłużyć – tak to czuję. Choć nie siedzę na co dzień przed komputerem, to jednak czasami boli mnie kręgosłup. No i kiedy biegnę, szybko łapię zadyszkę;))) Chcę to zmienić. Chcę wzmocnić i uelastycznić moje ciało. Chcę powiększyć wydolność moich płuc. Najchętniej zostałabym akrobatką – byłam nią w innym wcieleniu całą sobą tęsknię za tym, choć, jak wspomniałam, mam nierozciągnięte ciało. Ile razy widziałam siebie w wyobraźni skaczącą w powietrzu! Uwielbiam podziwiać ludzi, którzy wyginają swoje ciało we wszystkie strony! Sama doświadczyłam miniakrobatyki na air-jodze w Poznaniu, robiąc różne wywrotki na chuście podwieszonej pod sufitem. Moim marzeniem jest posiadać taką chustę i ćwiczyć na niej, kiedy już osiądę:)

Ważnym i mocnym akcentem, który jeszcze mocniej mnie zmotywował do pracy z ciałem była panchakarma, na której codziennie miałam masaże przez 11 dni. Wydawało mi się, że jestem w miarę rozluźniona, a tam dostawałam codziennie informację, jaka jestem spięta i napięta. Początkowo tego nie rozumiałam, aż w końcu dotarło do mnie, dlaczego tak jest. To, że mam w jakiś sposób napięte ciało, to wiedziałam, jednak nie rozumiałam, dlaczego aż tak mocno. I po kilku dniach objawienie. 2 tygodnie wcześniej umarłam na poziomie duszy. I uzdrowiłam to na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, a w nim zapisane zostało wszystko, czego nie puściłam na tym poziomie… Pozostałe napięcia to odbicie mojego dzieciństwa stare traumy, zapisane w ciele.. Od zawsze uwielbiałam masaże – zawsze i wszędzie mógł mnie ktoś masować, głaskać.. Teraz bardziej rozumiem dlaczego – by rozluźniać ciało i puszczać zapisane w nim napięcia.. Kilka lat temu, w 2016, doświadczyłam mocy dawania masażu, a nie tylko jego brania i od tamtej pory lubię to robić, choć nie pomasuję każdego i o każdej porze, tylko wtedy, kiedy to poczuję. W trudniejszych momentach, kiedy moje zaczyna się trząść, pozwalam mu to robić, a nawet czasami specjalnie to wywołuję ćwiczeniem Lowena – polecam. Zwierzęta robią to naturalnie, a ja, jak większość ludzi, potrzebuje to sobie przypomnieć.. I wczoraj ponownie przypomniałam sobie, że przecież chcę codziennie coś zrobić i to wcale nie musi być godzina czy coś intensywnego. Kiedy robiłam rytuały tybetańskie – proste ćwiczenia – po roku widziałam ogromne różnice w moim ciele. Wtedy właśnie zrozumiałam, że wystarczy kilka minut, byle codziennie. Czytałam kiedyś, że tak naprawdę wystarczy minuta intensywnych ćwiczeń codziennie, jednak na dziś wolę ciut dłużej, a spokojniej:) Jednak, by nie zapomnieć i naprawdę to wdrożyć, postanowiłam zrobić z tego roczne wyzwanie, a robiąc dalej podsumowanie poczułam, by dołączyć do tego medytację i pranajamy. I już dziś z rana zrobiłam to! Najpierw w łóżku pooddychałam, potem pomedytowałam, dalej leżałam robiąc coś na laptopie, aż zapomniałam o ćwiczeniach.. Kiedy zaczęłam ten wpis, od razu sobie przypomniałam i chwilę poćwiczyłam:))) Tak, jest szansa, że wyzwanie mnie zmotywuje;))

W ramach wyzwania zamierzam codziennie po minimum 5 minut ćwiczyć, medytować i oddychać. Poczułam, że efektem końcowym chcę by było, iż za rok na każdą z tych czynności poświęcam ok 20 minut. W trakcie tego czasu zamierzam skupić się na ciele, by być jego bardziej świadomą. W tym celu będę ćwiczyć stanie na głowie oraz skorzystam z warsztatów u Iwo Łaźniewskiej (wolę na żywo, jednak jakby co to lepsze online niż żadne). Będę dodatkowo czytać książki poświęcone tej tematyce, np.: „Sekretne techniki medytacyjne buddyjskiego mnicha” autorstwa Ajahna Browna czy też chcę mieć w pamięci kurs uważności, który czeka na swoją kolej – może w końcu się doczeka (wiem, jak to brzmi, mam tego świadomość, jednak jakoś nie czuję, by się do tego zobowiązywać)..

Nazwałam to wyzwaniem CUD -em od pierwszych liter słów: Ciało – Umysł – Duch, gdyż robiąc to, co zamierzam każdego dnia zrobię coś dla całej siebie:) A więc – czas na CUD!!


Finiszuję – podsumowanie rocznego wyzwania „Od złości do radości”

Dziś ostatni dzień wyzwania, którego podjęłam się rok temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło, jestem w innym miejscu – jestem ta sama, a jednak inna, jak zresztą wskazuje na to moje imię (anagram – Nina – inna:) To naprawdę niesamowite, ile zadziało się w ciągu ostatniego roku! Z jednej strony podjęcie się tego wyzwania czasami mnie inspirowało czy motywowało do pewnych działań, a z drugiej – dzięki temu miałam większą uważność na to, co się w tym czasie u mnie dzieje:) Nie przedłużając – czas na podsumowanie.

Zdecydowanie bardziej siebie akceptuję w pełni niż rok temu. Z jednej strony bardzo pomogło mi słuchanie Marii Nowak – Szabat z Agni-Ajurweda, a szczególnie jej słowa, by przyjąć siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza, a także zrozumienie jaką mam konstytucję pod kątem dosz i jakie konsekwencje za sobą to niesie. To, że jestem Pitta – Vata na poziomie umysłu dało mi jasność, skąd taka szarpanina we mnie od złości do poczucia winy i ogromnego wewnętrznego bólu.. Z drugiej strony ważny był moment przełomowy, kiedy 14 lipca dostałam przekaz z Kronik Akaszy, by zaakceptować swoją silną, dominującą, władczą naturę, aurę, energię – to było coś, czego w ogóle się nie spodziewałam, będąc całe życie przekonana, iż jest to coś do zmiany – nie ma innej opcji.. A jednak.. A jednak od tamtej pory nastąpiła we mnie ogromna przemiana. Zaczęłam z lekkością i radością o tym mówić i tego doświadczać. Kiedy teraz ktoś mi zarzuca, że jestem np.: „tyranem”, jak to zdarza się obecnie w relacji z podopieczną Heleną, to odpowiadam: „Tak, taka jestem”. I choć nie jestem dumna i zadowolona ze wszystkich swoich poczynań z tej energii, to jednak już nie mam poczucia winy i łatwiej mi odpuścić, a nie nakręcać się i wewnętrznie kotłować, jak to było wcześniej. Piękne jest uczucie wewnętrznej akceptacji i przyjęcia siebie w pełni:) Tak, teraz zdecydowanie częściej jestem swoim najlepszym przyjacielem:)

Przeglądam wpis Rok zabawy ze sobą – przejdźmy do konkretów:) i uśmiecham się do tego, co tam piszę, czując się w innym miejscu:) Z codziennych rytuałów – niestety albo stety – nie zostało już nic.. Nawet ćwiczenia fizyczne.. Akurat do modlitwy, medytacji i ćwiczeń chcę powrócić – warto to zaplanować. Podkreśliłam ćwiczenia fizyczne, bo od panchakarmy, na której byłam na przełomie czerwca i lipca, po codziennych masażach, których tam doświadczyłam, widzę jak ważna jest praca z ciałem. Wiele trudnych doświadczeń puściłam i puszczam na bieżąco na poziomie serca i duszy, zapominając o ciele, w którym wszystko się zapisuje, o ile nic się z tym nie zrobi.. W tym temacie zamierzam udać się na warsztaty do Iwo Łażniewskiej, która pracuje nad poszerzaniem świadomości swego ciała:) Teraz, jak o tym piszę, to poczułam, by od jutra zacząć kolejne roczne wyzwanie „Coś dla ciała, coś dla ducha” i codziennie min 5 min ćwiczyć i 5 min medytować. Tak, to jest myśl! Wow, ale extra!!! A teraz wracam do tematu:)) Czasami, szczególnie, jak ktoś przy mnie wyraża się negatywnie na jakiś temat, błogosławię tę osobę i to, co mówi. No i często koloruję – zdarzają się mandale, a ostatnio zdobyłam kolorowankę z motylami i ptakami:) Obecnie mój codzienny rytuał to kontakt z naturą, choćby krótki, bo to mnie wycisza i napełnia spokojem.

Z autodiagnozy zrobiłam diagnozę dosz na poziomie ciała (Pitta – Kapha) oraz umysłu (Pitta – Vata) oraz kursy Psychologia ajurwedyjska dla profesjonalistów (akurat średni ten kurs według mnie, a kiepska część dla profesjonalistów, z wyjątkiem jednego modułu – przyznaję, że byłam tym kursem mega rozczarowana – może zbyt wiele oczekiwałam?) i Dharma (może być, najbardziej spodobało mi się zrobienie filmu ze zdjęciami symbolizującymi moje marzenia oraz napisanie przemowy z okazji moich 100-letnich urodzin:) Jakkolwiek – jak już wspomniałam, sama autodiagnoza dosz i dzięki temu pełniejsze zrozumienie siebie było ważnym krokiem ku samoakceptacji. Pomaga mi to też na co dzień w różnych sytuacjach, np. teraz jestem uważniejsza, kiedy podnosi mi się Pitta, co idzie w kierunku złości i zapobiegam temu lub niweluję, np. polewanie się wodą w czasie upałów, jedzenie, kiedy zaczynam być głodna – takie proste rzeczy, a sprawiające cuda, ułatwiające codzienność:) Mario – bardzo dziękuję za dzielenie się swoim darem prostego przekazu Ajurwedy, jestem wdzięczna, że trafiłam na Ciebie i skorzystałam z czasu i pieniędzy, które miałam w danym czasie, by nasycić się tą wiedzą i wziąć dla siebie co nieco:) Skorzystałam też z coachingu indywidualnego i grupowego w ramach Kręgu z Justyną De Prado z Wytwórni Obfitości. Skorzystałam też coachingu z Dorotą Jesiołowską – Sołoduchą w ramach organizowanego przez nią Złotego Kręgu, dzięki któremu poznałam kolejne swoje odsłony, tym razem jako Manifestor wg Human Design. I tu potwierdza się moja silna energia.. Niestety – dalej nie udało mi się zrobić kursu Mindfullness.. Już zamieściłam go na stronie startowej przeglądarki, jednak dalej nie zaszłam.. Może kolejne wyzwanie będzie temu sprzyjać?

Jak już wspomniałam byłam w tym roku na panchakarmie, na którą wybierałam się głównie pod kątem oczyszczania emocjonalnego. W jakimś sensie było to, choć zupełnie w inny sposób niż się spodziewałam.. Na pewno uwalniające było 2 razy krzyknąć z całej mocy z bólu i złości w trakcie naciskania punktów Marma, wiedząc, że są świadkowie mego krzyku. Było to uwalniające, gdyż zwykle, jak mam potrzebę krzyczenia, to albo robię to, jak nikogo nie ma lub w taki sposób, by nikt nie usłyszał.. A to tak uwalnia napięcie.. Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pomysł, by w miejscu, w którym osiądę, stworzyć wygłuszone i opatulone na miękko pomieszczenie, by móc swobodnie krzyczeć i walić ze złości czy innego napięcia. Panchakarma była dla mnie emocjonalnie trudna, bo zostałam spacyfikowana przez terapeutę (jakkolwiek dzięki temu 10 dni po jej zakończeniu dostałam przełomowy przekaz z Kronik) oraz odrzucona przez grupę. I tu też wyszły moje oczekiwania, których wydawało mi się, że nie miałam wobec panchakarmy, a jednak.. Jechałam z pustą głową i z nastawieniem, że jadę na SPA i spędzę miło czas w gronie osób, z którymi łączy mnie ajurweda, co wydawało mi się dużym łącznikiem, a którym jednak nie było.. Takie malutkie nastawienie, a takie ogromne konsekwencje.. Bo inaczej bym tak tego nie przeżywała, tylko skupiła się na sobie, jak Włodek, który chadzał tam własnymi ścieżkami. Piękna, choć trudna lekcja. Za to, co dzięki temu zyskałam, jest bezcenne:) No i nauczyłam się tam stawać na głowie i doświadczyłam Jogi wg Sivanandy, w której się zakochałam. W ten sposób utwierdziłam się, by za rok ponownie zapisać się na miesięczny kurs dla nauczycieli w tym nurcie, co z tym roku zostało w Polsce odwołane z wiadomych koronkowych względów. Już nie mogę się tego doczekać!! To byłoby wspaniałe zwieńczenie kolejnego wyzwania;)) Również na panchakarmie pracowałam z oddechem, poza tym niestety nic.. Tak poczułam, by do tego nowego wyzwania dodać 5 minut pranajam:)

W ostatnich 3 miesiącach uczestniczyłam jeszcze w kilku ważnych dla mnie warsztatach. Pierwszy to taki prezent urodzinowy – warsztat „Tkanki sukcesu” z Anną Choińską, która pracuje ustawieniami wg Hellingera na własny intuicyjny sposób. To był ostatni świadomie wybrany warsztat, w którym poddałam się prowadzącej (nie wiem czy jasno to napisałam – raczej już nie pojadę na warsztat prowadzony przez kogoś, kto ma jakąś wiedzę czy pracuje jakąś metodą, chcę mocniej skoncentrować się na szukaniu odpowiedzi w sobie; tę decyzję podjęłam jeszcze przed tym warsztatem, skusiłam się na niego ze względu na wyzwanie i chęć uzdrowienia rodu; na pozostałe warsztaty zapisałam się, bo nie przypuszczałam, że ktoś będzie uzurpował sobie prawo do wchodzenia w moją przestrzeń i kreował się na lidera, który wie lepiej, co dla mnie dobre czy w ogóle kim jestem i czego potrzebuję, jak to było np. na panchakarmie). Skończyło się to moją .. śmiercią – tak odczułam to, co się ze mną działo w poniedziałek po warsztacie, co zostało potwierdzone w Kronikach. W ten sposób narodziłam się na nowo:) Nie po raz pierwszy zresztą w tym wcieleniu. Co ciekawe temat śmierci był (?) ostatnio dość intensywny w moim życiu: pogrzeb cioci na koniec maja w drodze na Podkarpacie, potem znalezienie zwłok młodego sąsiada Basi, który utopił się w strumyku 1 czerwca, następnie moja śmierć 14 czerwca, a na koniec śmierć Donki, zwołującej kręgi kobiece na Podkarpaciu, która zwołała krąg na dzień, w którym dostała udaru i w ten sposób wspólnie z innymi kobietami mogłyśmy jej towarzyszyć w przejściu. Następnego dnia – 13 sierpnia w piątek została odłączona od aparatury podtrzymującej jej życie. Zastanawiam się, czy temat się zakończył, bo obecnie przez miesiąc opiekuję się Heleną, która bardzo chce odejść – może jest mi pisane być przy niej, kiedy jej dusza zdecyduje się opuścić ten świat – jest i będzie tak, jak ma być.

Wracając do warsztatów. Na ostatni tydzień lipca udałam się na wyprawę w głąb puszczy i siebie, zorganizowaną przez Mieszka z fundacji Bycie w lesie. Tam doświadczyłam wielu cudowności: chodzenia po lesie tylko z kompasem, bez znajomości tego lasu, spania w głębi lasu pod drzewami w hamaku, dwa dni odosobnienia, w trakcie których utwierdziłam się, iż las to mój dom, góry natomiast nie – kocham po nich chodzić z lekkim plecakiem i przez chwilę:) Tam też stanęłam w swojej mocy, by zadbać o siebie, chodząc powoli oraz nie zgadzając się na głodówkę na czas odosobnienia, bo było to wbrew moim odczuciom. Zaraz po nim trafiłam na warsztaty białego śpiewu z Fundacji OVO, gdzie doświadczyłam swego postępu w otwieraniu gardła i siebie na słyszenie swego głosu w obecności innych. Tam też byłam dla siebie najlepszym przyjacielem, dbając o swoją przestrzeń. Ciekawe było to, iż podchodziło do mnie niewielu ludzi, jednak jak już rozmawiałam z kimś, to te rozmowy były głębokie, często dotyczące duszy – takie spotkania duszy z duszą:) No i moja dusza rosyjsko – ukraińska naśpiewała się w pieśniach w tych językach. Było pięknie i energetycznie z Ritą – ukraińską nauczycielką:) To tam uzmysłowiłam sobie, ze raczej mam lekki uśmiech na twarzy, już raczej nie łapię się na powadze i marsowej minie:)

W ogóle ostatnie 3 miesiące, kiedy mieszkałam u Basi na Podkarpaciu, były pięknym podsumowaniem tego wyzwania, pokazującym dokąd dotarłam. Mieszkało mi się z Basią lekko, radośnie, wspólnie – małe i większe wypady na łono natury czy spotkania w gronie ciekawych osób. Byłyśmy wzajemnie dla siebie towarzyszkami codzienności, co było mi potrzebne. Tam uczestniczyłam w trzech kręgach na żywo (już nie online) ze wspaniałymi kobietami – kiedy osiądę dołączę lub sama zorganizuję krąg, bo to niezwykłe doświadczenie. To tam podjęłam decyzję, by od września osiąść, co na dziś zostało lekko przesunięte w czasie – po co? Jeszcze nie wiem, jednak na innym poziomie nie ma to znaczenia. Pewnie potrzebowałam jeszcze coś uzdrowić, zanim sama osadzę się:) Też u Basi doświadczyłam bycia sobą w pełni na co dzień. Byłam u niej w gościnie, a jednak pozwalałam sobie na robienie tego, na co w danym momencie miałam ochotę, choćby to miało być czytanie w łóżku cały dzień (raz tak było:). Do tej pory – choć już coraz rzadziej – nastawiona byłam na odwdzięczanie się. Oczywiście – dalej się odwdzięczam, choćby gotując obiad, jednak w różnych momentach słucham siebie i podążam za swoją ochotą, a nie co mi umysł podpowiada, że byłoby lepiej, skoro jestem na czyimś garnuszku. Decyzję, by tak robić, ułatwiło mi wczucie się w odwrotna sytuację – przyjeżdża Basia do mnie, jest u mnie gościem i ja nie miałabym żadnych oczekiwań, poza tym, by trochę czasu spędzić razem, a poza tym – by robiła to, na co ma ochotę:)

Przytoczę fragment, w którym napisałam zaplanowane efekty i odniosę się do nich, na ile udało mi się to osiągnąć.

  • więcej się śmieję niż złoszczę – zdecydowanie tak jest:) nie jest tak, ze się nie złoszczę, jednak zdarza się to rzadziej, a potem mam mniejsze, o ile w ogóle mam, wyrzuty sumienia:) jest mi lżej ze sobą i przyjemniej,
  • kiedykolwiek przyłapię się, to mam uśmiech na twarzy – w większości przypadków tak jest:),
  • zabawnie komentuję zachowanie swoje lub innych, a jednocześnie tych komentarzy jest mniej niż teraz – może inaczej: jestem bardziej otwarta i często sama bezpośrednio mówię o sobie rzeczy, które mogą być trudne w odbiorze dla kogoś, np. o mojej silnej energii i jak na razie przynosi to mega efekty:) mam w sobie większy dystans do siebie i więcej przestrzeni dla innych, co przyniosło efekt w relacji z tatą (na Wielkanoc spędziliśmy razem w sumie 2 tygodnie w radości i lekkości – i to nie tata się zmienił, on dalej pije piwo i spędza czas głównie przed telewizorem, praktycznie do mnie nie dzwoni, to ja podtrzymuje kontakt, jednak w tej relacji jest częściej uśmiech i śmiech:) i moim bratem (obraził się na mnie i nie odzywał prawie rok, a potem niby pogodzeni, a dalej daleko; a teraz, jak odpuściłam i przestałam go w duchu osądzać, po prostu zaczęliśmy z powrotem ze sobą rozmawiać!)
  • jestem bardziej rozluźniona – tak to odczuwam, aczkolwiek w ciele sporo jeszcze napięć starych siedzi…; po doświadczeniu własnej śmierci na poziomie duszy w czerwcu przetransformowałam to doświadczenie i odpuściłam na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, co wyszło na panchakarmie w trakcie codziennych masaży; to mi uzmysłowiło, jak ważne jest puszczanie traum na poziomie ciała; no i tym bardziej ważna jest dla mnie joga wg Sivanandy, która oparta jest na rozluźnianiu ciała, a nie napinaniu (takie jest moje zdanie oparte na doświadczaniu jej),
  • mam określoną misję – mam i nie mam:) to już ma dla mnie mniejsze znaczenie, choć w oparciu o portret Duszy, który sobie zrobiłam, to ja już tę misje realizuję:) jakkolwiek nie mam, jak niektórzy, jednego zdania czy dziedziny, zawierającej moją misję; po prostu chce żyć, być – blisko siebie i natury:); przyszedł mi pomysł na Centrum SPA, jakkolwiek co ma być, to będzie:)
  • akceptuję złość i widzę w niej potencjał, z którego świadomie i z opanowaniem korzystam – różnie to bywa;
  • nie mam momentów szamotaniny, a w środku czuję spokój niezależnie od sytuacji – są rzadsze, ale, niestety, dalej są, jakkolwiek, co już pisałam, od czasu przekazu o akceptacji swej dominującej natury, jest mi łatwiej; jakkolwiek, co ciekawe, kiedy to piszę, właśnie miałam mały atak złości; taka jest prawda – dalej złość jest częścią mnie…,
  • dbam o siebie, czyli jasno i bezpośrednio komunikuję każdemu, kiedy z czymś mi trudno w danej relacji, jasno wyrażam swoje potrzeby – robię to spokojnie, bez walki:) – zdarza się to znacznie częściej głównie ze wzglądu na moją większą świadomość siebie; to znacznie ułatwia życie, choć nie każdą sytuację:)

Jestem szczęśliwa, iż rok temu podjęłam decyzję o wyzwaniu:) Mój zeszyt Pisaninki od tamtej pory prawie został zapisany przez moje przemyślenia, refleksje, wykonane ćwiczenia.. To namacalny dowód wykonanej pracy:), choć zdecydowanie ważniejsze jest to, jak się czuję na co dzień i jak buduję relacje z innymi, a przede wszystkim sama ze sobą:) No i wynikiem tego jest kolejne wyzwanie! Może nazwę go CUD – gdyż będzie to czas na Ciało, Umysł i Duszę:)

Przełom

Tydzień temu czuję, że przeżyłam 2 przełomowe dni w dłuższej perspektywie. 13 lipca z rana podjęłam ważną decyzję dotyczącą mojego życia, a w szczególności ostatnich 9 lat, tj. czasu mej podróży. Poczułam, iż od września osiadam się, co tym samym oznacza, iż zakańczam mą podróż:). Nie czekam na wymarzony dom, ani partnera, tylko po prostu robię to. To nie jest tak, że na jedno czy drugie czekałam czy szukałam. Bardziej czekałam z decyzją, by osiąść – uzależniałam ją od znalezienia domu czy partnera. Od ponad roku mocno czułam potrzebę, by osiąść – wszędzie i wszystkim o tym opowiadałam. Na pytanie, gdzie – miałam jedną odpowiedź: gdzie zawoła mnie dusza, czy do miejsca, czy do człowieka z miejscem, aczkolwiek miał to być dom w lesie. Na tę chwilę, jak już wspomniałam, nie mam wymarzonego domku i na dziś nie wiem, gdzie osiądę, a jednak już wiem, że osiądę:) I to zmienia wiele! Czuję się, jak człowiek, który buduje swój dom, a zanim to nastąpi – wynajmuje inny, by mieć gdzie mieszkać. I podobnie jest ze mną, tyle, że nie planuję budowy, a raczej recykling starego drewnianego domu w lesie i ten ostatni czynnik jest kluczowy! Bez lasu nie ma mnie – potrzebuję drzew, wielkich połaci lasu do życia, do bycia w lesie jak tlenu.

Mam na dziś 2 pomysły, jak tego dokonać. Pierwszy pomysł to znaleźć dom do zaopiekowania się nim. Wtedy jednocześnie miałabym dom i zarobek. Drugi pomysł to zamieszkać z kumpelą, u której jestem obecnie, na Podkarpaciu. W tym pomyśle nęcące są osoby: wspaniała kumpela jak starsza siostra, cudni sąsiedzi i boscy ludzie wokół, których już zdążyłam poznać. Tu po raz pierwszy spotkałam się z tym, iż kto mnie poznawał, od razu zadawał pytanie: czy zamieszkam tu lub jak długo będę.. To mnie zaskoczyło, a jednocześnie było takim balsamem na serce.. Minusem jest brak lasu, bo, choć drzew wokół nie brakuje (i bosko, bo bez tego w ogóle nie byłabym w stanie tu funkcjonować), to jednak te mini lasy w okolicy to zbyt mało.. Potrzebuję ogromnych połaci lasu, by móc godzinami po nich chodzić, jak to było w Zbicznie koło Brodnicy (las pod nosem, a do tego jezioro – marzenie!!), a tu są namiastki, małe drzewostany, które mija się w kilka minut.. Jakkolwiek opcja, by pomieszkać przez jakiś czas w doborowym towarzystwie jest naprawdę kusząca i najprawdopodobniej na nią się na razie zdecyduję:) Wszystko się ułoży i będzie, jak ma być – decyzja już podjęta, a to najważniejsze:) Teraz wspierający mnie Wszechświat może działać:)

Następnego dnia dokonał się kolejny przełom i to naprawdę życiowy! Dostałam bardzo ważny przekaz od moich Przewodników za pomocą Kronik Akaszy. Potrzebowała rozjaśnić kilka niezrozumiałych dla mnie, a emocjonalnie bardzo trudnych sytuacji, które zadziały się podczas Panchakarmy – ajurwedyjskiego oczyszczania organizmu, które odbyłam na Podlasiu. Najpierw dostałam przekaz, który od zawsze słyszałam od wielu osób – brata, przyjaciół, napotkanych po drodze ludzi, również w Kronikach. Za każdym razem wywoływał on we mnie poczucie winy i zniechęcenie, bo ile można się starać! Chodzi o to, że mam mocną, dominującą aurę, energię, co w wielu ludziach wywołuje dyskomfort. Mnie też z nią niewygodnie, bo wcale w większości sytuacji wcale nie miałam zamiaru, intencji, by takową być.. I nawet, kiedy starałam się odpuszczać, nie dominować, to i tak słyszałam pretensje.. Bolało to bardzo, wywoływało złość i rozgoryczenie z niemocy i bezsilności.. I po raz pierwszy usłyszałam, że taka jest moja natura i czas na bycie sobą i akceptację tego, że nie mam się co starać być niedominująca, bo i tak to się nie udaje.. Jakie to było i jest uwalniające! Jeszcze dodatkowo usłyszałam, że czas, bym tworzyła jakieś miejsce po swojemu, na swoich zasadach, a nie dopasowywała się do innych, bo to nie jest moje.. Wow, wolność! Oczywiście, dla mnie nie oznacza to, by być władczą wszędzie i wobec każdego. To oznacza dla mnie, że jak ktoś mi zarzuci, że jestem dominująca, to mogę z uśmiechem na ustach i lekkością przyznać mu rację – bez obwiniania siebie i kulenia się, a przede wszystkim unikać takich sytuacji, np. warsztatów, gdzie ktoś jest liderem czy wchodzić w relację z dominującymi osobami. A na co dzień szanować czyjąś wolność, jak to robię, tyle, że z pewnością, a nie poczuciem winy:)) Dzięki m.in. wyzwaniu jestem w procesie akceptacji swojej złości, jednak dotychczas nie brałam pod uwagę, by akceptacją i miłością ogarnąć też moją władczą naturę.. To naprawdę mega uwalniające.. I też dla mnie poszerzające perspektywę patrzenia na drugiego człowieka – akceptacji jego natury, czy równie dominującej jak moja, czy zupełnie innej, tak różni w końcu jesteśmy i to jest boskie! Dla mnie też to oznacza dużą odpowiedzialność, bo po coś taką naturę mam, jest ona do czegoś potrzebna, a jednocześnie trudna w codziennych relacjach – łatwo mogę kogoś skrzywdzić. Dużo prościej (dla mnie) byłoby mieć naturę radosną czy luzaka.. Czas na akceptację siebie naprawdę w pełni i bycie sobą w pełni! Cudownie!!!

Od tamtej pory mam dużo więcej energii – chce mi się żyć:) Przestawiłam meble w pokoju, który zajmuję u kumpeli, zrobiłam kilka zaległych zadań, odpoczywam, koloruję i pojawiają mi się pomysły na przyszłość. Stworzę Centrum Relaksu – tak to nazwałam roboczo:)) Jestem uskrzydlona:) Cudowności i mnóstwa błogosławieństwa na co dzień:)

9 miesiąc – Narodziny – relacja

Dziś mija dokładnie (co do dnia – dziś piątek jak wtedy!) 9 miesięcy, odkąd rozpoczęłam moje roczne wyzwanie „Od złości do radości”. Od jakiegoś czasu już nie relacjonuję co tydzień czy co dwa o przebiegu wyzwania, jednak dzisiejsza rocznica i to taka symboliczna skłoniła mnie do napisania kilku słów, a dzieje się, dzieje:) I cudownie!!

To jest niezwykłe, że akurat dziś upływa 9 miesięcy od tamtego dnia – tak jak trwa stan błogosławiony.. Niezwykłe jest dlatego, iż 4 dni temu w jakiś sposób narodziłam się na nowo, najpierw umierając.. Temat śmierci towarzyszy mi intensywnie od prawie miesiąca, odkąd wyruszyłam na Podkarpacie do mojej kumpeli Basi – siostry z innego wcielenia, z którą mam właśnie takie siostrzane relacje:) Kiedy miałam do niej jechać i zastanawiałam się, jak tam się przemieszczę z Bazylem, zmarła moja ciocia ze Stalowej Woli i jakoś prawie, że naturalnie zrodził się pomysł, by towarzyszyć tacie w pogrzebie i pojechaliśmy razem z wnukiem cioci, mieszkającym w Płocku. W ten sposób znalazłam się w Rzeszowie, bo tam mieszka syn cioci, a stąd miałam rzut beretem do Krosna, skąd mogła mnie odebrać Basia. Ponad tydzień później jako jedna z 2 osób znalazłam zwłoki młodego sąsiada Basi, który na skutek utraty przytomności wpadł do rowu i się utopił. Przyjęłam to ze spokojem, co mi pokazało, że rzeczywiście mam do śmierci dystans, wynikający z uznania woli duszy do odejścia w czasie i sposobie, jaki sobie wybiera. W międzyczasie czytałam przecudowną książkę „Anioły istnieją naprawdę”, autentyczną historię choroby i uzdrowienia z raka 12-letniej dziewczynki. Kiedy ją czytałam, a dokładniej przemyślenia i refleksje tej dziewczynki, to jakbym czytała o sobie.. Jej dusza miała mocny kawałek samozniszczenia w sobie i potrzebowała przejść ten trudny proces, by podjąć decyzję o życiu.. Kolejny kontakt ze śmiercią w ostatnim czasie odbył tydzień temu podczas 4-dniowych warsztatów „Tkanki sukcesu”, które oparte były na ustawieniach Hellingera. Co ciekawe, to był „mój weekend”, jak ja to mówiłam: pierwszego dnia kończyłam 45 lat, następnego dnia obchodziłam 20-lecie zdania egzaminu na magistra, trzeciego dnia miałam imieniny (imięNiny:), a ostatniego był 13, co jest moją ulubioną liczbą:) Tam temat śmierci szeroko pojętej przewijał się w większości procesów, a ja wspierałam każdego emocjonalnie i energetycznie, jak większość, jak nie wszyscy uczestnicy. Niektóre prace były bardzo mocne, a jednocześnie niesamowicie uwalniające i uzdrawiające! Aż przyszedł czas i na mnie. No i tu się zadziało.. Wg tego, jak zinterpretowała informacje z pola prowadząca (i jak ja te informacje zrozumiałam i zapamiętałam), wyszło na to, że moja przedwcześnie zmarła babcia ze strony mamy, jak i przedwcześnie zmarła mama ciągną mnie do śmierci, a ja podróżując szukam miejsca na śmierć.. Tych informacji nie czułam, a jednak fakt, iż dostałam je od osoby widzącej i czującej więcej niż ja, spowodował mega zamieszanie w moim wnętrzu.. Na ile miałam zaufać sobie, a na ile komuś, kto widzi więcej? Może to moje ego, a nie dusza mówią, że prowadząca nie ma racji? Może to kolejna maska, którą przybrałam, by postawić się w innym świetle? To mocno podważyło moją wiarę w siebie, w swoją intuicję, tym bardziej, że miałam w doświadczeniu sytuacje, kiedy czułam co innego, a w Kronikach Akaszy okazywało się, że to nie ja miałam rację, tylko ktoś inny – ktoś, kto widział i czuł więcej z pola.. Jednak od tamtej pory mocno się rozwinęłam, z jednaj strony spokorniałam i nabrałam dystansu, a też więcej słuchałam siebie. I to właśnie sprawiło, że prawdę mówiąc rozsypałam się wewnętrznie – totalnie następnego dnia po zakończeniu warsztatów.. Na ile miałam ufać sobie? Może znowu coś sobie wymyśliłam? Byłam tego dnia u siostry w Warszawie i zamiast cieszyć się wspólnym czasem, to byłam w jakiś sposób martwa, zapadnięta w sobie, w skrytości płacząca, z chęcią odejścia z tego świata.. To był bardzo trudny dzień.. I choć w dużej mierze byłam gotowa odejść, to resztkami sił napisałam do Darii od portretu Duszy, by za jej pośrednictwem porozmawiać z moimi Mistrzami poprzez Kroniki Akaszy. Czułam, że to dla mnie jedyny ratunek. Niezwykłe było to, iż wystarczyło samo napisanie maila, by poczuć mały przypływ sił, dzięki czemu byłam w stanie spędzić wieczór z siostrą i szwagrem już razem, a nie samotnie na balkonie. Nie wiedziałam, czy Daria znajdzie i przestrzeń i czas dla mnie (w jej kalendarzu na stronie pierwszy wolny termin był 29 czerwca, czyli za 2 tygodnie..), poza tym, czy zgodzi się pracować ze mną telefonicznie, a nie internetowo, jak miała w zwyczaju. Następnego dnia z samego rana ruszałam do Krosna, gdzie od 17 miałam uczestniczyć w kręgu kobiet, co wcześniej mnie bardzo cieszyło, jednak w tym stanie wstępnie czułam niechęć do wszelkich spotkań. To mega puściło w momencie otrzymania smsa od Darii, że ogólnie wchodzi w grę termin 29 czerwca, chyba, że ewentualnie następnego dnia o 13 będzie miała dla mnie półgodziny.. Wręcz popłakałam się ze wzruszenia.. To było boskie! Wiedziałam, że dostanę wsparcie – to mnie poruszało, a jednocześnie sprawiło, iż nabrałam kolejną porcję energii w kierunku życia! Pojechałam z kumpelą na krąg, na którym, choć miał być temat wdzięczności i kobiecości, głównie królował temat rodziców i śmierci.. Co ciekawe w tym dniu była pierwsza rocznica, odkąd poddałam eutanazji mojego ukochanego kocura Tygrysa.. Następnego dnia miałam dzień dla siebie, by się zregenerować po całym tym procesie i już od rana czułam wolę życia!! Wróciłam do życia – bosko! A o 13 miałam spotkanie z moim Przewodnikiem, który potwierdził moje odczucia. To każda dusza podejmuje decyzję, kiedy i jak chce odejść. W moim przypadku nastąpiło zamieszanie ze względu na moją wrażliwość i empatię, przez to odczuwanie emocji innych osób z grupy i energia grupy, która zwykle wspiera, jednak w moim przypadku trochę inaczej przekierowała energię. Zrodziło to zamieszanie u prowadzącej, pomimo jej kompetencji i niesamowitej intuicji. Zupełnie inaczej poszła by ta praca, gdybym była sama, a nie w grupie. Ja sama bardzo cenię umiejętności i intuicję Anny, która prowadziła ten warsztat, jakkolwiek to zdarzenie utwierdziło mnie, by SŁUCHAĆ SIEBIE, swej intuicji oraz być bardzo uważną, co i komu mówię, bo mogę w dobrej wierze zrobić ogromną krzywdę komuś. To mnie utwierdziło, by UFAĆ SOBIE i IŚĆ ZA TYM, CO ZE MNĄ REZONUJE. Od Przewodnika dostałam ważne pytanie: KOMU ODDAJĘ MOJĄ ENERGIĘ? KOMU ODDAJĘ KONTROLĘ? To był najprawdopodobniej jeden z ostatnich warsztatów, o ile nie ostatni, gdzie wgłębiałam się w siebie słuchając kogoś, a nie siebie. Moim kierunkiem jest ugruntować się w sobie. Już coraz bardziej czuję swoją moc, jednak kiedy jestem w gronie osób, które postrzegam jako mocniejsze ode mnie, tracę zaufanie do siebie i swoją moc.. Teraz bardziej czas na słuchanie siebie, wgłębianie się w siebie, szukanie odpowiedzi w sobie.. W najbliższym czasie jadę na kolejne warsztaty, jednak jest na nich zupełnie inny cel. Najpierw – już za tydzień – w magiczny sposób jadę na panchakarmę na Podlasiu z Agni – Ajurweda, gdzie będę się oczyszczać, a jednocześnie dostawać dużo dobrego, jak np. masaże, dobre jedzenie, bycie w przepięknym miejscu z cudowną gospodynią Mirką i z ciekawymi ludźmi, którzy, podobnie jak ja, wgłębiają się w ajurwedę:) Potem najprawdopodobniej będę na warsztatach białego śpiewu z fundacji OVO czy może uda mi się dostać w sierpniu na wyprawę w głąb lasu i siebie (miałam jechać teraz w czerwcu, jednak niespodziewanie zwolniło się miejsce na panczakarmę, na którą czekałam od lutego, stąd podjęłam decyzję o rezygnacji z nadzieją na kolejną szansę:). Na tych warsztatach albo będę czegoś doświadczać, albo być z ludźmi czy sama ze sobą, jednak nikt nie będzie mi mówił, jaka jestem czy co mam robić ze swoim życiem. To czas doświadczania, a nie słuchania kogoś:) Tak naprawdę kolejny raz wraca jak bumerang hasło, by BYĆ SWOIM NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM i DBAĆ O SIEBIE:)

Na koniec tej relacji może tylko wspomnę o czymś niesamowitym, jak fakt, iż będąc tu na Podkarpaciu doznaje tego, za czym długi czas tęskniłam: bycie w towarzystwie ludzi, którzy lubią i cenią moje towarzystwo i wspólne spędzanie czasu czy poprzez wspólną pracę czy wspólne wypady:) To jest fantastyczne doświadczenie! Od kilku osób z grona, które tu poznałam, a poznałam przede wszystkim wiele niesamowitych kobiet, często słyszę zapytanie, czy tu zostanę.. Wow! To taki cudowny balsam dla mej duszy, choć jednocześnie raczej czuję, że osiądę w innej części Polski (w ciągu roku okaże się;))) Na dziś nacieszam się tym, co jest i to też pokazuje mi mój rozwój, że przywołuję to, co chcę, więc warto wiedzieć, czego się chce i mówić to do Wszechświata, który mnie akurat mocno wspiera:)) W tym przekonaniu wsparła mnie dodatkowo lektura Transerfingu rzeczywistości, który czytam, a jest inspirujący:)

Od wczoraj realizuję zadanie, które dał mi mój Przewodnik, by wzmocnić radość życia w sobie. Mam codziennie po przebudzeniu zapisać pierwsze zdanie (nie słowo czy obraz, a właśnie zdanie), jakie pojawi mi się, kiedy się obudzę:) To ma być moje przesłanie na dany dzień, a jednocześnie też wesprzeć mnie w uważności:) Wczoraj było coś w rodzaju „Wolę doświadczać” (niż w domyśle: widzieć, słuchać, itp.), a dziś: „Życie jest piękne”! I tym pozytywnym akcentem pożegnam się na dziś:)) Do następnego spotkania:)

9 rok mej podróży – jakie SKARBY dzięki niej zdobyłam?

Kurka wodna! Już 9 lat jestem w podróży! Niesamowite! Przeżyłam 9-letni numerologiczny cykl w drodze – aż kręcę głową z niedowierzania, bo kiedy dokładnie 9 lat temu w poniedziałkowy poranek nerwowo ruszałam spod swego domu wcale nie myślałam, że wyruszam w podróż życia, w podróż w głąb siebie.. Wtedy dla mnie to był krok, by rozwiązać swoje ówczesne problemy z długami.. Nie wiedziałam, czy wyjeżdżam na miesiąc, 3 miesiące, rok? To kształtowało się na bieżąco.. Swe dwa wspaniałe koty wywiozłam do Taty na przechowanie wstępnie na 3 miesiące, a są, a raczej jeden jest do tej pory – Kitka, bo Tygrysa, za jego zgodą, poddałam eutanazji prawie rok temu (był naprawdę w złej formie, dużo wziął na siebie od Taty, a i tak żył praktycznie 19 lat:)

Tyle się wydarzyło, tyle przeżyłam, doświadczyłam, nauczyłam się, odpuściłam.. W mej książce, w której opisuję dokładniej me przygody, podsumowuję też cały ten czas – skąd wyruszyłam mentalnie i duchowo, a gdzie teraz jestem (książka na dziś jest jeszcze w postaci rękopisu – dosłownie!, na razie nie mam energii na jej przepisanie, choć mam pomysł głośno ją przeczytać, by zapisał ją komputer za pomocą programu:) chyba, że znajdzie się jakiś chętny do pisania:)) Teraz, co mi przychodzi, co zyskałam dzięki podróży – takie najważniejsze rzeczy, wartości, SKARBY to:

  • wolność – m.in. od długów, jakkolwiek jest to dla mnie coś szerszego, niezależne od posiadania czegokolwiek czy też nieposiadania, związane z wewnętrznym poczuciem obfitości, akceptacji oraz bycia zaopiekowaną przez Wszechświat, Naturę, Ród:)
  • Bazyl – mój wierny, cudowny towarzysz w drodze, najwspanialszy przyjaciel, pogodna i bardzo mądra dusza, czyli rudy 14-letni kundelek o różowym nosku, przypominający psa królowej Anglii rasy Welsh Corgi 🙂
  • akceptacja siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza, jak to mówi Maria z Agni – Ajurweda:); oczywiście jest to proces, jakkolwiek mega przyspieszony szczególnie w ciągu ostatniego roku z odczuwalnymi dla mnie efektami:)
  • relacja z tatą, a nawet Tatą – choć dalej bywa różnie, co pokazał ostatni weekend, jednocześnie jest teraz ważnym dla mnie członkiem rodziny i cieszę się, kiedy mogę z Nim pogadać czy po prostu pobyć, choć to bycie polega w dużej mierze na byciu obok i spotykaniu się chwilami (Tata większość czasu spędza przy telewizorze z piwem w ręku, co nie jest moim klimatem), jednak te chwile mają dla mnie mega wartość! (kiedy wyruszałam w podróż byłam przepełniona nienawiścią do Niego do tego stopnia, że w pierwszym roku, kiedy bywałam w rodzinnym mieście, spałam u przyszywanej siostry lub w mieszkaniu brata, byle dalej od Niego)
  • kontakt z Naturą, z ziemią, drzewami, ziołami – teraz to dla mnie codzienność, a kilka lat temu spacer w naturze był sposobem na spędzenie wolnego czasu, którego miałam mało, więc rzadko to robiłam, jednak wówczas nie miałam takiego kontaktu z ziemią (którą teraz lubię dotykać, np. pomagając komuś w wykopkach ziemniaków, co uwielbiam – właśnie ze względu na bezpośredni kontakt z ziemią), nie znałam się w ogóle na jakichkolwiek roślinach, nie wspominając o ziołach, które teraz zbieram, suszę, maceruję, mieszam czy z drzewami, z którymi czasami rozmawiam czy przytulam się do nich, czując w nich oparcie i mądrość:); to też wpływa na moją postawę coraz większego szacunku i dbania o przestrzeń wokół siebie, bliska jest mi ideologia Zero Waste:)
  • codzienność – taka zwykła i prosta, którą teraz lubię i doceniam; proste czynności mają taką moc i są takie niezwykłe w swej zwykłości:) uwielbiam sprzątać, czyścić, układać, porządkować, a jednocześnie mam luz na naturalny „brud” (za to trudno mi ze śmieciami szeroko pojętymi..) – jestem czyścicielem przestrzeni:) Przechodząc na kuchnie roślinną niespodziewanie dla samej siebie polubiłam gotowanie, w czym teraz eksperymentuję i bawię się:)
  • powolność i prostota – bardzo spowolniłam codzienne tempo, nawet chodzę znacznie wolniej niż kiedyś, kiedy pędziłam do przodu i ciągle dokądś biegłam, a dziś zwykle idę na końcu.., podobnie z jedzeniem – często kończę jako jedna z ostatnich:)
  • minimalizm w materii – puściłam wartość rzeczy materialnych, choć dalej niektóre lubię – kiedy są praktyczne i ładne jednocześnie:) jednak gdyby mi zniknęły, to dalej byłabym szczęśliwa, tyle, że jeszcze lżejsza:) był czas, że niektórych ludzi podziwiałam i stawiałam wyżej, bo mieli więcej pieniędzy ode mnie, a teraz to w ogóle nie ma znaczenia; żyję głównie za dar jak mnisi (ostatnio nazwałam się mniszkiem łąkowo-leśnym lub radosnym – może kiedyś założę zakon takich mniszków;))
  • rozwój duchowy – szeroko pojęty, jakkolwiek odczuwam coraz bliższy kontakt z moją Duszą, co daje mi dużo radości i lekkości:) Mój piękny umysł, kiedyś mocno analityczny, coraz częściej odpuszcza i swą pracą wspiera łączność z ciałem i duchem:) Bóg czy Natura – jakkolwiek nazwiemy tę boską energię – od dawna jest mi bliski – bardzo lubię o Niej rozmawiać z każdym, kto ma też chęć, również z tymi, którzy nie wierzą czy inaczej niż ja do tego tematu podchodzą:) Można powiedzieć, że odnalazłam Boga w sobie, uczę się widzieć Go w innych, choć czasami jest to dla mnie dalej trudne, za to kościół i religia to dla mnie obce pojęcia, miejsca i ideologie – nie mam z tym żadnej łączności.

Tych skarbów jest znacznie więcej – tak naprawdę nie do opisania jest to całe bogactwo, które uzyskałam udając się w tę podróż sprzed 9 laty.. Jakkolwiek ten czas, ten sposób życia zbliża się ku końcowi. Kiedy znajdę swoją Przystań w lesie, a może nawet puszczy, osiądę i będę tworzyć dalej mą rzeczywistość, dzieląc się sobą, swoją wiedzą i duszą z tymi, którzy staną na mej drodze chętni i otwarci na to, by wzajemnie się radować, cieszyć, bawić, kreować i iść lekko i z luzem przez życie, czyli płynąć i czerpać z tego garściami:)

Portret Duszy – prezent dla siebie na całe życie:)

Od ponad tygodnia żyję moim portretem Duszy:) Co ciekawe – najpierw sama zamówiłam sobie ten prezent, a potem zaciekawiłam nim kumpelę, która mi go sprezentowała – niesamowite! Dzięki Justa!:)

Ten portret Duszy przygotowała Daria z Mapy Przeznaczenia w oparciu o hebrajską numerologię, numerologię karmiczną oraz Kroniki Akaszy, stąd jest on niesamowity i indywidualny. Taki portret zawiera zarówno ziemskie,, jak i duchowe wyzwania, czyli lekcje, talenty, czyli możliwości i mocne strony, cele. czyli do czego dążę, co chcę w tym wcieleniu osiągnąć oraz przeznaczenie Duszy, czyli po co tu jestem, czego moja Dusza chce się nauczyć na Ziemi. Na sam koniec jest osobista wiadomość od mojej Duszy prosto z Kronik Akaszy.

Kiedy otrzymałam go późnym wieczorem tydzień temu w czwartek nie mogłam się powstrzymać, by go od razu nie przeczytać! W trakcie czytania łzy leciały ciurkiem, bo czułam jak ten przekaz jest prosto od mej Duszy do mego serca! Były tez momenty, kiedy śmiałam się w głos! Całość wzruszająca, poruszająca! Czytałam ten portret już 3 czy 4 razy razy i za każdym razem coś odkrywałam nowego, kolejny fragment zdanie zwracało moją uwagę. Przypominały mi się różne doświadczenia czy sytuacje z życia, które potwierdzały, iż idę właściwą drogą, że Dusza nie raz dawała mi informacje, które z pożytkiem wykorzystywałam, choć np. był to czas kiedy byłam bliżej swego umysłu niż Duszy. Co jakiś czas zastanawiałam się co jest moim celem w życiu, jaka jest moja misja, a ja ją już po prostu robię i robiłam.. Choćby ten blog i ostatnia decyzja, by pisać wtedy, kiedy poczuję, że chcę się czymś podzielić.. Właśnie dzielenie się swoją wiedzą, uczuciami, przeżyciami jest z jednym z moich celów i talentów jednocześnie.. Rzeczywiście jest tak, jak często się mówi: szukałam nie wiadomo czego, a to, co jest dla mnie łatwe, naturalne jest tym, co mam robić:) Większość życia oceniałam moją emocjonalność jako coś, co przeszkadza mi w życiu a jednocześnie właśnie dzięki temu rozumiem przeżycia innych ludzi i mogę czy wysłuchać czy też podzielić się swoim doświadczeniem. Początkowo pisałam „doradzić”, jednak robiłam to większość życia (i dalej, oczywiście, jeszcze mi się zdarza), jednak docelowo to się wg mnie nie sprawdza, bo to dana osoba jest ekspertem od własnego życia tak jak ja od swojego i to, co dobre dla mnie niekoniecznie jest dobre dla Ciebie w ogóle czy w danym momencie, a kiedy dzielę się moim doświadczeniem i wiedzą, to sam możesz zdecydować co Ci pasuje, co z Tobą rezonuje, co inspiruje Cię do jakiegoś działania, a co puszczasz bo na tę chwilę lub w ogóle nie jest Twoje..

Jednym ze zdań, które najmocniej mnie poruszyło, przy którym mega się wzruszyłam, było o wsparciu ze strony Rodu, a dokładniej „Twój Ród zadba o to, żeby na nic Ci nie zabrakło”.. Czyż to nie wspaniałe mieć takie wsparcie?! Nie tylko świat mnie wspiera, ale cały mój Ród – bosko!! Co za cudowna świadomość! To naprawdę niezwykłe przeczytać takie słowa..

Inna rzecz, jaka mi przyszła dziś, kiedy po raz kolejny czytałam ów portret to nazwa mojej firmy, którą prowadziłam przed laty, jeszcze zanim wyruszyłam w podróż (zamknęłam ją po roku podróży). Brzmiała ona tak: Centrum rozwoju potencjału osobistego Harmonia, a moim celem ziemskim jest stać się zrównoważoną w każdym aspekcie życia i doświadczyć m.in. harmonii, natomiast celem duchowym jest m.in. powrócić do siebie w pełni swojego potencjału oraz pomóc innym dojść do równowagi tak, jak sama do niej doszłam.. Dodatkowo wspomnę, iż praktycznie zawsze pracowałam i odwoływałam się do swojego doświadczenia, czyli dzieliłam się sobą, swoją wiedzą i doświadczeniem..

Przy okazji czytania książki „Siła czy moc” Davida Hawkinsa spotkałam się z takim zdaniem (którego sens można znaleźć w wielu pozycjach): Rób to, co lubisz robić najbardziej i czyń to najlepiej, jak potrafisz. Nieraz wypisywałam sobie listę co lubię robić w różnych celach, jednak wówczas zadałam sobie pytanie: co lubię robić najbardziej? i doszłam do wniosku, że rozwijać się duchowo, a w portrecie przy okazji opisywania ziemskich celów padła informacja, iż będę zainteresowana rozwojem osobistym i duchowym.. Zresztą rozwój duchowy w jakiejś postaci pojawił się praktycznie w każdym z punktów:)

Poszła też taka informacja, iż nieraz wybierałam wcielenia, gdzie miałam dostęp do wiedzy, zarówno logicznej, jak i metafizycznej. Od zawsze lubiłam się uczyć i nauczać. Pierwsze, najmocniejsze wspomnienie taty o mnie z dzieciństwa to było takie, iż do przedszkola chodziłam z książkami (czytałam sama jako chyba 4latka), a któregoś dnia wzięłam plecak i chciałam wyjść z domu – do szkoły, jak odpowiedziałam zaskoczonym rodzicom.. Miałam wówczas 6 lat, a szkoła była od 7 roku życia.. Książek i kursów przerobiłam dotychczas całe mnóstwo i dalej jestem otwarta na wiedzę, głownie duchową i ezoteryczną, jak na dziś:)

Całe życie miałam mnóstwo męskiej energii i wydawało mi się, że mało kobiecej. Kiedy jednak mocniej się sobie przyjrzałam i podoświadczałam, to zmieniłam zdanie. Mi nie tyle brakowała kobiecej, ile harmonii pomiędzy energią kobiecą i męską.. To szczególnie mocno odczułam w trakcie warsztatu dla kobiet „Wiedźma. Ta, która wie”. Pamiętam, jak któregoś dnia huśtałam się w hamaku i on bujał się na zmianę albo na boki, albo do przodu i tyłu – wtedy poczułam w sobie harmonię i siłę obu tych energii we mnie. I podobny przekaz dostałam teraz w tym portrecie:)

Ten portret pozwolił mi na pełniejsze zrozumienie siebie, a przede wszystkim na docenienie siebie i tego, co do tej pory zrobiłam.. Bywało różnie (i dalej jest) – dotknęłam bardziej lub mniej wielu negatywnych swoich aspektów. Nie zawsze szłam w zgodzie ze sobą, słuchając siebie w pełni, jednak teraz jestem na dobrej drodze. Zastanawiałam się nad moją misją, a ja już ją wypełniam:) Już nie potrzebuję szukać, tylko docenić to, co mam i dalej się rozwijać, doskonalić, jednoczyć z Duszą i dzielić się swoim doświadczeniem, przeżyciami, wiedzą z innymi ludźmi:) Mój blog nabiera większego sensu:) Moja książka o mej podróży (na razie w rękopisie:) nabiera większego znaczenia:)

Zachęcam każdego do zrobienia sobie (i swoim dzieciom) prezentu na całe życie – portretu Duszy:) To naprawdę niezwykły cudowny dar:) Zapraszam Cię na stronę Darii i podjęcia decyzji zgodnej z własnym sercem:)

Jestem szczęściarą!

Do takiego wniosku doszłam wczoraj po wykonaniu pewnego ćwiczenia, co nastroiło mnie pozytywnie, tchnęło nową energię i zainspirowało do napisania tego wpisu:)

Ćwiczenie, które zainicjowało dzisiejszy mój kontakt z Tobą, jest wizualizacją w ruchu, stworzoną przez Dorotę Jesiołowską – Sołoduchę i pochodzi z kursu „Złam kod zarabiania” o archetypach finansowych, które, swoją drogą są ciekawą koncepcją. Wracając do ćwiczenia. Dorota zadaje w nim kilka pytań, które, szczerze mówiąc, znałam i nieraz je robiłam dotyczących celu, wartości i priorytetów w życiu w momencie, kiedy ma się nieograniczoną ilość pieniędzy (kiedyś wydawało mi się że to brak odpowiednich funduszy nie pozwala mi się w pełni realizować..), kilka lat przed śmiercią i kilka dni przed śmiercią – nieraz się słyszy, jak ktoś przewartościował swoje życie w momencie usłyszenia, ze zostało niewiele czasu lub żałuje, że skupiał się na czymś innym, a przecież ważne było… i tu każdy może wstawić sobie to, co mu przychodzi. Poniżej są te 2 pytania, które co jakiś czas sobie zadaję:

  • Gdybym miała nieograniczoną ilość pieniędzy na wszystko, czego na co dzień potrzebuję, jaki byłby mój cel w życiu? Co bym robiła? Gdzie była? Czy dalej robiłabym co robię czy coś innego?
  • Mam przed sobą 3 lata/pół roku/tydzień do śmierci – jak wtedy wygląda moje życie? Jak spędzam te ostatnie lata/miesiące/dni? Z kim? Co robię, a czego nie? Co jest dla mnie ważne?

Jak już wspominałam co jakiś czas zadaję sobie te pytania, by sprawdzić, czy to, co robię, gdzie jestem, z kim, jest tym, co mam robić czy jednak potrzebuję coś zmienić. Ostatni raz zadawałam je sobie kilka lat temu, kiedy jeszcze byłam na etapie chęci kontynuowania podróży i fajne było to, iż czułam się na właściwym miejscu w danym momencie.

Obecnie jest inaczej w sumie można powiedzieć z dwóch powodów. Pierwszy to taki, iż od jakiś dwóch lat jestem w decyzji, by osiąść, tyle, że płynę z prądem życia i osiądę w momencie, kiedy zawoła mnie miejsce czy człowiek, a na razie osiadam na chwilę:) Widzę siebie na werandzie małego, drewnianego domku w lesie, a jednocześnie realnie na dziś nie mam go. Drugi to taki, iż od jakiegoś czasu skupiona jestem na znalezieniu Dharmy – misji swojego życia, a jednocześnie zajęcia, poprzez który realizowałabym siebie i dzieliła się swoją wiedzą i doświadczeniem, kiedy już osiądę. Stąd m.in. kurs Dharma z Agni – Ajurweda czy Złam kod zarabiania u Doroty. Od jakiegoś czasu, jak siebie pytam, co chcę w życiu, to moja odpowiedź brzmi: chcę po prostu BYĆ, po prostu ŻYĆ tu i teraz, CIESZYĆ SIĘ ŻYCIEM, codziennością, nic konkretnego… I choć co jakiś czas rozmyślam, jaki ważny cel mam do zrealizowania, co mam robić czym się dzielić, to tylko pojawia mi się obraz, a raczej czucie, jak siedzę na werandzie mego drewnianego domku i patrzę przed siebie: na drzewa, motyle, trzmiele, naturę.. Ewentualnie – w hamaku na werandzie lub pomiędzy drzewami…:) I kiedy wczoraj zrobiłam sobie tę wizualizację od Doroty to za każdym razem – nieważne, czy miałam pieniędzy w bród czy byłam kilka lat czy dni przed śmiercią – pojawiało mi się że jestem.. jestem blisko siebie, jestem z bliskimi mi osobami, jestem blisko natury i to jest mój cel, moje wartości i ja już to teraz realizuję i mogę dziś po prostu odejść.. Jedyne, co mogę zmienić teraz to mieć większy dystans do siebie i jeszcze mniej przejmować się różnymi tekstami – po prostu nie brać ich do siebie lub je pominąć być obok lub ponad to, bo to jest nieważne, nie ma znaczenia.. Lepiej zaśmiać się, cieszyć się chwilą i po prostu BYĆ:) Poczułam, że nie potrzebuję szukać czy znaleźć jakąś dharmę, misję – na dziś już ja realizuję:) Domek z werandą będzie cudownym miejscem, jednak nie stanowi o moim BYCIU. Zdecydowanie wolę BYĆ niż mieć. I poczułam, że jestem szczęściarą – że słucham siebie, ze idę swoją ścieżką a jeśli mam coś jeszcze zrobić, to po prostu się pojawi w odpowiednim czasie.. Jakkolwiek BYCIE jest ponadczasowe – by mieć czas na to, co ważne dla ważnych ludzi, na radość, zabawę, napawanie się naturą, delektowanie jej i zwykłej – niezwykłej codzienności.. Kiedyś o tym zapominałam, pędziłam za tak naprawdę nie wiadomo czym i brakowało mi czasu na mnie, na moja duszę, na bycie z każdym, z kim spotykałam po drodze.. Nie powiem, że w ogóle nie miałam czasu dla ważnych dla mnie osób, bo to zawsze było ważne, jakkolwiek przez większość czasu miałam poczucie pędzenia… Tak, jestem ogromną szczęściarą:)

A przed chwilą słuchałam webinaru Marii Nowak – Szabat nt. „Mity i kity na temat odchudzania” i w trakcie poczułam, że też od strony ciała jestem szczęściarą:) Można powiedzieć że jestem po połowie Pittą i Kaphą z małą domieszką Vaty, co daje mi szczupłe ciało z mocnymi kościami, grubymi włosami, mocnymi fajnymi paznokciami, grubą skórą, dzięki której dalej wyglądam młodo, a raczej młodziej, bo dalej jestem młoda:) To właśnie Kapha daje długowieczność, młody wygląd i dobre zdrowie z tendencją do nadmiaru, czyli tycia, czego jednak u mnie nie ma dzięki obecności Pitty, która daje mi jędrność skóry, sympatycznie umięśnione ciało i dobry ogień trawienny:) Wszystko, co najlepsze, z każdej doszy – niesamowite:) Jestem szczęściarą, a dzięki temu w tym wcieleniu mogę bardziej skupić się na rozwoju ducha:) Oczywiście – dbam o świątynię mej duszy, bo co dostałam mnie wpiera, jednak gdybym nic nie robiła, a wręcz przeciwnie, to posmakowałabym innych uroków Kaphy w nadmiarze:)

Kiedy zapomnę, ile darów mam, że jestem szczęściarą, to przeczytam sobie ten wpis: ku pamięci))

Mała śmierć – duża zmiana

Dziś wydarzyło się coś co zmieniło moje podejście do tego bloga. Po prostu moja strona niespodziewanie została zablokowana i zniknęła.. Jeszcze wczoraj pisałam wpis, strona normalnie się otwierała, a tu nagle nie mogę zapisać wpisu, a kiedy wchodzę na bloga – tekst sugerujący, że strona nie istnieje.. Ta chwila kiedy przez moment zastanawiałam się, co dalej – czy będę miała do czego wrócić uświadomiła mi kilka rzeczy.

Po pierwsze ważna była moja reakcja – trochę zaskoczenie, w sumie spokój i akceptacja. To dla mnie o tyle ważne że często w takich sytuacjach reagowałam niepokojem i złością – to dla mnie potwierdzenie zmian, jakie zachodzą we mnie. Z drugiej strony kiedy dotarło do mnie, że mogę jej nie odzyskać, to najpierw poczułam ulgę i na swój sposób ucieszyłam się, bo czasami zastanawiam się, czy powadzenie tego bloga ma w ogóle sens.. Niewiele osób ją na dziś odwiedza, a komentarze w 99 % zostawiają roboty.. Inspirację do założenia tego bloga, jak i jego utrzymania dostaję od moich Mistrzów poprzez Kroniki Akaszy. Nawet miałam myśli, żeby oddali mi pieniądze które w tym miesiącu zapłaciłam za kolejny rok utrzymania domeny i serwera. Jakkolwiek po chwili poczułam, że gdyby wszystko co do tej pory stworzyłam, by naprawdę zniknęło to jednak dałabym sobie ponownie szansę i na nowo – już trochę inaczej – poprowadziłabym tęczowego motyla, by rozwinął skrzydła, a ja razem z nim. Tu dla pełniejszego zrozumienia dodam, iż ja zdecydowanie cenię i wolę kontakt osobisty, na żywo z drugim człowiekiem. Dla mnie bycie w necie i obcowanie z komputerem jest obciążające. Doceniam bardzo jedno i drugie – choćby w ostatnich 9 miesiącach uczestniczyłam w wielu inspirujących kursów on-line i jak ktoś to czuje, może zrobić wiele cudnych rzeczy i jeszcze wspaniale na tym zarobić jednak to nie motywuje mnie do bycia w necie, szczególnie jak teraz wiosna w rozkwicie i robi się coraz cieplej.. Teraz mam raczej ruch od niż do netu i komputera.. Kręgi kobiet, w których uczestniczyłam i uczestniczę on-line, tylko mnie utwierdziły, iż zdecydowanie wolę formę na żywo w kontakcie i kiedy już osiądę chętnie zorganizuję coś, by móc poczuć kobiecą energię obok siebie:)

Robiąc relacje z realizacji mojego wyzwania „Od złości do radości” ostatnio poczułam, iż chcąc wspomnieć o różnych ważnych wydarzeniach, które wydarzyły się w danym czasie, nie wgłębiam się, tylko właśnie wspominam.. Zabrakło mi głębi.. I to miało jakiś sens, by móc po roku zobaczyć na ile co zrealizowałam, jednak to chyba cały czas mój umysł tego potrzebuje.. Dziś poczułam, iż chyba zrezygnuję z tych co tygodniowych (choć ostatnio to co dwutygodniowych) relacji – chyba wolę napisać coś rzadziej, o jednym czy dwóch doświadczeniach a jednak wejść głębiej w swoje przeżywanie czy refleksje i pisać o nich na bieżąco, a nie po jakimś czasie w formie krótkiej wzmianki, która brzmi jak „zaliczyłam”.. W ten sposób czuję, że mogę częściej dotknąć swojego serca i duszy, a może przy okazji czyjegoś.. Co kogo obchodzą co zrobiłam, a czego nie.. Nie potrzebuję nikomu nic udowadniać, a w pamięci i tak najmocniejszy ślad zostawią uczucia, doświadczenia, przeżycia, a nie spis, co zrobiłam, a co nie, a tak to trochę wyglądało przy pisaniu tych relacji.. Co najmocniej wywrze na mnie wpływ, to będę o tym pamiętać i po latach..

Chcę też mniej wstawiać zdjęć. Napiszę szczerze, że taki wpis ze zdjęciami to dla mnie ogromny wysiłek.. Samo utrwalanie boskich stworzeń jest fajne o ile mam przy sobie aparat fotograficzny (nie używam smartfona), a tego nie zawsze chce mi się brać, bo to zmienia spokojny, leniwy spacer w aktywność.. Jakkolwiek jak już zdecyduję się robić zdjęcia, jest to przyjemne, szczególnie jak się udadzą ujęcia i ich jakość:) Tyle, ze łatwo się takim sprzętem robi nawet kilkaset zdjęć w stosunkowo krótkim czasie.. Nie to co za czasów kliszy, kiedy sama klisza ograniczała ilość zdjęć.. Jednak potem trzeba te zdjęcia przerzucić na kompa, przejrzeć, wykasować, zmniejszyć rozmiar i wrzucić na bloga.. To często jest ponad moje możliwości psychiczne, by tyle czasu spędzić przy laptopie.. Może dla ciebie brzmi to nawet absurdalnie, kiedy „każdy” ma dotykowy telefon, siedzi na co dzień w komórce przeglądając stronę za stroną.. Dla Ciebie to może normalność, dla mnie nie.. Wolę dotykać kwiaty, drzewa, mojego psa, drugiego człowieka, ziemię i to zdecydowanie! Stąd trudno mi dzielić się moim widzeniem natury i jej cudów, choć jednocześnie bym chciała. Jednak ważne, bym robiła to z lekkością i radością więc wolę zrobić to rzadko, z opóźnieniem w stosunku do daty utrwalenia czegoś pięknego, by mieć w danym momencie fun i zabawę z tego:))) Pewnie w końcu wypełnię galerię zamiast tworzyć wpisy:)

Na tę chwilę czuję więcej lekkości i radości na myśl o tworzeniu na blogu:) Mam tez motywację, by zmienić rozmiar zdjęć w pierwszych wpisach, bo nie potrafiłam wtedy ich zmniejszać a nie zdawałam sobie sprawę, jak są duże, ile miejsca zajmują i blokują i co ważne – jak to może utrudniać ich przeglądania przez Ciebie, mój Czytelniku:)

Czasami musi coś umrzeć, by mogło powstać coś nowego:) Śmierć to zmiana postaci, nic więcej:) Czas na NOWE!

MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ!

30 i 31 tydzień – płynę z nurtem rzeki życia – relacja

No i sobie płynę – boskie uczucie:)) Właśnie „dopłynęłam” do Warszawy – niespodziewany wyjazd, jak na razie cudowny:) Miałam wspaniałą podróż 1 klasą z 2 sympatycznymi pasażerami i z dwoma boskimi kotami – sfinksami: Blue i Gają:) Miałam w ten sposób okazję dłużej z nimi pobyć, zanim przejął opiekę nad nimi ich właściciel:) Cudowne, że miałam możliwość pobyć z nimi w sumie około miesiąca – naprawdę niezwykłe istoty:) Bije od nich spokój i mądrość. No i są nagie, tak po prostu. Jak to byłoby super, gdybyśmy, my – ludzie też mogli po prostu chodzić nago – ktoś chce – bez żadnych podtekstów.. Pamiętam scenę z jednego filmu gdzie zł bohater płynie rzeką czymś w rodzaju kanoe i dopływa do brzegu, na którym przy ognisku siedzi para. Obydwoje półnadzy, co w przypadku chłopaka nie budzi zdziwienia. Dziewczyna początkowo przyciąga uwagę przybysza, jednak zachowuje się tak naturalnie iż ten, jak również widz zapomina, że ona jest pół naga i to było cudowne móc to obserwować! Sama otwieram się na nagość – jest za dużo kontrowersji i nakręconej energii wokół tego.. I tak popłynęłam z tematem i wiesz co – to jest fajne!!

Mam przed sobą weekend z moją siostrą, co mnie bardzo cieszy:) Jest tez niespodziankowy, bo choć planowałam i na luzie umawiałam się z nią, że wpadnę w któryś weekend, jakkolwiek wyszło, że wpadłam szybciej niż myślałam na prośbę kumpeli – by przewieźć te boskie koty:) A siostra z różnych względów osobistych nie mogła się ze mną umówić konkretnie. I tak jestem i nie wiem do kiedy – jak niespodzianka, to na całej linii:)) Fajna jest taka nieokreślona przyszłość – wtedy, kiedy ma się na nią otwartość:) Często niesamowite rzeczy się wydarzają i zwykle dostaję więcej niż gdybym to zaplanowała. Jestem teraz na fali czytania „Transerfingu rzeczywistości”, o którym piszę już kolejny raz i to dodatkowo ładuje mnie pozytywnie i buduje zaufanie do wszechświata, do tego, co się wydarza. To jest głównie pożywka dla mojego umysłu, który dostaje wyjaśnienie różnych informacji, powielających się w wielu źródłach duchowych a jednocześnie moja dusza wycisza się i napełnia spokojem i pokojem:)

W międzyczasie przeżyłam w sumie 2 tygodnie z moim tatą w atmosferze ciepłej i sympatycznej z elementami prawdziwej relacji córka – ojciec, co od lat się nie zdarzyło – to napełniło moje serce:) I usłyszałam 2 razy „córciu” i poszliśmy razem do bistro na obiad:) Takie proste rzeczy a jaką mają dla mnie wartość..

Zakończyłam 6 – tygodniowy proces jako „Podstawy szamanizmu” z Robertem Rientem, co było niezwykłym czasem, a spotkania pełne miłości, ciepła, szacunku wolności.. Stworzyłam mój pierwszy rytuał w kręgu, co było cudownym przeżyciem, choć nie zostałam zabrana przez duchy opiekuńcze w „szamańską podróż ” – pewnie jeszcze nie jestem gotowa jakkolwiek cieszy mnie to, iż odpuściłam na poziomie umysłu, że mi nie wychodzi i inne oceny.. Po prostu „jest jak jest”, otwieram się na to, co jest, a nie co mój umysł wymyślił. Podoba mi się definicja szamanizmu wg Roberta – szacunek do każdej istoty.. Tego na co dzień brakuje, sama się tego uczę każdego dnia..

To, co dla mnie ważnego przydarzyło się w ostatnim czasie to, to iż kolejne słowo wyeliminowałam ze swojego słownictwa: komentarz „bez sensu” i ponownie rozpoczęłam wyzwanie zaprzestania komentowania i wydawania ocen zarówno w myślach, jak i słowach. Mam bransoletkę, którą przekładam z jednej ręki na drugą, gdy tylko coś w tym rodzaju złapię w swej głowie lub na języku – cudownie, jeśli mi się to uda! Czuję ogromną różnicę pomiędzy sobą teraz a kiedyś w tym zakresie, a jednak dalej jest tego za dużo (niezależnie ile by było dopóki to jest:) Bo jakim prawem wypowiadam się jako mądralińska w sprawie która nijak mnie dotyczy?! To ja najlepiej wiem co dla mnie jest najlepsze a ktoś, Ty – o sobie, nikt inny, niezależnie co się tym innym wydaje czy mi o innych.. Inne słowa, których już od dawna nie ma w moim słowniku to: muszę – teraz chcę, robię to lub rezygnuję z robienia czegoś bo to słowo pokazuje zewnętrzną motywację, a nie moją; powinnam – to słowo niesie w sobie poczucie winy, a z tego uczucia uczę się rezygnować, bo ściąga w dół, a nie podnosi na duchu teraz jest mogę lub nie chcę w zależności od sytuacji; strasznie – niesamowite jak to słowo wkradło się i w wielu filmach czy książkach pojawia się w tłumaczeniu, choć na pewno w oryginałach nie ma wyrażenia „strasznie fajnie” czy „strasznie mi się podoba”! U mnie jest po prostu słowo „bardzo” – bardzo fajnie czy bardzo mi się podoba:)

Dalej kontynuuję 40-dniowe wyzwanie codziennych 40 minutowych medytacji, choć chyba zmniejszę czas do pół godziny.. . To dla mnie trudne, a już wydawało mi się, że dam radę, bo często po postu mam pustkę w głowie, bez natłoku myśli.. A jednak kiedy siadam do medytacji w ciszy mój umysł zaczyna intensywnie przemyśliwać coś, co się w stosunkowo niedawnym czasie wydarzyło.. Nie jest to natłok myśli i nie ma, że jakiś temat jak natrętna mucha powraca a jednak trudno mi się wyciszyć i pogadać z duszą.. Zupełnie jest inaczej, kiedy po prostu się wyciszam czy medytuję w prowadzonej medytacji – wtedy mój boski umysł koncentruje się na głosie i nie lata na kilku poziomach.. A jednak, kiedy intencjonalnie medytuję by pobyć w ciszy, to rozmawiam sama ze sobą.. :)) Najbardziej dotykam duszy na łonie natury czy jak czytam coś duchowego co ze mną głęboko rezonuje:)

To najprawdopodobniej ostatnia tego typu relacja a la cotygodniowa – czego nie spodziewałam napisać wczoraj kiedy zaczęłam pisać ten wpis jednak przed chwilą wydarzyło się coś, co zmieniło moje podejście do tego bloga – on mi zniknął.. Mała śmierć – duża zmiana – napiszę o tym w kolejnym wpisie.. Będę pisać, jednak inaczej – tak mi się wydaje:) A dalej idę swoją ścieżką, jestem sobą i Tobie życzę tego samego:) Ostatnio w ramach ćwiczenia, które zaproponowała Dorota Jesiołowska – Sołoducha w Złotym Kręgu, stworzyłam nową samospełniającą się przepowiednię na mój temat: Będąc sobą buduję głębokie i autentyczne relacje z innymi ludźmi. I tu jeszcze tylko mały wtręt. Robiąc inne ćwiczenie od Doroty uzmysłowiłam sobie ogromny swój postęp: bez problemu w szybkim czasie wypisałam 50 pozytywnych swoich stron, co jeszcze kilka lat temu byłoby niemożliwe:) Hurra!!! Rozwijam się i z każdym dniem coraz bardziej się akceptuję taką, jaką jestem:)