Archiwum kategorii: Natura

16 tydzień – podążanie i słuchanie swojej intuicji – relacja

Ten tydzień upłynął mi pod hasłem ODPUSZCZENIA, jednak nie doszło by do tego, gdyby nie słuchała swojej intuicji.. Od jakiegoś czasu słyszałam w sobie, by odpuścić z tymi kursami, co mam. Czułam w sobie napicie, że nie zdążę, co dzisiaj mam zrobić, czas ucieka itp… Czułam w sobie wewnętrzny pośpiech, napięcie, bycie w głowie, zamiast tu i teraz. Miałam poczucie, jakbym utraciła część siebie, bo pół roku temu rzadko siedziałam przy kompie na necie, robiłam sobie po prostu coś. Poczułam zapętlenie i chaos.. W końcu udało mi się odpuścić, choć do końca nie wiem jak to zrobiłam.. Na pewno był to dłuższy czas, kiedy uzmysławiałam sobie, że czegoś mi brakuje.. Kilka razy potrzebowałam powiedzieć do swego umysłu, że zdążę, że mam czas i w końcu tego dokonałam! Hurra!!

Ten stan wpływał, a jednocześnie był dodatkowo podkręcany poprzez relację z Danusią, u której jestem. To na swój sposób bliska, a jednocześnie chwilami trudna relacja – w końcu jesteśmy do siebie pod wieloma względami podobne.. Jakkolwiek pojawiła się wizja, możliwość wyjazdu na około tydzień, by pomóc kumpeli w remoncie, a raczej przygotowaniami przed i sprzątaniem po, w czym jestem dobra i robię to chętnie. Choć początkowo marne były szanse wyjazdu, czułam, że się to uda – no i tak się stało:) Ponownie intuicja mnie nie zwiodła:) To też przyczyniło się do odpuszczenia, do większego luzu w środku, a to wpłynęło na to, co opisałam powyżej – wszystko jest ze sobą połączone:)

Początek tego tygodnia, a zarazem nowego roku był bardzo trudny. Zaraz po wpisie z tego dnia wzięłam swego Bazyla i Plamkę, młodą, kilkumiesięczną suczkę na spacer i wydarzył się wypadek.. Na moich oczach koń cofając się nadepnął na tylną łapę tej młodej suczki, po prostu miażdżąc ją.. To odpaliło pamięć w mej duszy o innym wcieleniu, kiedy na moich oczach 2-3-letnie dziecko – moje lub którym się opiekowałam – wpadło pod kopyta koni i albo zginęło, albo zostało kaleką. Ja nie mogłam sobie tego wybaczyć i poprzez to aktualne wydarzenie uzdrawiałam poczucie winy z tamtego okresu.. Bardzo mocne doświadczenie.. Suczka trafiła do kliniki i wróciła po kilku dniach. Jest po prostu niesamowita! Pomimo prętów w nodze chodzi, czasami wręcz skacze i ma dużo pozytywnej energii! Aż kręcę głową z niedowierzania – jest takim niesamowitym nauczycielem radości i płynięcia – skupiania się na tu i teraz, a nie rozpamiętywaniu tego, co było, się wydarzyło – jakby to robił człowiek..

Od 1 stycznia każdego dnia dostaję medytacje balansujące Vatę od Marysi z Agni – Ajurweda i to jest coś cudownego! Taki balsam na duszę!! Wspaniale, że się na to zdecydowałam w ramach Black Friday! Dobry wybór:) W ogóle ostatnio dużo słucham i medytacji i wizualizacji, korzystając z mego telefonu:) Zaczęłam go doceniać z tego powodu:) Robię to z samego rana, jak się budzę o 6, kiedy nie jestem w stanie jeszcze wstać, to choć słucham:) A to i tak wpływa na moją podświadomość:) Czasami robię to też wieczorem, kiedy zasypiam:) I tak koduje na nowe moją podświadomość:)))

Na koniec opowiem, czego jeszcze dokonałam, z czego jestem ogromnie dumna! W ramach kursu Dharma miałam przygotować Księgę pasji – w jakiejś formie wizualnej przedstawić moje pasje. Mogła to być np. mapa marzeń, jednak od początku poczułam zdjęcia – by znaleźć w necie zdjęcia obrazujące to, czym żyję i jak chcę żyć:) A jak usłyszałam, że można zrobić z nich filmik, to całą duszą poczułam, że ja to chcę! Dla jasności – za komputerem i netem na co dzień mimo wszystko raczej nie przepadam, no i w ogóle nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Jednak w końcu od czego jest internet?:) Wpisałam odpowiednie hasło i zaraz wyskoczył mi filmik, w którym gościu krok po kroku pokazał, co mam zrobić na jakim programie:) Nie powiem, że było to łatwe i lekko mi poszło – różne emocje trudne przeżyłam po drodze, bo oczywiście komputer czasami robił po swojemu, jakkolwiek ostatecznie UDAŁO SIĘ!! Jestem z siebie taka dumna!! Kiedy go oglądałam po raz pierwszy – popłakałam się ze wzruszenia.. Dodam, że przy okazji nauczyłam się ściągać muzykę z netu na kompa i skracać długi plik muzyczny na krótszy:) Jestem BOSKA!!:))

Ostatnio zmieniłam formułę błogosławieństwa. Do jakiegoś momentu mówiłam: Błogosławię Cię czy błogosławię Twoje słowa. Potem po lekturze książki Deepaka Chopry „Siedem duchowych praw sukcesu” dodałam słowa: Błogosławię Tobie. A któregoś dnia po wysłuchaniu medytacji od Marysi i usłyszeniu jej „Namaste. Pozdrawiam Boski aspekt w Tobie”, uzmysłowiłam sobie, że słowo „błogosławię” jest „sławię Boga”, więc zaczęłam jeszcze dodawać: w Tobie:) W sumie całość brzmi: Błogosławię Ciebie, Tobie i w Tobie:) Chciałabym tak mówić na razie w myślach do każdego napotkanego człowieka oraz wchodząc do czyjegoś domu i czuję, że to zrobie tematem kolejnego tygodnia:) A więc next tydzień niech upłynie pod hasłem: Błogosławię Ciebie, Tobie i w Tobie🙂 I tymi słowami Cię żegnam:)

Zimowy styczniowy spacer

Dziś pierwszy raz tej zimy widziałam śnieg i poszłam na spacer jak co dzień, by się nim nacieszyć:) Pięknie wygląda świat opatulony w śniegową pierzynkę, choć cienką:)

Przyglądałam się śniegowym kreacjom w lesie:

Cudnie wyglądają bukowe liście w zmrożonym śniegu:

Uwielbiam motyw zamrożonej wody ze śniegiem:

Leśne klimaty:

Przyciągnął mnie z daleka pieniek, to zrobiłam mu sesję z kilku stron:)

Nagrodą na tym spacerze był widok stada jeleni – były to łanie z młodymi (szczerze napiszę, że myślałam, że były to sarny, jednak pokazałam komuś, kto się na tym zna i mnie skorygował – jakkolwiek i tak są piękne:)

kolory jesieni

Jesień pełna kolorów

Jesień jest cudna w swoich boskich kolorach! Kiedy piszę niestety już wszystkie liście spadły (choć to sprawia, że więcej widać, jest więcej światła:), przynajmniej tu gdzie jestem, jednak początek listopada był pełen kolorów! Wzięłam 4 psy i poszłam na spacer, by uwiecznić te cudowne obrazy malowane przez naturę:) Mam nadzieję, że i Ty poczujesz w tych zdjęciach to piękno, które porusza serce:)

Jesienią wszelkie ścieżki, dróżki i drogi zmieniają swój wygląd i pociągają swym pięknem:)

Liście, listeczki – żółte, pomarańczowe,czerwone w różnych odcieniach.. Tu, gdzie teraz jestem, króluje buk, stąd najwięcej jest odcieni rdzawobrązowych:)

Las jesienią, zarówno na skraju, jak i w środku, mieni się paletą barw:) Uwielbiam wtedy (choć nie tylko wtedy) chodzić leśnymi ścieżkami i je podziwiać:)

A teraz wycinkowe obrazy, jakie w lesie jesienią tworzy natura – te kolory liści plotą barwne boskie kobierce mieniące się tysiącem kolorów!

A na koniec zdjęcie, które pięknie pokazuje różnorodność w świecie natury – kiedy jedno drzewo już bez liści, inne mają korony pełne liści, tu akurat żółtych, choć w tym samym czasie inne były jeszcze zielone. Każde piękne na swój sposób i żyjące na swój, własny indywidualny sposób w zgodzie ze sobą:) Na każdym kroku można się n=od natury uczyć i inspirować:)

Grzyby – małe, duże, kolorowe:)

Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałam za grzybami.. W mojej rodzinie nie było tradycji zbierania grzybów, a te kilka razy, co byłam z jakąś ciotką, to wspominam fatalnie.. Bałam się wtedy pająków, więc przerażona rozglądałam się wokół, tyle ze nie na ziemię.. No i oczywiście co chwila lądowałam w jakiejś sieci.. Nigdy tez nie byłam fanką smaku grzybów, stąd w ogóle im się nie przypatrywałam.. Co za tym idzie – w ogóle się na nich nie znam.. Jedyne grzyby, które rozpoznawałam do tej jesieni, to muchomory i kurki:) No i jeszcze Kanię, jak ja mówię tańczącą, bo falbanka pod kapeluszem odróżnia ją od innego grzyba, podobno trującego..Reszta – grzyb jak grzyb, biała nóżka i brązowy kapelusz..

Po raz pierwszy jako taką przyjemność ze zbierania grzybów miałam rok temu, kiedy pojechałam na tydzień do takiego Janusza. Pracować, żeby nie było:) No i w pierwszy ranek tygodnia pracy zabrał mnie na grzyby:) To była ciekawa przygoda – znalazłam cały koszyk grzybów! Oczywiście, każdy przechodził przez kontrolę Janusza, czy w ogóle jest jadalny. Jakkolwiek nie byłam w stanie odróżnić prawdziwka od podgrzybka.. W ogóle nie łapałam, że prawdziwek to borowik.. Dla mnie wszystko jeden pies.. Jakkolwiek spodobało mi się zbieranie:) Na szczęście za obróbkę tych grzybów podjął się Janusz i miał z tego fun:) Część posuszył, część zamroził,a jeszcze inne zamarynował:) Ja dostałam torebkę suszonych i słoik marynowanych dla taty, które je uwielbia:) A dla siebie wzięłam wysuszoną kanię, którą sproszkowałam i używam do zagęszczania sosów:)

Ciekawą historię ma mój tata. Mieszka w Płocku w bloku na osiedlu. Uwielbia grzyby, a nie jeździ je zbierać do lasów, bo ani sił nie ma, ani jak. I co? Co roku zbiera masę podgrzybków pod .. swoim oknem.. Rośnie tam duży świerk i tam rosną!!

Kiedy kumpela, u której jestem obecnie, przyniosła któregoś dnia kilkanaście różnych grzybów, to nawet nie miałam ochoty pomóc jej ich obrabiać, bo, jak to mówiłam, ich w ogóle nie czuję.. Aż do momentu, kiedy chodząc na spacery po lesie zaczęłam się potykać o grzyby.. Często na środku drogi, bo jakoś nie zbaczam tu ze ścieżek.. Na początku były głównie borowiki – kilka sztuk, jednak zdecydowanie więcej znalazłam podgrzybków:) Nawet ze dwa koźlaki znalazłam, bo okazało się, że jakoś je zapamiętałam z tamtej przygody z Januszem – poznałam po ich czerwonych główkach:) To moje znaleziska:

A najpiękniejszego grzyba znalazłam wczoraj, przy drodze, ukrytego w trawie. Po wyrwaniu okazało się, że był podwójny:) To ten ostatni powyżej, cudny , prawda?

Do dzisiaj suszyłam je na słońcu, a dziś dosuszam w piekarniku. Podgrzybkami poczęstuję szwagra, bo podobnie jak mój tata, je uwielbia, a prawdziwki – dla mnie:) I tak nimi uraczę rodzinkę, najprawdopodobniej w czasie świąt, o ile będę wówczas na miejscu. Jakkolwiek polubiłam grzybobranie:)

W trakcie spacerów zaczęłam się im przyglądać i podziwiać różnorodność kształtu, koloru, wielkości.. Są niesamowite!! To takie bogactwo, a przy tym pełnią ważną rolę, choćby tworząc sieć połączeń pomiędzy grzybami, dzięki nim drzewa się komunikują! Więcej na ten niesamowity temat możesz poczytać we wspaniałej książce „Sekretne życie drzew”, której autorem jest Peter Wohlleben – gorąco polecam!!

Ile wśród nich kolorów, kształtów! Cały czas jestem pod wrażeniem! Popatrz:

A jakie mają sposoby, by się ukryć! Schowane, przycupnięte pod drzewem, choć niektóre rosły na środku drogi:)

Czasami udało mi się „przyłapać” grzyba, kiedy przebijał się przez ziemię:)

Świat grzybów jest ogromnie szeroki i różnorodny. Jest mnóstwo grzybów rosnących na starych czy spróchniałych drzewach i nie każdy ma nóżkę:)

Zdarza się, że rosną całymi rodzinami i/lub z innymi na kupie:)

Zapraszam Cię do lasu – rozejrzyj się i podziwiaj przebogaty świat grzybów:)

Pająki – od arachnofobii do ciekawości

Miało być o pająkach i grzybach, których we wrześniu pełno w lasach, jednak mam tyle zdjęć jednych i drugich, że postanowiłam każdemu poświęcić jeden oddzielny wpis:) A już znalazłam połączenie pomiędzy nimi, że zarówno pająki, jak i grzyby tworzą sieci.. Tak więc dziś skupię się na pająkach i ich sieciach:)

Jeszcze rak temu, maksymalnie dwa, gdyby ktoś powiedział, że będę pisać i fotografować pająki, to bym powiedziała, że nigdy w życiu! Od dziecka bałam się bardzo pająków. Pamiętam, jak miałam może 5 lat i szłam sobie przez takie nieużytki pełne pagórków, zarośnięte trawą i kwiatami. Było to w mieście, blisko bloków. I kiedy tam szłam, to nagle wręcz odbiłam się od sieci pajęczej, na której na samym środku siedział ogromny dla mnie wówczas pająk – krzyżak.. Byłam przerażona! Potem w wakacje byliśmy na Mazurach u rodziny na wsi i kilkakrotnie widziałam duże, czarne, wręcz granatowe pająki, które widziałam tylko tam. Na pewno to, że byłam wtedy małą dziewczynką sprawia, iż rosły w moich oczach.. Przypomniało mi się jeszcze, jak oglądałam „Pszczółkę Maję” – tak się bałam Tekli – pająka, że chowałam się za wersalkę i patrzyłam przez palce, którymi zasłaniałam sobie twarz.. Wrzeszczałam wniebogłosy, kiedy jakikolwiek pająk, nawet malutki znalazł się w obrębie mojego wzroku! Kazałam mamie, a potem innym osobom zabijać je, bo ja sama nie byłam w stanie – tak się ich bałam! Nie byłam w stanie nawet oglądać i dotykać zdjęć z pająkami – szybko przerzucałam, by ich nawet nie zobaczyć.. Jeszcze w 2013 roku, kiedy spałam u kumpeli i nagle przemknęło coś, co wydawało mi się pająkiem, fakt faktem sporym (choć najprawdopodobniej była to mysz, której w ogóle się nie boję), to zeszłam na dół i poprosiłam, bym mogła spać w innym pokoju, bo nie byłam ze strachu zmrużyć oka..

Wszystko powoli zaczęło się zmieniać właśnie w 2013 roku w maju, kiedy dostałam znaki, że mam iść szlakiem św. Jakuba. Wtedy dotarło do mnie, że idąc i śpiąc w różnych miejscach będę mieć do czynienia z pająkami. Z drugiej strony przyszła mi taka myśl, iż gdybym miała jakiegoś malutkiego pająka pod codzienną obserwacją, to nawet nie wiem, kiedy on by urósł, a ja stopniowo bym się z nim oswajała.. Od tamtej pory Anioły co chwila zsyłały na mnie małe pajączki, które wpadały na mnie ze wszystkich stron i chodziły po mnie. Bardzo mnie to rozśmieszyło i rozluźniło:) Zaczęłam być ciekawa pająków: obserwowałam je i ich sieci, ale tylko na odległość i małe pająki. W styczniu 2014 roku zamieszkałam w tzw. zamku Gargamela (nazwa wymyślona przez sąsiadów ze względu na specyficzny kształt domu) w Zbicznie – wiosce nad jeziorem. Wokół pełno było drzew – mieszkałam praktycznie w lesie, stąd i pająków było całkiem sporo, i to sporych rozmiarów! Pierwszego większego pająka własnoręcznie ubiłam, co i tak było postępem.. Jeszcze większym było to, że wiele mniejszych pająków mogło przy mnie funkcjonować. Z czasem te większe wynosiłam na zewnątrz, wsuwając pod nie kartkę i zasłaniając kubkiem. To w moim życiu była rewolucja! Od tamtej pory przy mnie pająki żyją, część wynoszę na zewnątrz, jakkolwiek już się nie wzdrygam na ich widok. Nie chciałabym, by jakiś pająk po mnie chodził, jednak jestem dumna ze zmiany nastawienia do tych stworzeń:) Jakkolwiek zaskoczona jestem tym, że któregoś dnia we wrześniu, chodząc na codzienne spacery na Podlasiu i wpadając na sieci pająków, poczułam, by poświęcić im wpis, a jednak:) Bardzo się z tego cieszę, a jak oglądam zdjęcia, to bardzo się cieszę z tej decyzji:) Zresztą – podziwiajcie sami:

Miałam ciekawe doświadczenia z pająkami, jak zaczęłam od początku września chodzić na spacery. Szłam szeroką aleją główną, a potem zbaczałam w jakąś ścieżkę w bok. Na nich co i rusz wpadałam na pajęcze sieci, stąd byłam uważniejsza, aż w końcu zaczęłam chodzić z kijem, machając nim przed sobą, byle tylko nie dać się złapać:) Jeśli tylko zauważyłam lub wyczułam poprzez kija, że jest pajęczyna, jak tylko mogłam tak staram się przejść, by jej nie zerwać, choć raz czy dwa się nie dało – były centralnie na środku drogi. A raz pająki mnie zaskoczyły. Idę sobie tą główną szeroką ścieżką, po której rzadko, ale jednak czasami przejedzie samochód. Rozmawiałam przez telefon i nagle na najszerszym odcinku – zobacz zdjęcie poniżej – wypatrzyłam sieć! Oczywiście nie była szeroka jak droga, tylko z boku – po prostu jedna czy dwie nici szły na drugą stronę. Jakkolwiek tu się tej pajęczyny zupełnie nie spodziewałam!

Czasami jedyny sposób, by je zobaczyć, to znaleźć odpowiednie tło:) Tu na tle nieba:

a tu na tle drzew – udało się go złapać w trakcie posiłku:

Czasami nie widziałam pająka, a efekty jego obecności:

Udało mi się złapać pająka naprawiającego swoją sieć:

Często w lesie nie widać pająka, jednak widać jego obecność poprzez wiszące w powietrzu kawałki roślin, jak np. liść:

Dwa lata temu poznałam pięknego pająka, jedynego jadowitego w Polsce – tygrzyka. Wygląda jak osa, a jego sieć ma charakterystyczny „zamek”, wzmocnienie sieci biegnące od środka do dołu w kształcie zygzaka. Można go spotkać na łąkach – raczej nisko na wysokości nóg, a tym razem znalazłam go na sośnie:

Chodząc codziennie tą samą ścieżką, zauważyłam, że pająki znikają – następnego dnia nigdy ich nie było w tym samym miejscu. Z tego też powodu, kiedy zdecydowałam się iść na sesję z aparatem poprosiłam pająki, by były na mej drodze – bym miała komu zrobić te zdjęcia:) No i były! Ciekawe, że już od następnego dnia coraz mniej spotykałam na drodze – gdybym poszła na sesję 3 – 4 dni później nie miałabym żadnego materiału na ten wpis..

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna – od kosmetyków sklepowych do substancji naturalnych

Dziś chciałabym się z Tobą podzielić moimi drogą, która, podobnie jak moja droga życiowa, prowadzi od tego, co masowe, powszechne do swoistej, indywidualnej ścieżki – jedno z drugim jest mocno powiązane. Ponad 8 lat temu mieszkałam w mieście, jadłam gotowe, przetworzone jedzenie, co i rusz kupowałam nowy ciuch i nowe buty, a swą wartość widziałam poprzez materię i pieniądze. Podobnie było z kosmetykami – miałam ich sporo: kremy do twarzy, balsamy do ciała, szampony, odżywki.. Sporo też miałam kosmetyków kolorowych, choć tak naprawdę rzadko się malowałam. Wszystkiego miałam za dużo…. Półki w regale były ciężkie od książek i papierów, w garderobie wieszak na wieszaku, aż się uginało, a w łazience – pełno buteleczek i pojemników.. Dziś moja podstawowa kosmetyczka na co dzień jest taka, jak na tytułowym zdjęciu i zawiera: macerat olejowy, ocet, naturalny szampon ziołowy i glinkę bentonitową, zgodnie z ajurwedyjską zasadą, iż kosmetyki mają być jadalne.

Pierwszy puściłam balsam do ciała, choć początkowo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Moje nogi wysuszały się po kąpieli, a skóra na całym ciele ściągała się aż do bólu.. Jednak – to był efekt uzależnienie skóry od kosmetyków, bo już po 2 tygodniach nieprzyjemne odczucia zniknęły, a skóra odzyskała naturalną sprężystość. Powiem więcej – po latach nieużywania sklepowych kosmetyków nawilżających do ciała moja skóra jest gładsza i bardziej miękka teraz niż wtedy.. W roku szkolnym 2017/18 robiłam ajurwedę na GWSH w Katowicach (https://www.gwsh.pl/studia/studia-podyplomowe-ajurweda.html – polecam:), gdzie dostałam mnóstwo inspiracji. Rok wcześniej będąc na Eulu (http://www.eul.grzybow.pl) zaciekawiłam się ziołami i zrobiłam pierwszy macerat olejowy z nagietka. Na ajurwedzie poznałam olej sezamowy – uniwersalny dla każdej doszy i od tamtej pory co roku robię sobie jakiś macerat z tego oleju: z płatków róży, jaśminowca, w tym roku z dziurawca oraz miętowo – szałwiowy. Do czego go wykorzystuję? Do masażu, automasażu, do nawilżenia jakiejś części ciała, kiedy poczuję czy olejowania twarzy oraz włosów. No i oczywiście do jedzenia – można na nim smażyć:) Ten ostatni zrobiłam w konkretnym celu: do codziennego ssania oleju, co oczyszcza po nocy buzię (w sensie jamy gębowej:) z wszelkich nagromadzonych tam toksyn. Kiedyś dziwiłam się, jak ktoś mył zęby zaraz po wstaniu z łóżka, a wtedy zrozumiałam tego sens, choć ssanie jest efektywniejsze. Taki macerat przechowuję w ciemnych butelkach, a z sobą wożę w małej 100 ml butelce.

Następnie przyszła kolej na moje włosy. Odpuściłam zarówno szampon, jak i odżywki. Miałam krótkie włosy i postanowiłam spróbować myć je tylko wodą. To się super sprawdziło przez długi czas, dopóki włosów nie zapuściłam, a mam je bardzo gęste. Sama woda przestała mi wystarczać, choć myślę sobie, że może po prostu za rzadko je moczyłam. Przy krótkich włosach przestawiłam się na mycie raz w .. miesiącu. Możliwe, że moje długie i gęste włosy po prostu potrzebują częstszego moczenia. To są przemyślenia na dziś, bo od około 4 lat sprawdzam różne naturalne sposoby mycia włosów. Długi czas myłam wodą z sodą. Sprawdziłam też mycie mąką żytnią (tylko musi być bez łusek, bo potem zostają we włosach..) – zarówno bezpośrednio na skórą, jak i w roztworze z wodą – na razie żaden z tych sposobów nie sprawdza się w pełni przy moich włosach. Mam jeszcze pomysł umyć je kiedyś glinką bentonitową. Na dziś od roku używam szamponu pełnego ziół od Agi z Zielskiej Kolonii, o której więcej informacji znajdziesz a moim poprzednim wpisie https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=336&action=edit. Jest ok, aczkolwiek jak już osiądę znajdę inny sposób na moje włosy:)

Dodam jeszcze, że będąc na psychotronice od jednej z prowadzących dostaliśmy przepis na odżywkę na włosy, jaką stosują Hinduski na swoje cudne włosy. Ja kilka razy ją wypróbowałam i bardzo ją lubię. A przepis jest prosty – zawiera 4 składniki: jajko, olej, jogurt (mleko) oraz miód:)

Na koniec mycia płuczę włosy chłodną wodą z octem własnej produkcji, np. z rzepy lub jaki mam pod ręką. Octu też używam na różne sposoby: do płukania włosów, picia rano na czczo powerdrinka (na noc nastawiam szklankę wody z 1 łyżeczką miodu, rano dodaję 1 łyżeczkę octu), a latem na co dzień piję wodę z octem, która jest pyszna i zdrowa:)

Jeszcze do niedawna do czesania włosów używałam plastikowej szczotki, którą kupiłam kilka lat temu. Rok temu Aga z Zielskiej Kolonii zainspirowała mnie drewnianym grzebieniem, który kupiła od Ukraińców. Chciałam, by kupiła mi podobny, jednak od tamtej pory nie było okazji. I tak upłynął rok. W połowie lipca byłam na warsztatach białego śpiewu, o czym pisałam tutaj: https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=406&action=edit, gdzie na Giełdzie Twórców dzieliłam się tym tematem (co zresztą było inspiracją do napisania o tym na blogu:). Tam jeszcze miałam ową plastikową szczotkę. Po powrocie postanowiłam to zmienić i okazało się na internecie, że są dostępne drewniane grzebienie z przynajmniej 2 drzew: bukowego i drzewa neem, który był 3 razy droższy od pierwszego, jednak po poczytaniu o właściwościach poczułam, że właśnie jego chcę:) Oto mój grzebyk:

Grzebień z drzewa neem (inaczej z miodly indyjskiej) ma według producentów takie właściwości:

  • ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho, jak i mokro, nie uszkadzając struktury włosa,
  • umożliwia równomierne rozprowadzenie odżywek,
  • pobudza wzrost włosów – mam nadzieję:),
  • zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi,
  • nie elektryzuje włosów – rzadko i delikatnie, jednak zdarza się,
  • nabłyszcza i wygładza włosy,
  • jego dotyk jest znacznie delikatniejszy i nie podrażnia skóry głowy lub brody podczas czesania.

Od 2016 roku eksperymentuję z różnymi substancjami do mycia zębów. Swą przygodę w tym zakresie rozpoczęłam od mieszanek z olejem kokosowym, do którego dodawałam a to sody oczyszczonej, a to kurkumy czy węgla. Z każdej mieszanki byłam zadowolona, jednak ostatecznie zrezygnowałam z oleju kokosowego po opowieści jednej z mych znajomych. Lutka wraz z grupą dzieci przedszkolnych była na wizycie w oczyszczalni ścieków. Okazało się, że to z czym jest im najtrudniej sobie poradzić, co najbardziej zanieczyszcza ścieki, to 3 rzeczy: antykoncepcja (to już indywidualna decyzja kobiet i/lub par), tłuszcz i włosy. Od tamtej pory nie wrzucam włosów do kibla, co robiłam, bo nie byłam świadoma konsekwencji – dla mnie to było kilka włosów, jednak rzeczywiście one nieźle zapychają, co większość osób doświadcza pod prysznicem.. Od tamtej pory nie wlewam też tłuszczu do zlewu – jak już wspomniałam zrezygnowałam z oleju w mej paście do zębów oraz oczyszczam patelnie z tłuszczu ręcznikiem papierowym lub gazetą po smażeniu, zanim ją umyję. W tym też czasie wpadła mi w ręce świetna książka „Jedz brudniej” Josha Axe, którą gorąco polecam. Autor jest naturopatą, prowadzącym własną klinikę w Stanach Zjednoczonych, po własnych doświadczeniach ze zdrowiem łączącym świat zachodni i wschodni. Zachęca do jedzenia ziemi, nie tylko poprzez organiczne warzywa, kontakt ze zwierzętami, ale również bezpośrednio. Tu poleca glinkę bentonitową, którą ja teraz również polecam. Poczytaj o jej właściwościach niesamowitych na stronie, na której ją kupuję: https://www.magicznyogrod.pl/bentonit_wapienny.html. To jest kolejny mój „kosmetyk”, który używam na różne sposoby: jako pastę do zębów (wilgotną szczoteczkę „maczam” bezpośrednio w proszku), do płukania ust czy robiąc z niej pastę mieszając z wodą nakładam na stany zapalne lub zranienia. Ową glinką wspomogłam też mego starego, wówczas 18-letniego kota, dodając mu jej do mokrej karmy. Wspomnę tylko o jednej niesamowitej właściwości glinki: oczyszcza organizm z wszelkich toksyn, jednocześnie dostarczając mnóstwa mikroelementów! Od kilku też lat używam bambusowej szczoteczki, którą po zużyciu zakopuję w ziemi:)

Może już przyszło Ci do głowy, że czegoś tu brakuje, jednego podstawowego kosmetyku, o którym ja przez długi czas byłam przekonana, że mogę zrezygnować ze wszystkiego, tylko nie z tego. Mam na myśli mydło. I wtedy 2016 roku, kiedy byłam na jednym z ostatnich zjazdów dla mnie w Ulrze (Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej – https://www.uniwlud.pl, polecam:), poznałam Agatę. Tam w ogóle było mnóstwo ciekawych i inspirujących osób, z którymi rozmawiałyśmy i o weganizmie, jak i kosmetykach naturalnych. I któregoś wieczoru Agata zastrzeliła mnie wiadomością, iż od 30 lat mieszkając w Krakowie nie używa mydła, że myje się samą wodą.. To był dla mnie szok! A kobieta zadbana, kolorowa, przedsiębiorcza.. To zrewolucjonizowało moje podejście do prysznica i mycia! Postanowiłam sprawdzić, jak to jest. Od prawie zawsze lubiłam się myć gąbką, więc dalej to robiłam, pomijając mydło. I okazało się, że jest ok! Już na początku mej podróży zrezygnowałam z mydła do higieny intymnej, co moje części intymne przyjęły z wielką ulgą, a teraz zrobiłam kolejny krok. Po jakimś czasie wymieniłam kupną gąbkę na własnoręcznie zrobioną na szydełku ze sznurka bawełnianego, która służy mi od kilku lat.

Mamy tyle przekonań co do mycia.. Są ludzie uzależnieni od codziennego czy nawet kilkukrotnego brania prysznica w ciągu dnia, a to naprawdę nie służy naszemu ciału.. To, co tu piszę, dla niektórych może być szokujące, jeszcze w kontekście koronki.. A ja jestem przekonana i jestem na to przykładem, że im mamy częstszy kontakt z różnymi mikrobami, tym jesteśmy zdrowsi. Zresztą pięknie o tym pisze Josh Axe w swej książce. W jednym rozdziale przytacza najpierw historię o tym, jak jechał z żoną metrem i upadł im kawałek czekolady na podłogę. Wówczas zrobili to, co zrobiłaby większość: schowali ów kawałek do papierka i wyrzucili do śmietnika. Kilka lat później czytał wyniki badań, z których wniosek był następujący: chcąc wzmocnić układ odpornościowy dziecka, warto by było przeturlać takiego niemowlaka po podłodze metra w godzinach szczytu.. Niech Ci to posłuży za inspirację i inne wejrzenie na „brudną” codzienność, pełną bakterii. Wczoraj słuchałam ciekawego miniwykładu Bruca Liptona, który wspomina, iż obecnie mówi się o człowieku „nadorganizm”, gdyż do przeżycia potrzebuje 500 bilionów mikroorganizmów, żyjących w jego organizmie.. To było na tyle inspirujące, że najprawdopodobniej któregoś dnia kilkoma wiadomościami z tego podzielę się na blogu.

Ostatnio do mojej kosmetyczki wrócił olej kokosowy, który wymieszany z sodą oczyszczoną (i czasami kilkoma kroplami olejków eterycznych) stanowi mój dezodorant pod pachy. Kiedyś nie czułam potrzeby używania, jednak zdarzają się upalne dni, a ja latem spędzam czas na zewnątrz zwykle coś robiąc, co oznacza pocenie się więc postanowiłam sobie zrobić dezodorant, który świetnie się sprawdza. Jest jeden minus większości moich „kosmetyków”: są tłuste.. Uczę się uważności i takiego sposobu ich używania, by jak najmniej pozostawiać śladów ich użytkowania.. Jakkolwiek i tak je bardzo cenię, pomimo tego:)

Tak wygląda obecnie moja kosmetyczka. W małych słoiczkach przewożę różne skarby, które w ramach wdzięczności za moją pracę dostaję od Agi z Zielskiej Kolonii. Większość tych skarbów rozdaję bardziej potrzebującym lub używającym, bo ja raczej bawię się tym:) Mam od Agi np. kremik do rąk, krem do stóp z mocznikiem (boski) czy maść z magnezem, a także na nerki. Używam ich, kiedy mam na to ochotę, a nie, że muszę codziennie lub zupełnie nietypowo, jak np. maść na serce. Smaruję nią codziennie okolice serca, by intencjonalnie połączyć się z sercem i wzmocnić je w otwieraniu się na miłość w boskim znaczeniu:) Od jakiegoś czasu otwieram się na olejki eteryczne, które używam czasami jako a la perfumy dla zabawy lub w konkretnym celu. Jedna moja kumpela Justa zainspirowała mnie, by używać olejku z oregano z kremem do stóp i wsmarowywać razem w ramach profilaktyki na robaki – przyjemne z pożytecznym:)

Od lat nie używam takich przedmiotów jak golarka czy pumeks. Jestem w tych sferach jak najbardziej naturalna: włosom pozwalam rosnąć, tam gdzie rosną (one mają swoją funkcję), a chodzenie boso gładzi moje stopy zdecydowanie lżej i lepiej niż jakikolwiek pumeks. Dla ciekawości dodam, iż był czas, iż używałam peelingu do ciała, zrobionego w ramach zająć z ajurwedy. Słyszałam, iż były osoby, które się nim zajadały (a, tak!!), a ja używałam go na poprawę humoru, kiedy było mi smutno lub byłam zmęczona – efekt poprawy był murowany! Teraz nie mam przy sobie dokładnego przepisu, natomiast pamiętam, że składał się na pewno z brązowego cukru, oleju kokosowego oraz sproszkowanej mięty – zgodnie z zasadą, iż kosmetyk nakładany na ciało ma być jadalny:)

Dodam tylko, iż zmiany u mnie dotyczą też sfery czyszczenia pomieszczeń. Do takich celów używam głównie sody oczyszczonej i octu (tu raczej spirytusowego). Kiedy już osiądę, bardziej będę korzystać z przepisów z książki „Wyrzuć chemię z domu” Ewy Kozioł, prowadzącej bloga https://zielonyzagonek.pl.

Tym wpisem chciałabym Cię zachęcić do twórczego podejścia do codzienności, do sprawdzania i eksperymentowania również w sferach, w których wydawać by się było, że są ustalone zasady i tak jest ok.. Tu są moje sposoby na dbanie o moje ciało – Ty znajdź swoje:) Chętnie przyjmę Twoje pomysły na to i nie tylko:) Powodzenia!

Agacper - tworzy wszędzie, nawet na wakacjach:)

Siuga – na urodzinki od Ninki :)

Dziś są urodziny Siugi – jak to kiedyś nazwała Agę moja siostra – piekne, bo okrągłe:) Dziś Agnieszka dołączyła do wspaniałego grona 40-latek:) Długo zastanawiałam się nad prezentem dla niej, bo już od lat nie daję prezentów kurzołapek itp. Wolę dać (i dostać) coś, co się danej osobie przyda, czego ona konkretnie chce lub coś, co możemy razem zjeść, zrobić, itp.:) Od jakiegoś czasu dopytywałam się Agnieszki, co by chciała i dopiero dziś – przed chwilą dostałam odpowiedź: mam zrobić dla niej pizzę:) Wspaniale, z miłą chęcią:)) Niezależnie od tego kilka dni temu wpadłam na pomysł, by dziś umieścić wpis o niej na blogu, o czym myślałam od jakiegoś czasu, bo to bardzo ciekawa i inspirująca osóbka:)

Z Agą znam się od lat ponad 15, bo jestem w tej cudownej sytuacji, że jest członkiem mej rodziny dzięki wspaniałemu bratankowi Kacperkowi. Nasza znajomość różnie się kształtowała, jednak z czasem jest nam coraz bliżej do siebie, co bardzo cenię:) Jest to chyba najbardziej kreatywna osoba, jaką mam w swym gronie! Z niczego zrobi COŚ!

Droga kreatywności Agi jest kręta i bogata – co jakiś czas fokusuje się nad czymś innym. 10 lat temu tworzyła kolorową i oryginalną biżuterię, dodatkowo ekologiczną i recyklingową. Do jej wykonywania wykorzystywała korę, cynamon, żołędzie, jak i ich czapeczki, resztki tkanin, skórę po kozakach, wiklinę papierową, kapsle.

Kiedy chciała komuś podarować kolczyki, jako opakowania do nich używała ozdobionych ręcznie pudełek po zapałkach. Sama dostałam kiedyś od niej pod choinkę biżuterię zapakowaną w to niecodzienne, acz piękne pudełko. Zresztą, sami zobaczcie:

Aga pracuje na świetlicy szkolnej, jako nauczyciel plastyki oraz często prowadzi różne kółka, zarówno twórczości, jak i ekologiczne. Jak sama stwierdziła, stara się pokazać dzieciom, że piękne rzeczy niekoniecznie pochodzą ze sklepu, można je wykonać samemu z makulatury, plastikowych butelek, patyków, kamieni, resztek tkanin czy innych materiałów wtórnych. Na zajęciach twórczości, jakie prowadzi w szkole, bardzo często dzieci tworzą wspaniałe wytwory pochodzenia recyklingowego czy grają w gry ręcznie robione.

Była pomysłodawcą i koordynatorem corocznego konkursu ekologicznego ”Recyklingowe Cudeńko”. Pierwsza edycja odbyła się w 2010 roku. Według Siugi pomysły dzieci oraz ich rodziców były zawsze fantastyczne. Od czwartej edycji konkurs został rozszerzony na konkurs międzyszkolny.

W czasie wolnym zajmuje się rękodziełem, do którego także często wykorzystuje recykling. Kilka lat stworzyła mydelniczkę z plastikowej butelki po płynie do prania (odcięty spód nadpaliła nad świeczką wygładzając brzegi, jednocześnie nadając odpowiedni kształt; mydelniczka posiadała rowki, dzięki którym mydło nie stało w wodzie, a ponadto łatwo było ją utrzymać w czystości). Do dziś ma dywanik łazienkowy wykonany na szydełku ze starych bawełnianych koszulek, pociętych na pasy o szerokości około 2 cm. Aga mnie wtedy zainspirowała tymi dywanikami i po 20 latach wróciłam do szydełkowania:))

Aga ma niecodzienne pomysły na różne okazje. Tak, na przykład, przyozdobiła swoje mieszkanie i jego mieszkańców na święto Halloween w 2015 roku:

Siuga z nic nie wartych kawałków papieru i innych materiałów robi coś, co jest piękne, oryginalne, niepowtarzalne, po prostu WOW! Kilka osób z jej bliskiego otoczenia dostało albumy fotograficzne, cudowna rzecz na lata ciesząca oko nie tylko wspomnieniami:

7 lat temu w 2013 roku Aga tak napisała o sobie: „Na co dzień staram się z szacunkiem podchodzić do Matki Natury, dlatego moje działania są często proekologiczne. Zanim dokonam jakiegoś zakupu dobrze się wpierw zastanawiam, czy jest mi to faktycznie potrzebne, zwracam uwagę na opakowania, czytam skład pożywienia, korzystam ze sklepów z odzieżą używaną, wraz z synem często robimy ekologiczne zabawki, razem segregujemy śmieci, sprzątamy kupy po naszym psie. Nie tylko ekologicznym, lecz także ekonomicznym działaniem jest nabieranie pokąpielowej wody do wiadra, która później wykorzystywana jest do spłukiwania sedesu – ten pomysł spodobał się także kilku moim znajomym, którzy również w ten sposób zaczęli oszczędzać i wodę i pieniążki.”, po czym opisała swoje ówczesne dokonania (biżuterię, recyklingowe zabawki w domu i w szkole), dzięki czemu wygrała ekologiczny rower miejski w konkursie ekologicznym, zorganizowanym przez Ministerstwo Środowiska:) A to, co wtedy napisała, do dziś w poszerzonej wersji jest aktualne do dziś:) Jest wrażliwą osobą i często przeciera szlaki. Od lat wystawia latem pojemniki z wodą (nawet jeż z nich pije – zresztą zobacz na zdjęciu) i zachęca do tego innych.

Aga inspiruje swoje otoczenie do innego podejścia do codziennych czynności. Kilka lat temu razem w wówczas 8-letnim synem na czas wakacji ustalili sobie dzień wolny od mediów – nie korzystali z telewizora, komputera, telefonów, radia przez jeden dzień w tygodniu. Przez jakiś czas kultywowali to również po wakacjach. Na kawałku drewienka stworzyła kilka zasad obowiązujących w ich relacjach:

A tak od kilka lat wygląda ich oryginalna choinka:

Aga w swej drodze kreatywnej przechodzi różne fazy fascynacji. Po etapie biżuterii nastąpił etap odnawiania mebli. Siuga zachęciła nawet mnie do udziału w warsztatach renowacji mebli, co było ciekawym doświadczeniem. Jej meble są zwykle pełne kolorów. Poniżej znajdziesz kilka mebli odświeżonych jej ręką:

Zdarza jej się przyozdabiać ściany:

Aga ma swój styl i z moich obserwacji kilka ulubionych motywów, jak np. sówki i domki. Domki malowała też na kamieniach oraz na kolorowankach własnej produkcji.

2 lata temu – w 2018 roku – po pewnych doświadczeniach duchowych z Kronikami Akaszy Aga zaczęła malować obrazy. Pierwszym motywem były przepiękne i oryginalne mandale:

Z czasem Siuga otworzyła się na Anioły: rozmawia z Nimi poprzez Karty Anielskie oraz tworzy Ich portrety:

Chyba w podobnym czasie Aga otworzyła się na fotografię. Zaczęła tworzyć minisesje dla znajomych, a obecnie od 2 stycznie uczestniczy w rocznym wyzwaniu fotograficznym na stronie https://tookapic.com, gdzie codziennie umieszcza zrobione przez siebie zdjęcie. Dba o szczegóły, stąd zbiera i kupuje różne tła, ma też lampę czy specjalną parasolkę odbijającą światło, z których korzysta przy tworzeniu swych niepowtarzalnych zdjęć:) Również w tej sferze, podobnie jak w obrazach, ma swój wyjątkowy styl. Sama Aga jest osobą barwną, pełną kolorów – jest mistrzynią w wyszukiwaniu ciekawych i oryginalnych ubrań w ciuchlandiach:) Nie wspomniałam jeszcze, że szyje i ozdabia swoje stroje w niebanalny sposób:) Poznajcie Agę z kilku jej autoportretów:

Uwielbiam jej zdjęcia z 2 świnkami! Rozczula mnie dbałością o szczegóły, jak np. maleńkie przedmioty własnego wykonania.. Oto kilka z nich:

Ciekawe też były zdjęcia związane z czasem koronki:

Siuga na http://www.tookapic.com pokazuje też swoją sztukę w różnych odsłonach:

Swój projekt – wyzwanie często wykorzystuje do dzielenia się swoimi wartościami i promowaniem ich:

Ma często niebanalne, mega oryginalne pomysły – te zdjęcia są dla mnie wow:

Aga zaskakuje też w życiu prywatnym:) Tuż przed 40tką wpadła na pomysł nauczenia się jeździć na deskorolce, zwanej fiszką oraz zrobić sobie tatuaż przedstawiający fazy księżyca, by stawić czoło bólowi:

Jeśli masz ochotę na bieżąco oglądać zdjęcia Agi, to zajrzyj na: https://tookapic.com/agacper – zapraszam!! Siuga maluje też obrazy na zamówienie oraz ma kilka na sprzedaż. Gdybyś miał ochotę je zamówić lub zaproponować jej ciekawy projekt kreatywny, to skontaktuj się z nią poprzez jej profil na Instagramie: http://agacper_foto.

Biały śpiew – wibracja masująca ciało od środka:)

W połowie lipca po raz drugi pojechałam na warsztaty białego śpiewu, organizowane przez Fundację OVO. Podobnie, jak w tamtym roku, odbyły się one w Rzepedzi, małej bieszczadzkiej wiosce:)

Co roku organizowane są 2 turnusy w lipcu: pierwszy dla osób z dziećmi, a drugi – już bez. W zeszłym roku pasował mi tylko turnus pierwszy z dzieciakami, co, choć lubię dzieci, wtedy niespecjalnie mnie cieszyło, jednak bardzo chciałam pośpiewać, stąd po prostu pojechałam. I okazało się, że dzieciaki wprowadzają mea luz i fajną energię, a Kasia, która się nimi zajmuje, ma cudowną energię i wspaniale było ją poznać! Do dziś pamiętam pierwszy wieczór, kiedy siedzieliśmy w kręgu i się zapoznawaliśmy, a trójka 3-4-latków biegała sobie w środku boso nie zwracając na nas uwagę. To było boskie!! Mając tak miłe doświadczenia, postanowiłam w tym roku specjalnie wybrać turnus z dzieciakami:) W ten sposób byłam choćby z kumpelą ze studiów, z którą odnowiłam relację po 20 latach, spotykając się na weekendowych warsztatach, prowadzonych również przez Witka Kozłowskiego z Fundacji OVO, w Poznaniu w styczniu.

Po raz drugi to była cudowna przygoda! W tym roku, podobnie jak w poprzednim, byłam uczestnikiem grupy Witka. Planowałam być u Rosjan, którzy wprowadzili Zoriuszkę, moją ulubioną pieść, do Polski, jednak z powodu koronki nastąpiły zmiany wśród prowadzących i stąd zdecydowałam się powtórzyć warsztaty u Witka. Tym razem pokazał nam głównie pieśni rosyjskie i kozackie, które – jak się okazało – mocno rezonują z moją duszą (widać Kozakiem też byłam i w Rosji żyłam:). To 2 moje ulubienice: fajna kozacka https://www.youtube.com/watch?v=OOsS9efkxWg oraz pieśń, której to wykonanie wywołuje we mnie ciarki po plecach: https://www.youtube.com/watch?v=dBjge9MWrZA.

Witek jest wspaniałym nauczycielem z otwartym umysłem i duszą i swoją postawą czyni cuda! Rok temu, jak jechałam, to dopiero otwierałam się na śpiewanie, jakkolwiek, gdy pojawiały się jakiekolwiek ćwiczenia, gdzie miałam wydać swój głos na światło dzienne na forum, od razu zamykałam się, spinałam. Całe życie słyszałam, że fałszuję i miałam ogromną barierę, by śpiewać głośno. Usłyszałam wtedy od Witka, iż ludzie nie fałszują, a raczej nie dostrajają się do reszty, co mnie wzmocniło, tym bardziej, że w podstawówce śpiewałam w chórze – w grupie dostrajałam się i było ok. To mnie otworzyło. Poza tym pokochałam wtedy Zoriuszkę, która sprawiała, że miałam ochotę śpiewać głośno całym ciałem. Jeśli jej nie znasz, to posłuchaj np. tej wersji: https://www.youtube.com/watch?v=cyadcxoO2q0. Śmieję się, że jest to pieśń o mnie i moim Bazylu, bo na końcu są słowa, ze brat Loniuszka Wasiliewicz prowadzi Ninę Wasiliewną, a Wasyl to inaczej Bazyl po rosyjsku:) Kolejny krok nastąpił w trakcie tych warsztatów w Poznaniu, kiedy ponownie pojawiła się Zoriuszka. Chodziliśmy po sali i kto dostał maskotkę, ten miał robić zaśpiew, czyli sam zacząć śpiewać pierwsze słowa danej zwrotki. I poczułam, że jestem na to gotowa i kiedy dostałam Flicoka przy ostatniej zwrotce, po prostu zrobiłam to – ZAŚPIEWAŁAM NA CAŁY GŁOS!! To było mega uwalniające! I w tym roku już byłam odważniejsza – na pewno słychać mnie było:)

Biały śpiew jest czymś niesamowitym – kiedy się śpiewa w grupie w ten sposób, po prostu wibruje całe ciało! Ja jeszcze śpiewam niższym głosem, co mnie mega masuje od środka, no po prostu cudowne uczucie!! Nawet bawiłam się i eksperymentowałam, czyli m.in. próbowałam w ogóle śpiewać pierwszym głosem niektóre pieśni, co w tamtym roku w ogóle było poza moim zasięgiem.. Naprawdę – Witek robi cuda swoją postawą:) A jego żona Marzena super wszystko organizuje:) Poza tym rano prowadzi ćwiczenia oddechowo – ruchowe (gimnastyka oddechowa Strielnikowej) – w tym roku w końcu je poczułam:) Tu możesz poczytać, jak to wyglądało w tym roku: http://ovo.art.pl/aktulanosci/pelnym-glosem-letnie-warsztaty-spiewu-bialego-2020/ – warto się tym zainteresować, jeśli rezonuje z Tobą biały śpiew:)

Podzielę się z Tobą jeszcze jednym doświadczeniem. Na każdym turnusie jest organizowana tzw. Giełda Twórców, gdzie można zaprezentować się, podzielić swoją twórczością. W tamtym roku, jak jechałam, to myślałam sobie, by tylko mnie nie zagarnęli na tę giełdę, bo nie wiedziałam, na jakich działa zasadach. Okazało się, że kto chce dzieli się tym, czym ma ochotę. Uczestniczyłam w każdej giełdzie i w ten sposób: zainspirowałam się robieniem włóczki na kołowrotku, zobaczyłam super teatrzyk lalkowy, dowiedziałam się na czym polega praca tłumacza, byłam i współprowadziłam spacer ziołowy, uczyłam się jak pisać teksty do śpiewu białego i jeszcze kilka ciekawostek. Już w tamtym roku zrodził się we mnie pomysł, by natsepnym razem podzielić się moim podejściem do kosmetyków, co zrealizowałam – podzielę się tym w innym wpisie:)

Nie zabraknie też elementu zdjęciowego. Już w tamtym roku byłam zafascynowana „trawnikiem” przed ośrodkiem, który w tym roku wyglądał tak:

Jednak to nie trawnik, tylko łąka pełna ziół! W tamtym roku naliczyłam w niej około 15 gatunków roślin. W tym roku ten „trawnik” ziołowy był dopiero co ostrzyżony i niektórych roślin nie widziałam, jednak to, co znalazłam, to sprawia, iż i tak jest na bogato:) A teraz Ci to kilka przybliżę:

Jak widzisz – warto patrzeć pod nogi, nawet na trawnik – można się zdziwić różnorodnością roślin pod stopami:)

Jest taki zwyczaj, że w sobotę stwarza się więcej czasoprzetrzeni, przesuwając śniadanie i obiad oraz rezygnując z dopołudniowych warsztatów śpiewu, by móc udać się na wycieczkę w góry lub gdziekolwiek – każdy organizuje to we własnym zakresie. Zarówno w tamtym, jak i w tym zostałam zaproszona do wspólnego przejścia się nad jeziora duszatyńskie – urokliwe i małe, położone w głębi lasu. Najpierw trzeba podjechać samochodem rozwalającą się drogą na parking, od którego prowadzi szlak prosto na jeziorka. Było zagrożenie burzą, na szczęście zdążyłyśmy spokojnie wejść i zejść.. hmm, niezupełnie – ja zdążyłam, bo me kumpele spóźniły się 2 minuty, nim runął deszcz i przemokły całkowicie.. Jakkolwiek zdjęć parę udało mi się cyknąć, utrwalając piękno po drodze:)

Oczywiście – po drodze zbierałam ziółka:) Tym razem skupiłam się na głowieńce (tej samej co rosła na „trawniku”, tyle, ze wysoką, bo mogła rozwinąć swe skrzydła:) oraz mięcie.

Cudna przygoda, a kiedy to piszę, po raz enty słucham chłopaków z Babkinych wnuków – są po prostu boscy:) do usłyszenia!

Kwiat jaśminowca - królowa nocy

Jaśminowiec – przygoda o wschodzie słońca

Jeszcze do wczoraj byłam przekonana, że dziś opowiem o jaśminie, jednak dowiedziałam się od Agi z Zielskiej Kolonii, że w Polsce rośnie jaśminowiec, błędnie nazywany jaśminem – każda z tych roślin należy do innej rodziny. Jaśminowiec to krzew, którego kwiaty obłędnie pachną!

Zapoznałam się z tą rośliną rok temu, kiedy kolejny raz przyjechałam właśnie do Zielskiej Kolonii na Podlasie. Okazało się, że kwiaty jaśminowca należą, obok np. lilaka, do królowych nocy, czyli kwiatów, które najintensywniej pachną w nocy i stąd najlepiej je zbierać o 4 nad ranem.. Potraktowałam to jako wyzwanie i przygodę zarazem i postanowiłam wstawać o wschodzie słońca, by je zebrać. Pierwszej nocy wstało mi się lekko, drugiej – znacznie trudniej, bo ja raczej lubię spać niż wstawać tak rano:) Podjęłam decyzję, że trzecia noc będzie ostatnią i albo się uda zebrać resztę, albo nie.. Udało się! Zajęło mi to tak długo, bo po pierwsze zbierałam kwiat po kwiecie, a po drugie już od jakiegoś czasu cokolwiek robię, robię znacznie wolniej niż kiedyś – nie spieszy mi się:) To była na tyle ciekawa przygoda, że jak w Poznaniu w jednym z parków wpadłam na kwitnący krzew jaśminowca, pomyślałam, że chętnie bym to powtórzyła u Agi w tym roku, choć w danej chwili byłam daleko od Podlasia i miałam inne plany: współpracowałam z jednym kolesiem na Dolnym Śląsku i nie sadziłam, że szybko to się zmieni.

Jednak – jak to u mnie – jedyne, co pewne to zmiana i niespodziewanie w błyskawicznym tempie z powrotem znalazłam się na Podlasiu u Agi. Przyjechałam bardzo zmęczona i jedyne, na co miałam siły, to iść spać:) Zanim jednak udałam się na odpoczynek do „mojego” domku grillowego, zapytałam się Agi, czy robić nocną akcję zbierania kwiatów jaśminowca mając na myśli kolejną noc, nie najbliższą, by tej porządnie się wyspać. Na to Aga, że ogólnie trzeba zrobić akcję, niezależnie czy w dzień czy w nocy. Ze zmęczenia nie dopytywałam o co chodzi, tylko poszłam spać. Budzę się – w dobrym nastroju, wyspana.. Zerkam na zegarek, a tu.. 3.49! No to nie zastanawiając się wstałam i poszukałam 2 wiklinowych koszyków i dawaj na akcję:) Na boso, oczywiście, latałam po rosie. Tak krzew wyglądał, zanim go ogołociłam z kwiatów:

Tym razem szło mi znacznie szybciej, gdyż ściągałam kwiaty z liśćmi z gałązek jednym ruchem. Jednocześnie zrozumiałam sens wypowiedzi Agnieszki. Po prostu większość kwiatów już przekwitała i wiele płatków zlatywało przy każdym ruchu gałązek..

Spotkała mnie nagroda za poranną pracę. Zobaczyłam wschód słońca!

Pierwszy koszyk nazbierałam w ciągu 45 minut:)

Kolejny zajął mi trochę dłużej – chyba bardziej go upchałam kwiatami:) Całą przygodę zakończyłam o 5.40:)

Co ciekawe – już nie poszłam spać i fajnie funkcjonowałam cały dzień:) Wieczorem zostałam zabrana na babę, miejscową górę, skąd podziwiałamzachód słońca! W ten sposób przeżyłam dzień pełen słońca:)

Z kwiatów jaśminowca w tamtym roku zrobiłam macerat na oleju ryżowym, który służył mi do masażu:) Aga z Zielskiej Kolonii wykorzystała je do mieszanki ziołowej, a Siuga, ma bliska znajoma, robi w tym roku ocet – ciekawe, jaki wyjdzie:)

A na koniec, coś, co zwykle jest na początku:) Zwykle się mówi, że ostatni będą pierwszymi, a tu – na odwrót:) Pączki kwiatów jaśminowca:) Jaśminowiec kwitnie nierównomiernie i w jednym czasie są pąki, rozwinięte kwiaty, a z czasem też te przekwitłe. Miłego oglądania!