Archiwum kategorii: Natura

Pająki – od arachnofobii do ciekawości

Miało być o pająkach i grzybach, których we wrześniu pełno w lasach, jednak mam tyle zdjęć jednych i drugich, że postanowiłam każdemu poświęcić jeden oddzielny wpis:) A już znalazłam połączenie pomiędzy nimi, że zarówno pająki, jak i grzyby tworzą sieci.. Tak więc dziś skupię się na pająkach i ich sieciach:)

Jeszcze rak temu, maksymalnie dwa, gdyby ktoś powiedział, że będę pisać i fotografować pająki, to bym powiedziała, że nigdy w życiu! Od dziecka bałam się bardzo pająków. Pamiętam, jak miałam może 5 lat i szłam sobie przez takie nieużytki pełne pagórków, zarośnięte trawą i kwiatami. Było to w mieście, blisko bloków. I kiedy tam szłam, to nagle wręcz odbiłam się od sieci pajęczej, na której na samym środku siedział ogromny dla mnie wówczas pająk – krzyżak.. Byłam przerażona! Potem w wakacje byliśmy na Mazurach u rodziny na wsi i kilkakrotnie widziałam duże, czarne, wręcz granatowe pająki, które widziałam tylko tam. Na pewno to, że byłam wtedy małą dziewczynką sprawia, iż rosły w moich oczach.. Przypomniało mi się jeszcze, jak oglądałam „Pszczółkę Maję” – tak się bałam Tekli – pająka, że chowałam się za wersalkę i patrzyłam przez palce, którymi zasłaniałam sobie twarz.. Wrzeszczałam wniebogłosy, kiedy jakikolwiek pająk, nawet malutki znalazł się w obrębie mojego wzroku! Kazałam mamie, a potem innym osobom zabijać je, bo ja sama nie byłam w stanie – tak się ich bałam! Nie byłam w stanie nawet oglądać i dotykać zdjęć z pająkami – szybko przerzucałam, by ich nawet nie zobaczyć.. Jeszcze w 2013 roku, kiedy spałam u kumpeli i nagle przemknęło coś, co wydawało mi się pająkiem, fakt faktem sporym (choć najprawdopodobniej była to mysz, której w ogóle się nie boję), to zeszłam na dół i poprosiłam, bym mogła spać w innym pokoju, bo nie byłam ze strachu zmrużyć oka..

Wszystko powoli zaczęło się zmieniać właśnie w 2013 roku w maju, kiedy dostałam znaki, że mam iść szlakiem św. Jakuba. Wtedy dotarło do mnie, że idąc i śpiąc w różnych miejscach będę mieć do czynienia z pająkami. Z drugiej strony przyszła mi taka myśl, iż gdybym miała jakiegoś malutkiego pająka pod codzienną obserwacją, to nawet nie wiem, kiedy on by urósł, a ja stopniowo bym się z nim oswajała.. Od tamtej pory Anioły co chwila zsyłały na mnie małe pajączki, które wpadały na mnie ze wszystkich stron i chodziły po mnie. Bardzo mnie to rozśmieszyło i rozluźniło:) Zaczęłam być ciekawa pająków: obserwowałam je i ich sieci, ale tylko na odległość i małe pająki. W styczniu 2014 roku zamieszkałam w tzw. zamku Gargamela (nazwa wymyślona przez sąsiadów ze względu na specyficzny kształt domu) w Zbicznie – wiosce nad jeziorem. Wokół pełno było drzew – mieszkałam praktycznie w lesie, stąd i pająków było całkiem sporo, i to sporych rozmiarów! Pierwszego większego pająka własnoręcznie ubiłam, co i tak było postępem.. Jeszcze większym było to, że wiele mniejszych pająków mogło przy mnie funkcjonować. Z czasem te większe wynosiłam na zewnątrz, wsuwając pod nie kartkę i zasłaniając kubkiem. To w moim życiu była rewolucja! Od tamtej pory przy mnie pająki żyją, część wynoszę na zewnątrz, jakkolwiek już się nie wzdrygam na ich widok. Nie chciałabym, by jakiś pająk po mnie chodził, jednak jestem dumna ze zmiany nastawienia do tych stworzeń:) Jakkolwiek zaskoczona jestem tym, że któregoś dnia we wrześniu, chodząc na codzienne spacery na Podlasiu i wpadając na sieci pająków, poczułam, by poświęcić im wpis, a jednak:) Bardzo się z tego cieszę, a jak oglądam zdjęcia, to bardzo się cieszę z tej decyzji:) Zresztą – podziwiajcie sami:

Miałam ciekawe doświadczenia z pająkami, jak zaczęłam od początku września chodzić na spacery. Szłam szeroką aleją główną, a potem zbaczałam w jakąś ścieżkę w bok. Na nich co i rusz wpadałam na pajęcze sieci, stąd byłam uważniejsza, aż w końcu zaczęłam chodzić z kijem, machając nim przed sobą, byle tylko nie dać się złapać:) Jeśli tylko zauważyłam lub wyczułam poprzez kija, że jest pajęczyna, jak tylko mogłam tak staram się przejść, by jej nie zerwać, choć raz czy dwa się nie dało – były centralnie na środku drogi. A raz pająki mnie zaskoczyły. Idę sobie tą główną szeroką ścieżką, po której rzadko, ale jednak czasami przejedzie samochód. Rozmawiałam przez telefon i nagle na najszerszym odcinku – zobacz zdjęcie poniżej – wypatrzyłam sieć! Oczywiście nie była szeroka jak droga, tylko z boku – po prostu jedna czy dwie nici szły na drugą stronę. Jakkolwiek tu się tej pajęczyny zupełnie nie spodziewałam!

Czasami jedyny sposób, by je zobaczyć, to znaleźć odpowiednie tło:) Tu na tle nieba:

a tu na tle drzew – udało się go złapać w trakcie posiłku:

Czasami nie widziałam pająka, a efekty jego obecności:

Udało mi się złapać pająka naprawiającego swoją sieć:

Często w lesie nie widać pająka, jednak widać jego obecność poprzez wiszące w powietrzu kawałki roślin, jak np. liść:

Dwa lata temu poznałam pięknego pająka, jedynego jadowitego w Polsce – tygrzyka. Wygląda jak osa, a jego sieć ma charakterystyczny „zamek”, wzmocnienie sieci biegnące od środka do dołu w kształcie zygzaka. Można go spotkać na łąkach – raczej nisko na wysokości nóg, a tym razem znalazłam go na sośnie:

Chodząc codziennie tą samą ścieżką, zauważyłam, że pająki znikają – następnego dnia nigdy ich nie było w tym samym miejscu. Z tego też powodu, kiedy zdecydowałam się iść na sesję z aparatem poprosiłam pająki, by były na mej drodze – bym miała komu zrobić te zdjęcia:) No i były! Ciekawe, że już od następnego dnia coraz mniej spotykałam na drodze – gdybym poszła na sesję 3 – 4 dni później nie miałabym żadnego materiału na ten wpis..

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna – od kosmetyków sklepowych do substancji naturalnych

Dziś chciałabym się z Tobą podzielić moimi drogą, która, podobnie jak moja droga życiowa, prowadzi od tego, co masowe, powszechne do swoistej, indywidualnej ścieżki – jedno z drugim jest mocno powiązane. Ponad 8 lat temu mieszkałam w mieście, jadłam gotowe, przetworzone jedzenie, co i rusz kupowałam nowy ciuch i nowe buty, a swą wartość widziałam poprzez materię i pieniądze. Podobnie było z kosmetykami – miałam ich sporo: kremy do twarzy, balsamy do ciała, szampony, odżywki.. Sporo też miałam kosmetyków kolorowych, choć tak naprawdę rzadko się malowałam. Wszystkiego miałam za dużo…. Półki w regale były ciężkie od książek i papierów, w garderobie wieszak na wieszaku, aż się uginało, a w łazience – pełno buteleczek i pojemników.. Dziś moja podstawowa kosmetyczka na co dzień jest taka, jak na tytułowym zdjęciu i zawiera: macerat olejowy, ocet, naturalny szampon ziołowy i glinkę bentonitową, zgodnie z ajurwedyjską zasadą, iż kosmetyki mają być jadalne.

Pierwszy puściłam balsam do ciała, choć początkowo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Moje nogi wysuszały się po kąpieli, a skóra na całym ciele ściągała się aż do bólu.. Jednak – to był efekt uzależnienie skóry od kosmetyków, bo już po 2 tygodniach nieprzyjemne odczucia zniknęły, a skóra odzyskała naturalną sprężystość. Powiem więcej – po latach nieużywania sklepowych kosmetyków nawilżających do ciała moja skóra jest gładsza i bardziej miękka teraz niż wtedy.. W roku szkolnym 2017/18 robiłam ajurwedę na GWSH w Katowicach (https://www.gwsh.pl/studia/studia-podyplomowe-ajurweda.html – polecam:), gdzie dostałam mnóstwo inspiracji. Rok wcześniej będąc na Eulu (http://www.eul.grzybow.pl) zaciekawiłam się ziołami i zrobiłam pierwszy macerat olejowy z nagietka. Na ajurwedzie poznałam olej sezamowy – uniwersalny dla każdej doszy i od tamtej pory co roku robię sobie jakiś macerat z tego oleju: z płatków róży, jaśminowca, w tym roku z dziurawca oraz miętowo – szałwiowy. Do czego go wykorzystuję? Do masażu, automasażu, do nawilżenia jakiejś części ciała, kiedy poczuję czy olejowania twarzy oraz włosów. No i oczywiście do jedzenia – można na nim smażyć:) Ten ostatni zrobiłam w konkretnym celu: do codziennego ssania oleju, co oczyszcza po nocy buzię (w sensie jamy gębowej:) z wszelkich nagromadzonych tam toksyn. Kiedyś dziwiłam się, jak ktoś mył zęby zaraz po wstaniu z łóżka, a wtedy zrozumiałam tego sens, choć ssanie jest efektywniejsze. Taki macerat przechowuję w ciemnych butelkach, a z sobą wożę w małej 100 ml butelce.

Następnie przyszła kolej na moje włosy. Odpuściłam zarówno szampon, jak i odżywki. Miałam krótkie włosy i postanowiłam spróbować myć je tylko wodą. To się super sprawdziło przez długi czas, dopóki włosów nie zapuściłam, a mam je bardzo gęste. Sama woda przestała mi wystarczać, choć myślę sobie, że może po prostu za rzadko je moczyłam. Przy krótkich włosach przestawiłam się na mycie raz w .. miesiącu. Możliwe, że moje długie i gęste włosy po prostu potrzebują częstszego moczenia. To są przemyślenia na dziś, bo od około 4 lat sprawdzam różne naturalne sposoby mycia włosów. Długi czas myłam wodą z sodą. Sprawdziłam też mycie mąką żytnią (tylko musi być bez łusek, bo potem zostają we włosach..) – zarówno bezpośrednio na skórą, jak i w roztworze z wodą – na razie żaden z tych sposobów nie sprawdza się w pełni przy moich włosach. Mam jeszcze pomysł umyć je kiedyś glinką bentonitową. Na dziś od roku używam szamponu pełnego ziół od Agi z Zielskiej Kolonii, o której więcej informacji znajdziesz a moim poprzednim wpisie https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=336&action=edit. Jest ok, aczkolwiek jak już osiądę znajdę inny sposób na moje włosy:)

Dodam jeszcze, że będąc na psychotronice od jednej z prowadzących dostaliśmy przepis na odżywkę na włosy, jaką stosują Hinduski na swoje cudne włosy. Ja kilka razy ją wypróbowałam i bardzo ją lubię. A przepis jest prosty – zawiera 4 składniki: jajko, olej, jogurt (mleko) oraz miód:)

Na koniec mycia płuczę włosy chłodną wodą z octem własnej produkcji, np. z rzepy lub jaki mam pod ręką. Octu też używam na różne sposoby: do płukania włosów, picia rano na czczo powerdrinka (na noc nastawiam szklankę wody z 1 łyżeczką miodu, rano dodaję 1 łyżeczkę octu), a latem na co dzień piję wodę z octem, która jest pyszna i zdrowa:)

Jeszcze do niedawna do czesania włosów używałam plastikowej szczotki, którą kupiłam kilka lat temu. Rok temu Aga z Zielskiej Kolonii zainspirowała mnie drewnianym grzebieniem, który kupiła od Ukraińców. Chciałam, by kupiła mi podobny, jednak od tamtej pory nie było okazji. I tak upłynął rok. W połowie lipca byłam na warsztatach białego śpiewu, o czym pisałam tutaj: https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=406&action=edit, gdzie na Giełdzie Twórców dzieliłam się tym tematem (co zresztą było inspiracją do napisania o tym na blogu:). Tam jeszcze miałam ową plastikową szczotkę. Po powrocie postanowiłam to zmienić i okazało się na internecie, że są dostępne drewniane grzebienie z przynajmniej 2 drzew: bukowego i drzewa neem, który był 3 razy droższy od pierwszego, jednak po poczytaniu o właściwościach poczułam, że właśnie jego chcę:) Oto mój grzebyk:

Grzebień z drzewa neem (inaczej z miodly indyjskiej) ma według producentów takie właściwości:

  • ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho, jak i mokro, nie uszkadzając struktury włosa,
  • umożliwia równomierne rozprowadzenie odżywek,
  • pobudza wzrost włosów – mam nadzieję:),
  • zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi,
  • nie elektryzuje włosów – rzadko i delikatnie, jednak zdarza się,
  • nabłyszcza i wygładza włosy,
  • jego dotyk jest znacznie delikatniejszy i nie podrażnia skóry głowy lub brody podczas czesania.

Od 2016 roku eksperymentuję z różnymi substancjami do mycia zębów. Swą przygodę w tym zakresie rozpoczęłam od mieszanek z olejem kokosowym, do którego dodawałam a to sody oczyszczonej, a to kurkumy czy węgla. Z każdej mieszanki byłam zadowolona, jednak ostatecznie zrezygnowałam z oleju kokosowego po opowieści jednej z mych znajomych. Lutka wraz z grupą dzieci przedszkolnych była na wizycie w oczyszczalni ścieków. Okazało się, że to z czym jest im najtrudniej sobie poradzić, co najbardziej zanieczyszcza ścieki, to 3 rzeczy: antykoncepcja (to już indywidualna decyzja kobiet i/lub par), tłuszcz i włosy. Od tamtej pory nie wrzucam włosów do kibla, co robiłam, bo nie byłam świadoma konsekwencji – dla mnie to było kilka włosów, jednak rzeczywiście one nieźle zapychają, co większość osób doświadcza pod prysznicem.. Od tamtej pory nie wlewam też tłuszczu do zlewu – jak już wspomniałam zrezygnowałam z oleju w mej paście do zębów oraz oczyszczam patelnie z tłuszczu ręcznikiem papierowym lub gazetą po smażeniu, zanim ją umyję. W tym też czasie wpadła mi w ręce świetna książka „Jedz brudniej” Josha Axe, którą gorąco polecam. Autor jest naturopatą, prowadzącym własną klinikę w Stanach Zjednoczonych, po własnych doświadczeniach ze zdrowiem łączącym świat zachodni i wschodni. Zachęca do jedzenia ziemi, nie tylko poprzez organiczne warzywa, kontakt ze zwierzętami, ale również bezpośrednio. Tu poleca glinkę bentonitową, którą ja teraz również polecam. Poczytaj o jej właściwościach niesamowitych na stronie, na której ją kupuję: https://www.magicznyogrod.pl/bentonit_wapienny.html. To jest kolejny mój „kosmetyk”, który używam na różne sposoby: jako pastę do zębów (wilgotną szczoteczkę „maczam” bezpośrednio w proszku), do płukania ust czy robiąc z niej pastę mieszając z wodą nakładam na stany zapalne lub zranienia. Ową glinką wspomogłam też mego starego, wówczas 18-letniego kota, dodając mu jej do mokrej karmy. Wspomnę tylko o jednej niesamowitej właściwości glinki: oczyszcza organizm z wszelkich toksyn, jednocześnie dostarczając mnóstwa mikroelementów! Od kilku też lat używam bambusowej szczoteczki, którą po zużyciu zakopuję w ziemi:)

Może już przyszło Ci do głowy, że czegoś tu brakuje, jednego podstawowego kosmetyku, o którym ja przez długi czas byłam przekonana, że mogę zrezygnować ze wszystkiego, tylko nie z tego. Mam na myśli mydło. I wtedy 2016 roku, kiedy byłam na jednym z ostatnich zjazdów dla mnie w Ulrze (Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej – https://www.uniwlud.pl, polecam:), poznałam Agatę. Tam w ogóle było mnóstwo ciekawych i inspirujących osób, z którymi rozmawiałyśmy i o weganizmie, jak i kosmetykach naturalnych. I któregoś wieczoru Agata zastrzeliła mnie wiadomością, iż od 30 lat mieszkając w Krakowie nie używa mydła, że myje się samą wodą.. To był dla mnie szok! A kobieta zadbana, kolorowa, przedsiębiorcza.. To zrewolucjonizowało moje podejście do prysznica i mycia! Postanowiłam sprawdzić, jak to jest. Od prawie zawsze lubiłam się myć gąbką, więc dalej to robiłam, pomijając mydło. I okazało się, że jest ok! Już na początku mej podróży zrezygnowałam z mydła do higieny intymnej, co moje części intymne przyjęły z wielką ulgą, a teraz zrobiłam kolejny krok. Po jakimś czasie wymieniłam kupną gąbkę na własnoręcznie zrobioną na szydełku ze sznurka bawełnianego, która służy mi od kilku lat.

Mamy tyle przekonań co do mycia.. Są ludzie uzależnieni od codziennego czy nawet kilkukrotnego brania prysznica w ciągu dnia, a to naprawdę nie służy naszemu ciału.. To, co tu piszę, dla niektórych może być szokujące, jeszcze w kontekście koronki.. A ja jestem przekonana i jestem na to przykładem, że im mamy częstszy kontakt z różnymi mikrobami, tym jesteśmy zdrowsi. Zresztą pięknie o tym pisze Josh Axe w swej książce. W jednym rozdziale przytacza najpierw historię o tym, jak jechał z żoną metrem i upadł im kawałek czekolady na podłogę. Wówczas zrobili to, co zrobiłaby większość: schowali ów kawałek do papierka i wyrzucili do śmietnika. Kilka lat później czytał wyniki badań, z których wniosek był następujący: chcąc wzmocnić układ odpornościowy dziecka, warto by było przeturlać takiego niemowlaka po podłodze metra w godzinach szczytu.. Niech Ci to posłuży za inspirację i inne wejrzenie na „brudną” codzienność, pełną bakterii. Wczoraj słuchałam ciekawego miniwykładu Bruca Liptona, który wspomina, iż obecnie mówi się o człowieku „nadorganizm”, gdyż do przeżycia potrzebuje 500 bilionów mikroorganizmów, żyjących w jego organizmie.. To było na tyle inspirujące, że najprawdopodobniej któregoś dnia kilkoma wiadomościami z tego podzielę się na blogu.

Ostatnio do mojej kosmetyczki wrócił olej kokosowy, który wymieszany z sodą oczyszczoną (i czasami kilkoma kroplami olejków eterycznych) stanowi mój dezodorant pod pachy. Kiedyś nie czułam potrzeby używania, jednak zdarzają się upalne dni, a ja latem spędzam czas na zewnątrz zwykle coś robiąc, co oznacza pocenie się więc postanowiłam sobie zrobić dezodorant, który świetnie się sprawdza. Jest jeden minus większości moich „kosmetyków”: są tłuste.. Uczę się uważności i takiego sposobu ich używania, by jak najmniej pozostawiać śladów ich użytkowania.. Jakkolwiek i tak je bardzo cenię, pomimo tego:)

Tak wygląda obecnie moja kosmetyczka. W małych słoiczkach przewożę różne skarby, które w ramach wdzięczności za moją pracę dostaję od Agi z Zielskiej Kolonii. Większość tych skarbów rozdaję bardziej potrzebującym lub używającym, bo ja raczej bawię się tym:) Mam od Agi np. kremik do rąk, krem do stóp z mocznikiem (boski) czy maść z magnezem, a także na nerki. Używam ich, kiedy mam na to ochotę, a nie, że muszę codziennie lub zupełnie nietypowo, jak np. maść na serce. Smaruję nią codziennie okolice serca, by intencjonalnie połączyć się z sercem i wzmocnić je w otwieraniu się na miłość w boskim znaczeniu:) Od jakiegoś czasu otwieram się na olejki eteryczne, które używam czasami jako a la perfumy dla zabawy lub w konkretnym celu. Jedna moja kumpela Justa zainspirowała mnie, by używać olejku z oregano z kremem do stóp i wsmarowywać razem w ramach profilaktyki na robaki – przyjemne z pożytecznym:)

Od lat nie używam takich przedmiotów jak golarka czy pumeks. Jestem w tych sferach jak najbardziej naturalna: włosom pozwalam rosnąć, tam gdzie rosną (one mają swoją funkcję), a chodzenie boso gładzi moje stopy zdecydowanie lżej i lepiej niż jakikolwiek pumeks. Dla ciekawości dodam, iż był czas, iż używałam peelingu do ciała, zrobionego w ramach zająć z ajurwedy. Słyszałam, iż były osoby, które się nim zajadały (a, tak!!), a ja używałam go na poprawę humoru, kiedy było mi smutno lub byłam zmęczona – efekt poprawy był murowany! Teraz nie mam przy sobie dokładnego przepisu, natomiast pamiętam, że składał się na pewno z brązowego cukru, oleju kokosowego oraz sproszkowanej mięty – zgodnie z zasadą, iż kosmetyk nakładany na ciało ma być jadalny:)

Dodam tylko, iż zmiany u mnie dotyczą też sfery czyszczenia pomieszczeń. Do takich celów używam głównie sody oczyszczonej i octu (tu raczej spirytusowego). Kiedy już osiądę, bardziej będę korzystać z przepisów z książki „Wyrzuć chemię z domu” Ewy Kozioł, prowadzącej bloga https://zielonyzagonek.pl.

Tym wpisem chciałabym Cię zachęcić do twórczego podejścia do codzienności, do sprawdzania i eksperymentowania również w sferach, w których wydawać by się było, że są ustalone zasady i tak jest ok.. Tu są moje sposoby na dbanie o moje ciało – Ty znajdź swoje:) Chętnie przyjmę Twoje pomysły na to i nie tylko:) Powodzenia!

Agacper - tworzy wszędzie, nawet na wakacjach:)

Siuga – na urodzinki od Ninki :)

Dziś są urodziny Siugi – jak to kiedyś nazwała Agę moja siostra – piekne, bo okrągłe:) Dziś Agnieszka dołączyła do wspaniałego grona 40-latek:) Długo zastanawiałam się nad prezentem dla niej, bo już od lat nie daję prezentów kurzołapek itp. Wolę dać (i dostać) coś, co się danej osobie przyda, czego ona konkretnie chce lub coś, co możemy razem zjeść, zrobić, itp.:) Od jakiegoś czasu dopytywałam się Agnieszki, co by chciała i dopiero dziś – przed chwilą dostałam odpowiedź: mam zrobić dla niej pizzę:) Wspaniale, z miłą chęcią:)) Niezależnie od tego kilka dni temu wpadłam na pomysł, by dziś umieścić wpis o niej na blogu, o czym myślałam od jakiegoś czasu, bo to bardzo ciekawa i inspirująca osóbka:)

Z Agą znam się od lat ponad 15, bo jestem w tej cudownej sytuacji, że jest członkiem mej rodziny dzięki wspaniałemu bratankowi Kacperkowi. Nasza znajomość różnie się kształtowała, jednak z czasem jest nam coraz bliżej do siebie, co bardzo cenię:) Jest to chyba najbardziej kreatywna osoba, jaką mam w swym gronie! Z niczego zrobi COŚ!

Droga kreatywności Agi jest kręta i bogata – co jakiś czas fokusuje się nad czymś innym. 10 lat temu tworzyła kolorową i oryginalną biżuterię, dodatkowo ekologiczną i recyklingową. Do jej wykonywania wykorzystywała korę, cynamon, żołędzie, jak i ich czapeczki, resztki tkanin, skórę po kozakach, wiklinę papierową, kapsle.

Kiedy chciała komuś podarować kolczyki, jako opakowania do nich używała ozdobionych ręcznie pudełek po zapałkach. Sama dostałam kiedyś od niej pod choinkę biżuterię zapakowaną w to niecodzienne, acz piękne pudełko. Zresztą, sami zobaczcie:

Aga pracuje na świetlicy szkolnej, jako nauczyciel plastyki oraz często prowadzi różne kółka, zarówno twórczości, jak i ekologiczne. Jak sama stwierdziła, stara się pokazać dzieciom, że piękne rzeczy niekoniecznie pochodzą ze sklepu, można je wykonać samemu z makulatury, plastikowych butelek, patyków, kamieni, resztek tkanin czy innych materiałów wtórnych. Na zajęciach twórczości, jakie prowadzi w szkole, bardzo często dzieci tworzą wspaniałe wytwory pochodzenia recyklingowego czy grają w gry ręcznie robione.

Była pomysłodawcą i koordynatorem corocznego konkursu ekologicznego ”Recyklingowe Cudeńko”. Pierwsza edycja odbyła się w 2010 roku. Według Siugi pomysły dzieci oraz ich rodziców były zawsze fantastyczne. Od czwartej edycji konkurs został rozszerzony na konkurs międzyszkolny.

W czasie wolnym zajmuje się rękodziełem, do którego także często wykorzystuje recykling. Kilka lat stworzyła mydelniczkę z plastikowej butelki po płynie do prania (odcięty spód nadpaliła nad świeczką wygładzając brzegi, jednocześnie nadając odpowiedni kształt; mydelniczka posiadała rowki, dzięki którym mydło nie stało w wodzie, a ponadto łatwo było ją utrzymać w czystości). Do dziś ma dywanik łazienkowy wykonany na szydełku ze starych bawełnianych koszulek, pociętych na pasy o szerokości około 2 cm. Aga mnie wtedy zainspirowała tymi dywanikami i po 20 latach wróciłam do szydełkowania:))

Aga ma niecodzienne pomysły na różne okazje. Tak, na przykład, przyozdobiła swoje mieszkanie i jego mieszkańców na święto Halloween w 2015 roku:

Siuga z nic nie wartych kawałków papieru i innych materiałów robi coś, co jest piękne, oryginalne, niepowtarzalne, po prostu WOW! Kilka osób z jej bliskiego otoczenia dostało albumy fotograficzne, cudowna rzecz na lata ciesząca oko nie tylko wspomnieniami:

7 lat temu w 2013 roku Aga tak napisała o sobie: „Na co dzień staram się z szacunkiem podchodzić do Matki Natury, dlatego moje działania są często proekologiczne. Zanim dokonam jakiegoś zakupu dobrze się wpierw zastanawiam, czy jest mi to faktycznie potrzebne, zwracam uwagę na opakowania, czytam skład pożywienia, korzystam ze sklepów z odzieżą używaną, wraz z synem często robimy ekologiczne zabawki, razem segregujemy śmieci, sprzątamy kupy po naszym psie. Nie tylko ekologicznym, lecz także ekonomicznym działaniem jest nabieranie pokąpielowej wody do wiadra, która później wykorzystywana jest do spłukiwania sedesu – ten pomysł spodobał się także kilku moim znajomym, którzy również w ten sposób zaczęli oszczędzać i wodę i pieniążki.”, po czym opisała swoje ówczesne dokonania (biżuterię, recyklingowe zabawki w domu i w szkole), dzięki czemu wygrała ekologiczny rower miejski w konkursie ekologicznym, zorganizowanym przez Ministerstwo Środowiska:) A to, co wtedy napisała, do dziś w poszerzonej wersji jest aktualne do dziś:) Jest wrażliwą osobą i często przeciera szlaki. Od lat wystawia latem pojemniki z wodą (nawet jeż z nich pije – zresztą zobacz na zdjęciu) i zachęca do tego innych.

Aga inspiruje swoje otoczenie do innego podejścia do codziennych czynności. Kilka lat temu razem w wówczas 8-letnim synem na czas wakacji ustalili sobie dzień wolny od mediów – nie korzystali z telewizora, komputera, telefonów, radia przez jeden dzień w tygodniu. Przez jakiś czas kultywowali to również po wakacjach. Na kawałku drewienka stworzyła kilka zasad obowiązujących w ich relacjach:

A tak od kilka lat wygląda ich oryginalna choinka:

Aga w swej drodze kreatywnej przechodzi różne fazy fascynacji. Po etapie biżuterii nastąpił etap odnawiania mebli. Siuga zachęciła nawet mnie do udziału w warsztatach renowacji mebli, co było ciekawym doświadczeniem. Jej meble są zwykle pełne kolorów. Poniżej znajdziesz kilka mebli odświeżonych jej ręką:

Zdarza jej się przyozdabiać ściany:

Aga ma swój styl i z moich obserwacji kilka ulubionych motywów, jak np. sówki i domki. Domki malowała też na kamieniach oraz na kolorowankach własnej produkcji.

2 lata temu – w 2018 roku – po pewnych doświadczeniach duchowych z Kronikami Akaszy Aga zaczęła malować obrazy. Pierwszym motywem były przepiękne i oryginalne mandale:

Z czasem Siuga otworzyła się na Anioły: rozmawia z Nimi poprzez Karty Anielskie oraz tworzy Ich portrety:

Chyba w podobnym czasie Aga otworzyła się na fotografię. Zaczęła tworzyć minisesje dla znajomych, a obecnie od 2 stycznie uczestniczy w rocznym wyzwaniu fotograficznym na stronie https://tookapic.com, gdzie codziennie umieszcza zrobione przez siebie zdjęcie. Dba o szczegóły, stąd zbiera i kupuje różne tła, ma też lampę czy specjalną parasolkę odbijającą światło, z których korzysta przy tworzeniu swych niepowtarzalnych zdjęć:) Również w tej sferze, podobnie jak w obrazach, ma swój wyjątkowy styl. Sama Aga jest osobą barwną, pełną kolorów – jest mistrzynią w wyszukiwaniu ciekawych i oryginalnych ubrań w ciuchlandiach:) Nie wspomniałam jeszcze, że szyje i ozdabia swoje stroje w niebanalny sposób:) Poznajcie Agę z kilku jej autoportretów:

Uwielbiam jej zdjęcia z 2 świnkami! Rozczula mnie dbałością o szczegóły, jak np. maleńkie przedmioty własnego wykonania.. Oto kilka z nich:

Ciekawe też były zdjęcia związane z czasem koronki:

Siuga na http://www.tookapic.com pokazuje też swoją sztukę w różnych odsłonach:

Swój projekt – wyzwanie często wykorzystuje do dzielenia się swoimi wartościami i promowaniem ich:

Ma często niebanalne, mega oryginalne pomysły – te zdjęcia są dla mnie wow:

Aga zaskakuje też w życiu prywatnym:) Tuż przed 40tką wpadła na pomysł nauczenia się jeździć na deskorolce, zwanej fiszką oraz zrobić sobie tatuaż przedstawiający fazy księżyca, by stawić czoło bólowi:

Jeśli masz ochotę na bieżąco oglądać zdjęcia Agi, to zajrzyj na: https://tookapic.com/agacper – zapraszam!! Siuga maluje też obrazy na zamówienie oraz ma kilka na sprzedaż. Gdybyś miał ochotę je zamówić lub zaproponować jej ciekawy projekt kreatywny, to skontaktuj się z nią poprzez jej profil na Instagramie: http://agacper_foto.

Biały śpiew – wibracja masująca ciało od środka:)

W połowie lipca po raz drugi pojechałam na warsztaty białego śpiewu, organizowane przez Fundację OVO. Podobnie, jak w tamtym roku, odbyły się one w Rzepedzi, małej bieszczadzkiej wiosce:)

Co roku organizowane są 2 turnusy w lipcu: pierwszy dla osób z dziećmi, a drugi – już bez. W zeszłym roku pasował mi tylko turnus pierwszy z dzieciakami, co, choć lubię dzieci, wtedy niespecjalnie mnie cieszyło, jednak bardzo chciałam pośpiewać, stąd po prostu pojechałam. I okazało się, że dzieciaki wprowadzają mea luz i fajną energię, a Kasia, która się nimi zajmuje, ma cudowną energię i wspaniale było ją poznać! Do dziś pamiętam pierwszy wieczór, kiedy siedzieliśmy w kręgu i się zapoznawaliśmy, a trójka 3-4-latków biegała sobie w środku boso nie zwracając na nas uwagę. To było boskie!! Mając tak miłe doświadczenia, postanowiłam w tym roku specjalnie wybrać turnus z dzieciakami:) W ten sposób byłam choćby z kumpelą ze studiów, z którą odnowiłam relację po 20 latach, spotykając się na weekendowych warsztatach, prowadzonych również przez Witka Kozłowskiego z Fundacji OVO, w Poznaniu w styczniu.

Po raz drugi to była cudowna przygoda! W tym roku, podobnie jak w poprzednim, byłam uczestnikiem grupy Witka. Planowałam być u Rosjan, którzy wprowadzili Zoriuszkę, moją ulubioną pieść, do Polski, jednak z powodu koronki nastąpiły zmiany wśród prowadzących i stąd zdecydowałam się powtórzyć warsztaty u Witka. Tym razem pokazał nam głównie pieśni rosyjskie i kozackie, które – jak się okazało – mocno rezonują z moją duszą (widać Kozakiem też byłam i w Rosji żyłam:). To 2 moje ulubienice: fajna kozacka https://www.youtube.com/watch?v=OOsS9efkxWg oraz pieśń, której to wykonanie wywołuje we mnie ciarki po plecach: https://www.youtube.com/watch?v=dBjge9MWrZA.

Witek jest wspaniałym nauczycielem z otwartym umysłem i duszą i swoją postawą czyni cuda! Rok temu, jak jechałam, to dopiero otwierałam się na śpiewanie, jakkolwiek, gdy pojawiały się jakiekolwiek ćwiczenia, gdzie miałam wydać swój głos na światło dzienne na forum, od razu zamykałam się, spinałam. Całe życie słyszałam, że fałszuję i miałam ogromną barierę, by śpiewać głośno. Usłyszałam wtedy od Witka, iż ludzie nie fałszują, a raczej nie dostrajają się do reszty, co mnie wzmocniło, tym bardziej, że w podstawówce śpiewałam w chórze – w grupie dostrajałam się i było ok. To mnie otworzyło. Poza tym pokochałam wtedy Zoriuszkę, która sprawiała, że miałam ochotę śpiewać głośno całym ciałem. Jeśli jej nie znasz, to posłuchaj np. tej wersji: https://www.youtube.com/watch?v=cyadcxoO2q0. Śmieję się, że jest to pieśń o mnie i moim Bazylu, bo na końcu są słowa, ze brat Loniuszka Wasiliewicz prowadzi Ninę Wasiliewną, a Wasyl to inaczej Bazyl po rosyjsku:) Kolejny krok nastąpił w trakcie tych warsztatów w Poznaniu, kiedy ponownie pojawiła się Zoriuszka. Chodziliśmy po sali i kto dostał maskotkę, ten miał robić zaśpiew, czyli sam zacząć śpiewać pierwsze słowa danej zwrotki. I poczułam, że jestem na to gotowa i kiedy dostałam Flicoka przy ostatniej zwrotce, po prostu zrobiłam to – ZAŚPIEWAŁAM NA CAŁY GŁOS!! To było mega uwalniające! I w tym roku już byłam odważniejsza – na pewno słychać mnie było:)

Biały śpiew jest czymś niesamowitym – kiedy się śpiewa w grupie w ten sposób, po prostu wibruje całe ciało! Ja jeszcze śpiewam niższym głosem, co mnie mega masuje od środka, no po prostu cudowne uczucie!! Nawet bawiłam się i eksperymentowałam, czyli m.in. próbowałam w ogóle śpiewać pierwszym głosem niektóre pieśni, co w tamtym roku w ogóle było poza moim zasięgiem.. Naprawdę – Witek robi cuda swoją postawą:) A jego żona Marzena super wszystko organizuje:) Poza tym rano prowadzi ćwiczenia oddechowo – ruchowe (gimnastyka oddechowa Strielnikowej) – w tym roku w końcu je poczułam:) Tu możesz poczytać, jak to wyglądało w tym roku: http://ovo.art.pl/aktulanosci/pelnym-glosem-letnie-warsztaty-spiewu-bialego-2020/ – warto się tym zainteresować, jeśli rezonuje z Tobą biały śpiew:)

Podzielę się z Tobą jeszcze jednym doświadczeniem. Na każdym turnusie jest organizowana tzw. Giełda Twórców, gdzie można zaprezentować się, podzielić swoją twórczością. W tamtym roku, jak jechałam, to myślałam sobie, by tylko mnie nie zagarnęli na tę giełdę, bo nie wiedziałam, na jakich działa zasadach. Okazało się, że kto chce dzieli się tym, czym ma ochotę. Uczestniczyłam w każdej giełdzie i w ten sposób: zainspirowałam się robieniem włóczki na kołowrotku, zobaczyłam super teatrzyk lalkowy, dowiedziałam się na czym polega praca tłumacza, byłam i współprowadziłam spacer ziołowy, uczyłam się jak pisać teksty do śpiewu białego i jeszcze kilka ciekawostek. Już w tamtym roku zrodził się we mnie pomysł, by natsepnym razem podzielić się moim podejściem do kosmetyków, co zrealizowałam – podzielę się tym w innym wpisie:)

Nie zabraknie też elementu zdjęciowego. Już w tamtym roku byłam zafascynowana „trawnikiem” przed ośrodkiem, który w tym roku wyglądał tak:

Jednak to nie trawnik, tylko łąka pełna ziół! W tamtym roku naliczyłam w niej około 15 gatunków roślin. W tym roku ten „trawnik” ziołowy był dopiero co ostrzyżony i niektórych roślin nie widziałam, jednak to, co znalazłam, to sprawia, iż i tak jest na bogato:) A teraz Ci to kilka przybliżę:

Jak widzisz – warto patrzeć pod nogi, nawet na trawnik – można się zdziwić różnorodnością roślin pod stopami:)

Jest taki zwyczaj, że w sobotę stwarza się więcej czasoprzetrzeni, przesuwając śniadanie i obiad oraz rezygnując z dopołudniowych warsztatów śpiewu, by móc udać się na wycieczkę w góry lub gdziekolwiek – każdy organizuje to we własnym zakresie. Zarówno w tamtym, jak i w tym zostałam zaproszona do wspólnego przejścia się nad jeziora duszatyńskie – urokliwe i małe, położone w głębi lasu. Najpierw trzeba podjechać samochodem rozwalającą się drogą na parking, od którego prowadzi szlak prosto na jeziorka. Było zagrożenie burzą, na szczęście zdążyłyśmy spokojnie wejść i zejść.. hmm, niezupełnie – ja zdążyłam, bo me kumpele spóźniły się 2 minuty, nim runął deszcz i przemokły całkowicie.. Jakkolwiek zdjęć parę udało mi się cyknąć, utrwalając piękno po drodze:)

Oczywiście – po drodze zbierałam ziółka:) Tym razem skupiłam się na głowieńce (tej samej co rosła na „trawniku”, tyle, ze wysoką, bo mogła rozwinąć swe skrzydła:) oraz mięcie.

Cudna przygoda, a kiedy to piszę, po raz enty słucham chłopaków z Babkinych wnuków – są po prostu boscy:) do usłyszenia!

Kwiat jaśminowca - królowa nocy

Jaśminowiec – przygoda o wschodzie słońca

Jeszcze do wczoraj byłam przekonana, że dziś opowiem o jaśminie, jednak dowiedziałam się od Agi z Zielskiej Kolonii, że w Polsce rośnie jaśminowiec, błędnie nazywany jaśminem – każda z tych roślin należy do innej rodziny. Jaśminowiec to krzew, którego kwiaty obłędnie pachną!

Zapoznałam się z tą rośliną rok temu, kiedy kolejny raz przyjechałam właśnie do Zielskiej Kolonii na Podlasie. Okazało się, że kwiaty jaśminowca należą, obok np. lilaka, do królowych nocy, czyli kwiatów, które najintensywniej pachną w nocy i stąd najlepiej je zbierać o 4 nad ranem.. Potraktowałam to jako wyzwanie i przygodę zarazem i postanowiłam wstawać o wschodzie słońca, by je zebrać. Pierwszej nocy wstało mi się lekko, drugiej – znacznie trudniej, bo ja raczej lubię spać niż wstawać tak rano:) Podjęłam decyzję, że trzecia noc będzie ostatnią i albo się uda zebrać resztę, albo nie.. Udało się! Zajęło mi to tak długo, bo po pierwsze zbierałam kwiat po kwiecie, a po drugie już od jakiegoś czasu cokolwiek robię, robię znacznie wolniej niż kiedyś – nie spieszy mi się:) To była na tyle ciekawa przygoda, że jak w Poznaniu w jednym z parków wpadłam na kwitnący krzew jaśminowca, pomyślałam, że chętnie bym to powtórzyła u Agi w tym roku, choć w danej chwili byłam daleko od Podlasia i miałam inne plany: współpracowałam z jednym kolesiem na Dolnym Śląsku i nie sadziłam, że szybko to się zmieni.

Jednak – jak to u mnie – jedyne, co pewne to zmiana i niespodziewanie w błyskawicznym tempie z powrotem znalazłam się na Podlasiu u Agi. Przyjechałam bardzo zmęczona i jedyne, na co miałam siły, to iść spać:) Zanim jednak udałam się na odpoczynek do „mojego” domku grillowego, zapytałam się Agi, czy robić nocną akcję zbierania kwiatów jaśminowca mając na myśli kolejną noc, nie najbliższą, by tej porządnie się wyspać. Na to Aga, że ogólnie trzeba zrobić akcję, niezależnie czy w dzień czy w nocy. Ze zmęczenia nie dopytywałam o co chodzi, tylko poszłam spać. Budzę się – w dobrym nastroju, wyspana.. Zerkam na zegarek, a tu.. 3.49! No to nie zastanawiając się wstałam i poszukałam 2 wiklinowych koszyków i dawaj na akcję:) Na boso, oczywiście, latałam po rosie. Tak krzew wyglądał, zanim go ogołociłam z kwiatów:

Tym razem szło mi znacznie szybciej, gdyż ściągałam kwiaty z liśćmi z gałązek jednym ruchem. Jednocześnie zrozumiałam sens wypowiedzi Agnieszki. Po prostu większość kwiatów już przekwitała i wiele płatków zlatywało przy każdym ruchu gałązek..

Spotkała mnie nagroda za poranną pracę. Zobaczyłam wschód słońca!

Pierwszy koszyk nazbierałam w ciągu 45 minut:)

Kolejny zajął mi trochę dłużej – chyba bardziej go upchałam kwiatami:) Całą przygodę zakończyłam o 5.40:)

Co ciekawe – już nie poszłam spać i fajnie funkcjonowałam cały dzień:) Wieczorem zostałam zabrana na babę, miejscową górę, skąd podziwiałamzachód słońca! W ten sposób przeżyłam dzień pełen słońca:)

Z kwiatów jaśminowca w tamtym roku zrobiłam macerat na oleju ryżowym, który służył mi do masażu:) Aga z Zielskiej Kolonii wykorzystała je do mieszanki ziołowej, a Siuga, ma bliska znajoma, robi w tym roku ocet – ciekawe, jaki wyjdzie:)

A na koniec, coś, co zwykle jest na początku:) Zwykle się mówi, że ostatni będą pierwszymi, a tu – na odwrót:) Pączki kwiatów jaśminowca:) Jaśminowiec kwitnie nierównomiernie i w jednym czasie są pąki, rozwinięte kwiaty, a z czasem też te przekwitłe. Miłego oglądania!

Gwiazdnica pospolita – moja gwiazda wśród ziół

Gwiazdnica pospolita w zbliżeniu (foto: Nina Marta O.)

Dziś chciałabym przybliżyć Tobie jedną z moich ulubienic! Uwielbiam rośliny pospolite, wcześnie pojawiające się, rosnące prawie wszędzie, a do takich należy gwiazdnica, niepozorne, acz mocne ziele. To będzie jedno z ziół, obok żółtlicy (mojej drugiej ulubienicy), które opiszę dość dokładnie, gdyż przyjrzałam się jej pisząc o niej i żółtlicy pracę dyplomową na koniec Eul-u, chcąc pokazać ich wszechstronność, bo również ekologiczni rolnicy na nie narzekali. Ze względu na ilość informacji, które mam o niej do przekazania, napiszę o niej w kilku wpisach. Dziś informacje podstawowe:) Oto moja gwiazda wśród ziół!

Gwiazdnica pospolita – Stellaria media należy do rodziny goździkowatych (foto: Nina Marta O.)

Ta niepozorna gwiazdnica ma charakter kosmopolityczny – posiada bardzo rozległy zasięg geograficzny, przy czym najbardziej zróżnicowany jest on w strefie klimatu umiarkowanego chłodnego na półkuli północnej. Występuje aż po piętro subalpejskie w górach i rejony okołobiegunowe. Możesz ją znaleźć praktycznie wszędzie: w miejscach ruderalnych, na polach, w zaroślach, w ogródkach, na ogrodach, na działkach, w lasach, na brzegach wód, na ugorach i na łąkach.

Tu gwiazdnica pośród traw:) (foto: Nina Marta O.)

Jest rośliną wskaźnikową gleb wilgotnych, zasobnych w próchnicę i azot. Rośnie na glebach o odczynie obojętnym. Lubi niższą temperaturę, dlatego najlepiej rośnie wiosną i jesienią, a latem dobrze rozwija się w chłodnych i zacienionych miejscach. Jest rośliną zimotrwałą – rośnie, kwitnie i kiełkuje nawet pod śniegiem przy temperaturze paru stopni powyżej zera, dzięki czemu jest dostępna niemal przez cały rok, także zimą. Tylko trzaskający mróz bez pokrywy śnieżnej potrafi zaszkodzić gwiazdnicy.

Gwiazdnica jest rośliną roczną lub 2-letnią. Tworzy gęste kobierce blisko ziemi o wysokości 5-40 cm. Taką wysoką i cudną gwiazdnicę znalazłam koło szamba u Jagody na Podlasiu w miejscu, gdzie praktycznie przez cały dzień był cień:) Taka to przewrotna roślinka! Wprawdzie gwiazdnica wygląda na kruchą roślinę, lecz posiada niemal niezniszczalną energię życiową. Jest eterycznym olbrzymem. Rośnie i kwitnie oraz owocuje ustawicznie, a gdzie jej łodygowe węzły dotkną ziemi, tworzy nowe korzonki. Przy ostrej zimie kwitnie od maja do października. Rozmnaża się przez nasiona wysiewane o każdej porze. Cechuje ją niebywała żywotność: 1 roślina jest w stanie wytworzyć w ciągu 1 sezonu ponad 15 ooo (w innych źródłach – 25 000) nasion. Może wydać nawet 5, 6 pokoleń, zwykle – 2, 3 w ciągu lata, co zależy od zasobności gleby w wilgoć. Nasiona zachowują zdolność do kiełkowania przez 20 lat i mogą kiełkować w różnych porach roku – nawet zimą.

W Europie rośnie 17 gatunków, z czego w Polsce 10. W Azji rosną 64 gatunki. Przedstawiciele tego rodzaju uważane są za jedne z najbardziej rozpowszechnionych gatunków roślin nasiennych na świecie.

Gwiazdnica zawiera wiele cennych substancji czynnych. W jej skład wchodzą flawonoidy (rutyna), śluzy, saponiny, garbniki, glikozydy, rzadki kwas gamma – linolenowy (GLA z grupy omega- 6), kwas para-aminobenzoesowy (PABA) oraz kwas krzemowy. Ziele jest skarbnicą łatwo przyswajalnej witaminy C (200 – 300 mg/100 g; dla porównania róża zawiera 450 mg), a także wit A (czyli beta–karotenu– 35 mg; dla ciekawostki dodam, iż ma od 2 do 8 razy wyższą zawartość wit A i C niż sałata siewna) oraz wit B1 (tiaminę), B2 (ryboflawinę), PP (B3, niacynę – 0,5 mg), E, F (kwas linolenowy). Jest również bogata w składniki mineralne: potas (32x więcej niż w sałacie siewnej), miedź, fosfor, wapń (2x więcej niż w sałacie siewnej), żelazo (7x więcej niż w sałacie siewnej), magnez (3x więcej niż w sałacie siewnej), jod, selen, krzem, mangan, sód.

W sprzyjających warunkach rośnie bujna i wysoka (foto: Nina Marta O.)

Gwiazdnica, jak wiele goździkowatych, obok rzadkich minerałów, zawiera saponiny, czyli substancje pieniące, które zmniejszają napięcie powierzchniowe wody. Działają one przede wszystkim na błony śluzowe i skórę czyli: wykrztuśnie, wspomagająco na trawienie, chłodząco, oczyszczająco, moczopędnie, łagodząco w problemach skórnych, uspokajająco, poza tym pomagają pozbyć się tłuszczu i toksyn z organizm (działanie odchudzające) oraz podwyższająabsorpcje innych substancji czynnych (to ostatnie podobnie jak żeń-szeń).

Kwas gamma-linolenowy (GLA), jest o jedną z pochodnych wysoko cenionych kwasów tłuszczowych szeregu omega-6, zalecany jako skuteczny lek w artretyzmie, przy zaburzeniach hormonalnych oraz w chorobach skóry np. trądziku.

Rolą kwasu PABA, określanego jako witamina B10, jest wzmacnianie działania kortyzonu (hormonu kory nadnerczy), który łagodzi stany zapalne. Uczestniczy ona również w przemianie żelaza i tworzeniu czerwonych krwinek. PABA posiada właściwości bakteriobójcze oraz wspomaga redukcję białka. Dużą zaletą kwasu paraaminobenzoesowego jest to, że chroni przed zaburzeniami płodności. Dodatkowo opóźnia procesy starzenia (m.in. pojawianie się zmarszczek i siwizny) oraz wspomaga utrzymanie dobrej kondycji skóry i włosów. Podczas opalania działa jako naturalny filtr ochronny, odbijając szkodliwe promienie UV. Witamina B10 przyspiesza też procesy regeneracji po przebytych złamaniach czy skręceniach kończyn. Kwas ten pobudza bakterie jelitowe, które produkują kwas foliowy.

Świeża gwiazdnica (foto: Nina Marta O.)

Pozostałe właściwości lecznicze gwiazdnicy są równie bogate. Ma działanie wzmacniające, przeciwkrwotoczne, przeciwbólowe, ściągające, zmiękczające,wiatropędne (zapobiega wzdęciom), przeciwskurczowe, dezynfekcyjne, przeciwświądowe, przestrajające, odtruwające, przeczyszczające – przy intensywnym spożyciu,. Oczyszcza krew, stymuluje jej wytwarzanie, obniża cholesterol, rozpuszcza płytki miażdżycowe w naczyniach krwionośnych oraz wzmacnia i uszczelnia naczynia krwionośne stosowana zarówno doustnie, jak i zewnętrznie. Przyspiesza odprowadzanie zbędnych produktów przemiany materii i nadmiaru wody, usuwa zbędne metabolity, przede wszystkim kwas moczowy, reguluje prace wątroby i jelit, zmniejsza łaknienie, pobudza procesy anabolizmu (asymilacji). Działa ochronnie i odtruwająco na wątrobę, łagodzi skutki spożywania alkoholu. Wspiera pracę nerek, działa korzystnie na układ nerwowy, a także reguluje gospodarkę hormonalną, stąd jest dla pań w okresie klimakterium i post-menopauzalnym. Zapobiega sztywnieniu stawów,podnosi wilgotność skóry, poprawia jej elastyczność. Kompresy ze świeżego ziela działają hamująco na nadmierne wydzielanie mleka.

Pięknie przykrywa ziemię. (Nina Marta O.)

To jest skrócona wersja jej dobroczynnego działania. W kolejnym wpisie podam listę chorób, przy których warto się w nią zaopatrzyć i skorzystać. Na szczęście można ją zbierać niemal cały rok, jakkolwiek najlepiej wiosną i jesienią na krótko przed kwitnieniem lub zaraz na jego początku, gdyż wtedy ma najwięcej związków biologicznie czynnych. Z dojrzałych egzemplarzy należy obrywać tylko kilkucentymetrowe końce pędów, gdyż dolne żółkną, wysuszają się, stąd są niesmaczne. Najłatwiej robić to nożyczkami, którymi z łatwością za jednym zamachem zetniemy kilka czy kilkanaście wierzchołków. Jakość ziela jest lepsza, jeśli zbiera się je w miesiącach letnich przed południem.

Zapraszam niedługo na ciekawostki i zastosowanie gwiazdnicy:)

Las pełen kolorów

Kilka dni będąc na spacerze poczułam, by pokazać, jaki las jest kolorowy i pełen barw. Nie wiem, jak Tobie, jednak mi kiedyś las kojarzył się tylko z zielenią. Nie widziałam wcześniej tylu barw, co teraz, kiedy przyglądam się różnym kwiatkom. Samej zieleni, szczególnie na początku wiosny, jest tyle odcieni!

Tyle różnorodnych odcieni zieleni! (foto: Nina Marta Olszewska)

To, co widzisz powyżej,jest zanim wejdziesz do lasu.A w środku? Paleta zieleni i różnobarwnych kwiatów: niebieskich, żółtych, różowych, białych, fioletowych.. Najlepszy numer polega na tym, że pójdziesz do lasu za jakiś czas i możesz odkryć kolejne barwy.. Życzę inspirujących odkryć:)

Ot, i cała paleta barw w zielonym lesie się objawiła 🙂 Kolorowej codzienności pełnej barwnych doświadczeń 🙂

Mniszek lekarski – słońce na łące :)

Dziś czas na roślinę, dzięki której na łąkach pojawia się słońce, bo są żółciutkie i radosne jak ono:)

Tak wygląda słoneczna łąka pełna mniszków! (foto: Nina Marta)
Mniszki w różnej fazie rozwoju. (foto: Nina Marta)

To właśnie mniszek wita Ciebie za każdym razem, kiedy zaglądasz na Tęczowego Motyla:)

Słoneczny mniszek (foto: Nina Marta)

To zioło, które znają praktycznie wszyscy, choćby z widzenia, jednak wielu błędnie nazywa je mleczem, a mlecz to zupełnie inna roślina!! Jak go znajdę, to zrobię jemu zdjęcie, a wtedy zobaczysz różnice:)

Jej wysokość mniszek lekarski:) (foto: Nina Marta)

Czyż to nie cud, iż z takiego małego nasionka:

Latające nasionko mniszka (foto: Nina Marta)

wyrasta taka przecudna roślina – ogromna w stosunku do wielkości nasionka, z licznymi kwiatami? Toż to cud boski!

Widok z góry (foto: Nina Marta)

Przyznam, że choć uwielbiam robić i oglądać zdjęcia mniszka, bo cieszą oko, to jakoś nie przyciąga mnie jako zioło, pomimo swoich właściwości. Na pewno jest oczyszczający, ułatwia trawienie oraz wspomaga organizm w trakcie przeziębienia (więcej o jego wspaniałych właściwościach znajdziesz tutaj: http://ziolowawyspa.pl/mniszek-meska-stalosc/). Jeśli go zdecyduję się zebrać w niewielkiej ilości, to dodaję jego kwiaty do herbatki na przeziębienie i oczyszczającej. Przez ostatnie 2 lata robiłam wraz z kumpelą, u której wówczas przebywałam, syrop z mniszka, który potem rozdawałam rodzinom z dziećmi, a w zeszłym roku dla siebie zrobiłam miód. Robi się tak samo jak syrop, tyle, że dłużej gotuje, by odparować wodę. Trochę przesadziłam z tym ostatnim etapem, stąd wyszedł mi bardzo gęsty i dość twardy, jednak w smaku – bardzo dobry. Używałam go do mojego śniadania w postaci płatków owsianych zalewanych na noc wodą z miodem wraz z rodzynkami i orzechami z dodanym rano startym jabłkiem – polecam! Pychota! Zajadam się nim (tym śniadaniem:) od prawie 2 lat i ciągle jestem zauroczona smakiem! A miód z mniszka miał ciekawy, oryginalny smak – na tyle pyszny, że lubiłam wylizywać po nim łyżkę, czego nie jestem w stanie po zwykłym miodzie..

Nie mogłam się powstrzymać, by nie dać ponownie słonecznego blasku! (foto: Nina Marta)

Młode listki można zjadać np. w sałatce (starsze są gorzkie), choć zawsze się zastanawiałam, czy młode liście to te małe (których niewiele) czy te wczesne, choć już duże.. Tutaj: http://lukaszluczaj.pl/czas-na-surowke-z-mniszka/ znajdziesz więcej informacji na temat jadalnych możliwości mniszka:)

Mniszki mniejsze i większe:) Po lewej widać wyraźnie zarys liścia. (foto: Nina Marta)

Czas na jego pełną prezentację – niech cieszą się Twoje oczy:)

Łąka pełna mniszków. (foto: Nina Marta)

Dodam jeszcze jako ciekawostkę, iż mniszek (wraz ze stokrotką) należy do dziewięciu magicznych celtyckich ziół:) W innym wpisie przedstawię całą dziewiątkę:)

Mniszki i stokrotki lubią swoje towarzystwo, (foto: Nina Marta)
Mniszek w innej odsłonie (na pierwszym planie – stokrotki) (foto: Nina Marta Olszewska)
W lesie też można spotkać mniszki, aczkolwiek raczej rosnące w pojedynkę. (foto: Nina Marta)
Owady uwielbiają te piękne kwiaty, które je przyciągają kolorem i zapachem (foto: Nina Marta)

Oko cieszy wspaniale również jako dmuchawiec, a dodatkowo można przy nim poćwiczyć mięśnie żuchwy, rozsiewając jego nasiona wokół siebie:)

Dmuchawiec, czyli przekwitający mniszek pełen nasion (foto: Nina Marta)
Przytulone do siebie dmuchawce dwa (foto: Nina Marta)
A to mniszek w dwóch postaciach: na pierwszym planie dmuchawie, pod nim – w swej słonecznej odsłonie (foto: Nina Marta)
Dmuchawce, latawce, wiatr… (foto: Nina Marta)
Tańczący świetlisty dmuchawiec (foto: Nina Marta)
Czyż one nie są cudowne?! (foto: Nina Marta)
Wesołe nasiona mniszka (foto: Nina Marta)
Niesamowita ilość nasion pomnożona przez niezliczone ilości mniszków.. Dzięki temu co roku cieszą oko i rozświetlają łąki 🙂 (foto: Nina Marta)

Szczawik zajęczy

Jest to maleńka roślinka rosnąca w lasach. Nie wiem, czy jeszcze gdzieś rośnie, w każdym bądź razie w lasach teraz jest jej pełno. Pokrywa ziemię jasnozielonym delikatnym dywanem.

Całe łany szczawiku zajęczego! Raj dla smakoszy:) (foto. Nina Marta)
Szczawik zajęczy i liście zawilca (foto. Nina Marta)

Zauważyłam, że często rośnie na pniach lub przy drzewach pokrytych mchem.

Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)
Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)

Liście na pierwszy rzut oka przypominają liście koniczyny, jednak zdecydowanie różnią się kolorem – koniczyna jest ciemnozielona, a szczawik bawi oko jaskrawą jasnozieloną barwą. No i jest przepychota! Ma kwaskowaty świeży smak. Ostatnio, będąc na spacerach z dwoma dziewczynkami, pokazałam im szczawik, to zajadały się tak, że aż im się uszy trzęsły:) Co chwila wyszukiwały „szczawiku króliczego”, jak go nazywały..

Rączka pełna szczawiku:) (foto. Nina Marta)
Podjadamy szczawik „króliczy”:) Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)

Obecnie – pierwsza połowa maja – kwitnie. Ma białe kwiatki z żółtymi plamkami na dnie kwiatu i fioletowymi paseczkami na płatkach – maleńkie, delikatne i smaczne.

Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)

Ogólnie – cieszy oko i podniebienie! Więcej na temat jego właściwości poczytasz tutaj: https://rozanski.li/1707/szczawik-zajeczy-oxalis-acetosella-l-jako-srodek-leczniczy-i-pokarm/

Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)