Archiwa tagu: ajurweda

5 tydzień – Dużo się śmieję i wszystko zamieniam w żart – relacja

Szczerze mówiąc nie do końca wiem, co napisać. Jakby ten projekt odszedł na bok, bo bardziej jestem tu i teraz:) A o to też chodziło – by nie być w umyśle i tworzyć sobie historie.. Kiedy piszę o tym, to był jeden trudny dzień w tym tygodniu, choć trudny, w stosunku do tego, co kiedyś, to za duże słowo.. Po prostu dzień, w którym obniżył mi się nastrój. Najpierw poczułam złość, kiedy robiłam coś w pralni. Zatrzymałam się, skąd ona jest i na co. I okazało się, że czuję ją do tych ludzi, u których jestem, bo pojawiła mi się myśl, że nie nadążam z robotą, że czuję się powalona powierzchnią tego domu, że gdybym wiedziała, jak duży jest to dom, to bym nie przyjechała, itd… Nakręciłam się.. Jak naprawdę to przeanalizowałam, to doszłam do wniosku, że tym, czym się nakręciłam, to zdaniem, które powiedziała pani Danusia przy śniadaniu, iż ta podłoga w kuchni wymaga potrójnego mycia.. Od razu poczułam, że wrzuca mi kolejną robotę na co dzień.. Ma ona – tzn. pani Danusia, według mnie tendencje do perfekcjonizmu w sprzątaniu, a ja jestem na zupełnie innym etapie pod tym względem. Sprzątam tu, jakby to było moje, bo też lubię czystość, jednak pewne rzeczy odpuszczam, bo wolę po prostu cieszyć się życiem niż tylko sprzątać. Jakkolwiek, na tyle, co poznałam panią Danusię, to ona by tak chciała, gdyby mogła sama robiła i fajnie jak to raz na jakiś czas zrobię, to jednak nie muszę codziennie.. Na mnie tez jak płachta na byka, działa agresywnie ton rozkazujący czy nakazujący.. Od razu rodzi się we mnie buntownik.. A wystarczy mnie ładnie poprosić, a góry mogę przenosić! I to do czego ostatecznie dotarłam to do myśli, że znowu nie spełniam czyichś standardów, oczekiwań.. Moja złość była wynikiem starcia się dwóch tendencji: bycia w zgodzie ze sobą, lekko, przyjemnie, angażować się ze słuchaniem siebie a spełnianiem czyichś oczekiwań, by zasłużyć na akceptację, docenienie.. Cieszę się, że szybko to rozpoznałam, choć cały dzień miałam, jak już wspomniałam, obniżony nastrój.. Miałam w sobie decyzję, że jak będzie okazja i możliwość, to pogadam na ten temat z panią Danusią i rozwiążę to w interakcji, a nie tworząc sobie coś w głowie. W danym dniu takiej okazji nie było, w jakiś sposób powiedziałam to następnego dnia. Przy okazji wymiany zdań, co zrobić na obiad, dotarło do mnie, że reaguję za szybko i za bardzo różne teksty pani Danusi – jak zwykle – odbieram do siebie. Potem wspólnie wyładowywałyśmy zmywarkę i w którymś momencie pani Danusia bardzo mocno i ciepło mnie doceniła, wręcz powiedziała, że jestem cudowna i bardzo jej pomagam. To mnie mega wzruszyło i dało okazję, że ujawnienia wcześniejszych czarnych myśli.. Ta sytuacja sprawiła, że poczułam się ponownie swobodnie i lekko! Będę się uczyć wolniej reagować i nie brać do siebie – skoro to już jawne, to mogę z tego żartować i przeobrażać to:)

Zmiana, jaką jeszcze w sobie zauważam, to to, iż wieczorem, kiedy mam już wolne i czas dla siebie, jestem pełniejsza energii, bo odkąd tu jestem, choć ciężko nie pracuję, to jednak energetycznie wysycałam się i bywałam zmęczona około 20, wręcz padałam nietomna.. Mam wrażenie, że te 2 sytuacje, uzmysławiające i uwalniające część energii na to wpłynęły:)

W pierwszy z tych wieczorów – w środę – miałam energię „na tak”:) W końcu odpisałam kumpeli na maila i .. zdecydowałam się na kurs online, polecony przez Marię Nowak -Szabat. Jest to „Oczyszczanie energetyczne”, prowadzone przez Dorotę Jesiołowską – Sołoduchę. Poznałam ją jakiś czas temu i uczestniczyłam w jej bezpłatnym kursie o archetypach finansowych. Bardzo spodobała mi się jej energia i to był jeden z powodów, dla których zdecydowałam się na ten kurs – chcę otaczać się ludźmi, którzy mają pozytywną energię:) Poczułam, że chcę ją wesprzeć, a sama skorzystać z kursu, by oczyścić swe złogi emocjonalne:) A jeszcze cena była przystępna i decyzja zapadła:) A potem zakupiłam e-booka o strączkach w Ajurwedzie, a co – strączki uwielbiam, ajurwedę też, warto też wesprzeć ludzi, którzy dzielą się czymś dobrym:)

Poza tym w temacie tygodnia dużo się śmieję, coraz więcej i to jest cudowne uczucie!! A już od wczoraj ponownie żartuję, wygłupiam się – bosko! Jak lekko!! I tak dalej:))) Jestem lekka jak piórko, jak to kiedyś przekazały mi Anioły, a prawda uwalnia – jak to powiedzieli mi Moi Mistrzowie:)

Ostanie dni zainspirowały mnie, by na kolejny tydzień być na TAK!!!

2 tydzień – Moje myśli – relacja

Kolejny tydzień za mną, a ja jestem zaskoczona tym, co się dzieje.. To niesamowite, jak podjęcie decyzji i robienie krok za krokiem zmienia nastawienie, energię! Choć jeszcze tydzień temu w piątek był moment, że miałam myśli o rezygnacji.. Było to pod wpływem słów, jakie niespodziewanie dostałam od Mistrzów poprzez moją kumpelę.. A było to tak:

W tamtym tygodniu, jak Ci pisałam, realizowałam bezpłatny kurs Dharma z Agni – Ajurweda (agni-ajurweda.pl), wiedząc, iż zachęca on jednocześnie do udziału w 9 – miesięcznym kursie. Kiedy dostałam o tym informację po raz pierwszy w newsletterze, od razu postanowiłam, że mnie to nie interesuje – nawet nie kliknęłam w okienko, by dostać więcej informacji na ten temat. W ogóle temat mnie nie interesował. W nocy z czwartku na piątek obudziłam się o 3.20, z myślą (która tak naprawdę obudziła mnie), że może warto się tym kursem zainteresować, bo on wspiera moje cele: odnalezienie misji swego życia. Kiedy rano czytałam opis tego warsztatu, to przez moje ciało przechodziły dreszcze.. I tu wkracza mój umysł, który zaczął intensywnie myśleć: czy na pewno chcę iść na ten kurs? czy to dobry pomysł? czy nie wymyślam?.. Głupiejąc, postanowiłam sięgnąć po Karty Anielskie po odpowiedź „tak” lub „nie” poprzez Siugę (https://www.teczowymotyl.pl/2020/08/), bo ja na razie własnych kart nie mam. I tu nie dostałam jednoznacznej odpowiedzi: miałam otworzyć się na ludzi, na nowe znajomości, które wesprą moje działania, a jednocześnie wypadła Adze karta z odpowiedzią „zaczekaj”.. Pierwsze wspierało moją decyzję (z tego, co zrozumiałam z opisu kursu, miała być taka możliwość, by się spotkać online z innymi uczestnikami), a drugie – by wstrzymać się z tą decyzją.. Zostałam w rozterce.. Wieczorem w skrócie opowiedziałam kumpeli, u której jestem, o moim dylemacie, licząc, ze powie mi swoje odczucia, a ona, niespodziewanie dla mnie weszła w pole i dostała odpowiedź, że idzie to mi ze starego schematu, że to mój rozbuchany umysł.. To jest prawda do zdecydowanej większości kursów, które w życiu robiłam, jednak w ogóle nie pasowało mi to do tego, bo po pierwsze nie przez umysł przyszedł mi pomysł, by się temu przyjrzeć, a po drugie – sam kurs miał być procesem, poszukiwaniem odpowiedzi w sobie, a nie przekazem wiedzy.. Zgłupiałam i początkowo to zostawiłam.. Jednak kiedy poszłam do pokoju spać, to mnie to ruszyło, bo to podważało już i tak naruszoną wiarę w to, co przychodzi do mnie i słuchanie swej intuicji.. Właśnie przez mój cudowny, a jednocześnie rozbuchany umysł, często gubię się, co jest intuicyjne, a co jednak z ego.. Obraziłam się na Mistrzów, pół nocy przepłakałam, miałam różnorodne myśli.. Utuliłam się do snu, pobłogosławiłam wszystko, rano wstałam już bardziej w sobie, choć lekko obtłuczona wewnętrznie.. Postanowiłam całkowicie słuchać siebie.

Kiedy kolejny raz przeczytałam opis szkolenia, poczułam, że tak chcę iść (pomimo przekazu), teraz bardziej było pytanie „kiedy?” – teraz czy w kolejnej edycji? Podjęłam decyzję, iż maksymalnie do wtorku, do ostatniego dnia zapisów, będę codziennie sprawdzać w sobie, czego chcę. Miałam wątpliwości, czy teraz chcę to robić czy jednak skorzystać z kolejnej edycji, kiedy zakończę już Przestrzeń, bo wiem, jak na mnie działa internet.. Jednak słuchając kolejnych nagrań właśnie z Przestrzeni, dobieranych intuicyjnie (na początku odsłuchiwałam je po kolei, tak jak były zorganizowane, a od około 2 tygodni sprawdzam, który tytuł mnie pociąga), dostawałam znaki, iż teraz jest ten moment, teraz jest ten czas. Szczerze napiszę, że do ostatniej chwili nie wiedziałam jednak, jaką podjąć decyzję, bo miałam nadwątloną ufność w siebie i zastanawiałam się, na ile ja te znaki wymyślam.. Ostatecznie – ZAPISAŁAM SIĘ!! I czuję się z tym bosko! Jutro zaczynam:)

Właśnie m.in. ta sytuacja potwierdziła mi, że mózg szaleje, kiedy nie wiem, jaką podjąć decyzję.. Bardzo wiele decyzji podejmuję szybko, jednak kiedy zaczynam poddawać w wątpliwość, za bardzo analizować, to potem już gubię się, na ile odpowiedź idzie z duszy, a na ile z umysłu..

Zarówno to wydarzenie, jak i inne z tego tygodnia, pracowały na moją rzecz w temacie tygodnia:) Z ważniejszych ćwiczeń, które zrobiłam, to 1,5 godziny siedzenia w ciszy. To był czas bez żadnej aktywności – bez możliwości jedzenia i picia, jedynie można iść do toalety. Kasia Krasucka, która dzieliła się m.in. tym ćwiczeniem w trakcie warsztatu „Moc poranka”, robiła je przez 4 godzin (byli tacy, którzy robili przez 8 czy 12 godzin..). Ja na tę chwilę chciałam spróbować choć te 1,5 i jestem zaskoczona tym doświadczeniem! Było super! Obawiałam się, czy dam radę, czy mój umysł będzie szalał, a tu nic – dużo spokoju i słuchania ciszy – bardzo przyjemne doświadczenie! Kiedy będę miała okazję, spróbuję 4 godziny:) Jeszcze jedną inspirację wzięłam od Kasi: poranny dziennik, który ja nazwałam „myślosiewnią„: zeszyt, w którym zapisuję wszystkie myśli, które mi się pojawiają – robię to, zanim wejdę w około półgodzinną medytację rano. Zauważyłam, że kiedy koncentruję się na byciu w ciszy, wspomagając się postawą ciała, wtedy myśli cichną. Nie to, że ich nie ma, jednak znacznie mniej. Największą burzę myślową mam, jak wydarza się w relacji z kimś coś, czego kompletnie nie rozumiem, a odbieram to przeciwko sobie, np. ktoś mnie skrytykuje lub kiedy nie mogę podjąć decyzji, a jeszcze nakręcam się, bo chcę ją podjąć z poziomu serca, a nie mam pewności,czy to nie jest z umysłu. Takie tworzę sobie błędne koło.. Kolejny moment, kiedy mam natrętne myśli, to wtedy, kiedy czegoś nie wypowiem, a potrzebuję to zrobić lub mam jechać do sklepu, to. listę zakupów tworze w głowie, kiedy nie mam nic do pisania przy sobie – co chwila mi coś przychodzi do głowy.. Kiedy coś zapiszę lub wypowiem, w zdecydowanej większości uwalniam się od tych myśli, chyba, ze dostaję kolejną pożywkę np. w postaci kolejnej przykrej uwagi.. To, co mi pomaga, to wyjście do natury – z jednej strony mam czas ochłonąć i z boku się temu przyjrzeć, a z drugiej działa moc kojącej natury Natury:)) To, co jeszcze zauważyłam to to, że zaczęłam bardzo często do siebie mówić w myślach afirmacje z ćwiczenia „Ja w pełni jestem..” (https://www.teczowymotyl.pl/refleksje/rok-zabawy-ze-soba-przejdzmy-do-konkretow/) – zdania 7, 8, 10 i 11:) Powtarzam to jak mantrę, i podobne ma działanie: to mnie wycisza i uspokaja:) Jest jeszcze jedna rzecz, która mi pomaga – zapisywanie moich myśli, przemyśleń, refleksji w zeszycie. Mam taki gładki B5 160k, który uwielbiam. Ma ciekawy napis na okładce: „Your journey start now” 🙂

Cały czas łapię się, kiedy robię poważną minę lub zbyt poważnie do czegoś podchodzę, np.: do układania drewna – wtedy tak się koncentruję, że cała jestem w tym z powagą na ustach.. Kiedy to złapie, od razu zmieniam układ ust na uśmiech Mona Lisy i zaczęłam się wygłupiać lub tańczyć przy układaniu drewna, by wprowadzić lekkość i zabawę:) No i kiedy usłyszę, że mówię wulgarne słowo, to zamieniam je na kurka wodna, co mnie od razu w połowie rozluźnia:) Ogólnie mam więcej energii, budzę się lekko, a poranne rytuały pobudzają mnie do wstania:) Dziś szybko się zebrałam, bo idę do sąsiadki na herbatkę ziołową, a zanim wyjdę chcę skończyć tę relację:)

To, ile robię w ciągu dnia, samą mnie zaskakuje! Słucham codziennie czegoś z Przestrzeni z Agni – Ajurwedy, jednak, jak już wspomniałam, idę za intuicją i przestałam się przejmować, czy zdążę czy nie – jeszcze mam czas, najwyżej bliżej końca będę o tym rozmyślać. Co jakiś czas robię sobie przerwę i przerzucę kilka taczek drewna, bo chcę kumpeli poskładać całe drewno z podwórka do drewutni, zanim wyjadę, a to już w niedzielę. Jakoś to wszystko idzie lżej, przyjemniej, szybciej:) Jestem skoncentrowana, a jednocześnie płynę:) Zrobiłam wpis o pająkach, a nawet prawie zrobiłam o grzybach, tylko zabrakło miejsca na moje liczne zdjęcia i czekam na naukę ich zmniejszania u brata w niedzielę. Ogólnie każda sytuacja – a bywały różne w ciągu tego tygodnia, w tym kolejne akcje z moją kumpelą – pokazują, że nabieram więcej dystansu, więcej się śmieję i obracam wszystko w żart🙂 Pisząc te słowa przychodzi mi kolejna rzecz. Te wyróżnione słowa stanowią moją dzisiejszą afirmację z 90-dniowego programu warunkowania umysłu ze szkolenia „Milioner umysłu”, opartego na szkoleniu i książce Harva Ekera. Słuchałam relacji Marii Nowak – Szabat o tym szkoleniu i kiedy wspomniała o książeczce do pracy nad sobą po szkoleniu, przypomniałam sobie, że ja takową mam! Kiedyś – na początku mej podroży – robiłam ten program i bardzo mi pomógł na danym etapie życia. Poczułam, że chcę jeszcze raz go zrobić. Zamiast go drukować, poprosiłam kumpelę o zeszyty 16- i 32-kartkowe, przepisałam ćwiczenia i je zapisuję. Jest to codzienny mój rytuał od 3 dni – we wtorek skończyłam po prawie 2 tygodniach ćwiczenie „Ja w pełni jestem..” i zrobiła się na to przestrzeń:) Jaką to mi daje radość!

W zeszły weekend miałam kilka akcji z kumpelą, które wiele mnie nauczyły. Po pierwsze nauczyłam się od razu głośno błogosławić trudne emocjonalnie dla mnie czyjeś słowa:) W niedzielę, kiedy zainspirowana słowami: „W tym, czego unikasz,jest to, co jest mi najbardziej potrzebne do wzrostu„, postanowiłam podzielić się z kumpelą moimi odczuciami z dnia poprzedniego.. Moją intencją było oczyszczenie relacji, bo tkwiło coś we mnie, co sprawiało, że mnie zamykało na nią. Jednak kumpela spojrzała na to inaczej i choć robiłam to raczej łagodnie z komunikatem „ja”, choć na pewno nie w pełni mi się to udało, to nazwała to wylewaniem szamba na nią.. Zszokowało mnie to, tym bardziej, że nie jechałam po niej, a raczej mówiłam o swoich uczuciach. Poczułam, że nie mamy o czym rozmawiać. Jednocześnie dotarło do mnie, dlaczego tak nam trudno – bo zupełnie inaczej podchodzimy do pewnych rzeczy. Ona reprezentuje podejście, z jakim się jeszcze nie spotkałam. Czuję, że chwilami gramy w jakąś dziwną grę, może wynikającą z tego, iż jest ona osobą widzącą, dostającą informacje z pola, a ja nie. Kiedyś na pewno jej tego zazdrościłam, teraz już nie, jednak jeszcze nie pozbyłam się stawiania jej wyżej od siebie. Kiedy ona mówi rzeczy inne niż ja czuję, jakbym gubiła się i traciła zaufanie do siebie.. A przecież ona też się może mylić, może błędnie odczytywać informacje, a poza tym nie zawsze mówić z pola.. Czuję, że tym bardziej ważny jest ten mój projekt dla mnie, bym zbudowała zaufanie do siebie i przede wszystkim ufała sobie, a nie czyimś słowom, NIEZALEŻNIE kto je wypowiada. Jednocześnie jej słowa, bym nie wkładała swoich uczuć do relacji (czyli mówiła trudne rzeczy po analizie kilku dniowej), tylko np. je zapisywała, sprawiły, iż mam do czego dążyć. Na spacerze pojawiła mi się taka myśl: Są ludzie, którzy boją się cokolwiek powiedzieć. Są tacy, którzy to wyrażają, ale w sposób agresywny z przerzuceniem odpowiedzialności na drugą osobę. Są tacy, którzy tak jak ja, uczą się wypowiadać, ujawniać te uczucia z szacunkiem do 2 osoby i z wzięciem odpowiedzialności za siebie. A kolejnym etapem, jak już w pełni pokocham siebie i poczuję jedność ze Wszechświatem, będzie nie mówienie, a patrzenie na to z boku z Miłością – na razie to wiem, że tak naprawdę każdy z nas jest Miłością, a wówczas to poczuję:) Na dziś prawda mnie uwalnia, stąd uczę się mówić o wszystkich moich uczuciach, by nic we mnie nie zalegało – na takim etapie jestem:) Kolejna rzecz, jaką poczułam w tej sytuacji, to po raz enty potrzebę nauczenia się reagowania na coś 3 sekundy później – i z tego zrobię temat kolejnego tygodnia! Po raz kolejny stosowałam też zamrożenie (https://www.teczowymotyl.pl/refleksje/tydzien-1-moje-emocje-relacja/), co przynosi natychmiastowy i fenomenalny efekt! Dziś zamierzam wrzucić te kartki do ognia – niech się spalą, swoje zrobiły, nie ma co tego zostawiać:)

Zerknęłam w moje notatki i przypomniało mi się, że w sytuacjach trudnych robię jeszcze kilka rzeczy, których jeszcze nie opisałam wcześniej:

  • tzw. odwrócenie, które zaczerpnęłam z sesji z Jolą (https://atelierprzemian.com): masuję 2 punkty na klatce piersiowej, mówiąc słowa: „Nawet jeśli moje ciało boi się, że umrze, to kiedy przeżyje i uwolnię … (tu wstawiam uczucie, jakie przeżywam), to i tak kocham, szanuję i akceptuję siebie”;
  • masaż i/lub opukiwanie serca – im mocniejsze przeżywam emocje, tym mocniejsze uderzenie, by wystukać to uczucie, często też trzymam pełną dłoń na sercu
  • opukiwanie głowy – szczególnie jak jest napięta i zbyt dużo myśli się w niej kołacze..

Dostałam jeszcze kilka inspiracji do zrobienia, wzięte z warsztatu z Renatą Karoń – Słomczyńską, współczesną wiedźmą:

  • medytacje Elżbiety Krzyżaniak – Smolińskiej (sprawdziłam w necie, skąd ją znam, a ja czytałam jej książkę „W cudzych butach”, bardzo inspirująca kobieta;)
  • spotkać się ze swoją duszą – przez 1 minutę głęboko spojrzeć sobie w oczy – takie krótkie, a ja o tym zapomniałam! dobrze, że notuję sobie z moim zeszycie:)
  • kilka sposobów na odcinanie energii (s.84 w moim zeszycie, bo teraz tego nie opiszę, a w razie czego będę wiedzieć, gdzie szukać:)

Zaczynam kolejny tydzień, którego jestem bardzo ciekawa, tym bardziej, że szykują się zmiany: w niedzielę wyjeżdżam od kumpeli, na 2 dni wpadam do pałacu w Szczawinie, a potem w środę jadę do Miłobądzu do Danusi, która od ponad miesiąca na mnie czeka- nowi ludzie, nowe wyzwania, nowe doświadczenia! Na ten tydzień wyznaczam sobie temat „3 minuty – czas na posłuchanie swej duszy” – chcę temu się przyjrzeć, spróbować, doświadczyć! A od jutra też zaczynam kurs Dharmy – będzie się działo:)

Rok zabawy ze sobą – przejdźmy do konkretów:)

Dziś przybliżę mój pomysł na to roczne wyzwanie, w którym chcę ukonkretnić moją misję, odnaleźć radość w sobie, zaakceptować siebie taką, jaką jestem – przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza:) Można to chyba podsumować też tak, by stać się dla siebie swoim najlepszym przyjacielem🙂

W kwietniu miałam sesję oczyszczania duszy z Katarzyną Hoppe i powiedziała coś, co ze mną zarezonowało, coś, co słyszałam niejednokrotnie, a teraz w końcu do mnie dotarło. Powiedziała, że walczę o siebie, a mam zadbać o siebie. Wspomniała jeszcze, iż mam na sobie zbroję emocjonalną, poprzez którą chronię siebie, stąd pojawiła się we mnie chęć, by tę zbroję rozbroić, rozpuścić. Ten projekt ma służyć również temu. Wtedy w końcu będę wolnym człowiekiem:)

Całość ćwiczeń i doświadczeń, które chciałabym zafundować sobie w ciągu najbliższego roku podzieliłam na 2 grupy: rytuały codzienne i wyzwania cotygodniowe. W pierwszej grupie są praktyki, które od dawna lub niedawna już włączyłam w swoją codzienność. Niektóre pomysły przyszły mi np. w trakcie słuchania rozmowy Marii Nowak – Szabat (agni-ajurweda.pl) z Kasią Krasucką, nagranej w trakcie summitu online „Jetem latarnią”, który niósł światło w trakcie koronki. Inne są powtórką lub stworzonymi na nowo ćwiczeniami, które robiłam w trakcie projektu „100 000 w 100 dni”. Część stworzyłam teraz, łącząc różne przekazy.

Codzienne poranne rytuały, które robię zaraz po obudzeniu się:

  • modlitwa – zwracam się do Boga, Jezusa, moich Mistrzów, Nauczycieli i Aniołów, by wsparli mój proces – tak jak czuję, swoimi słowami; chcę dodać jeszcze modlitwę o pogodę ducha, którą właśnie ściągnęłam z internetu, a ostatnio krąży mi po głowie, tyle, że nie pamiętałam jej słów, a zaraz zapiszę w moim zeszycie: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.”
  • czytam afirmację: „Spotyka mnie to, co najlepsze. Jestem prowadzona i dostaję to, co najlepsze dla mnie” i czasami dodaję w duszy „nawet jak jest to opakowane jak prezent”, gdyż zdarza mi się, że dostaję coś trudnego, co w pierwszej nijak się ma do „czegoś najlepszego”, jednak jest to jak maleńki drogocenny skarb owinięty w wiele warstw, które najpierw trzeba zdjęć, by ujrzeć i docenić jego wartość..:);
  • minimedytacja – chwila ciszy z moją duszą, otwieram Kroniki Akaszy poprzez modlitwę i po prostu jestem ze sobą; czasami zadaję pytanie: czego moja dusza pragnie? albo skupiam się na oddechu; to raczej chwila wyciszenia, bo nie jest tak, że płyną do mnie odpowiedzi – może z czasem tak będzie, jednak nie teraz, nie ma to znaczenia – ważny jest dla mnie sam fakt, że świadomie poświęcam chwilę dłuższą lub krótszą, by spotkać się z własną duszą i jednocześnie wyciszyć umysł;
  • ćwiczenie „Ja w pełni jestem..”, które jest mojego autorstwa, zainspirowana praktykami, które dostałam w trakcie sesji z różnymi uzdrowicielami. Celem tego ćwiczenia jest z jednej strony akceptacja wszystkich moich cech, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych i zintegrowanie ich w jedną całość, przyjęcie siebie z całym inwentarzem, a z drugiej – wzięcie odpowiedzialności za to, co moje, a oddanie tego, co nie moje, co wzięłam z rodu na swoje barki, co uznałam za moje, a takowe nie jest. Na dwóch stronach wypisałam całe mnóstwo cech, które w jakikolwiek sposób czuję w sobie lub jakie słyszałam ze strony innych na swój temat. Są tu takie cechy, jak np. troskliwa, pełna energii, twórcza, jak i samotnik, arogancka, wywyższająca się, wybuchowa, dziwna, głośna.. Tych cech jest ogromna ilość, codziennie przychodzą mi kolejne, które dopisuję pomiędzy poprzednimi (gdybym wiedziała, że aż tyle dopiszę, pisałabym na kolejnych stronach – mnie samą zaskoczyła ich liczba, jakkolwiek to super, jest większa szansa na ich uzdrowienie), zresztą sam(a) zobacz:

Codziennie rano i wieczorem siadam z tą listą i przy każdej cesze mówię po kolei kilka zdań (w nawiasie zapiszę od kogo jest dana inspiracja, jeśli będzie taka potrzeba):

  1. Ja w pełni jestem .. (i tu podaję daną cechę)
  2. Tak, to prawda.
  3. Dziękuję, że się o tym dowiedziałam.
  4. Wybaczam sobie wszystko, co jest z tym związane teraz i na wieki.
  5. Nie jest już mi to potrzebne.
  6. Uwalniam się od tego. (całość 1 – 6 Elen Elijah)
  7. Kocham, szanuję i akceptuję siebie w pełni. (Jola Hamerlik)
  8. Błogosławię siebie w pełni.
  9. Jestem cudowna – szanuję moje wybory. (Kroniki Akaszy)
  10. Biorę, co moje, oddaję co nie moje – niech wraca do pierwotnych właścicieli.
  11. Amen

Zdanie 10 stworzyłam sama, jednak mocna jest tu inspiracja z pracy z Jolą (https://atelierprzemian.com), kiedy oddawałam przodkom różne uczucia i przekonania, które były ich, a nie moje. Za każdym razem, jak siadam do tego ćwiczenia, robię tyle cech, na ile jestem gotowa: był wieczór, ze zrobiłam tylko dwie, zwykle 10 – 15, jeszcze sporo mam do zrobienia:)

  • ćwiczenia fizyczne – to ostatnie, co robię rano przed śniadaniem; są to jakiekolwiek ćwiczenia na teraz, choć trochę ruchu, na dziś to może trwa to 5 minut, a czasami pewnie nawet nie; był czas, jeszcze pół roku temu, że przez prawie 2 lata ćwiczyłam rano rytuały tybetańskie z dodatkiem kilku ćwiczeń rozciągających, powoli będę do tego wracać, choć może będę bardziej podążała za intuicją co ćwiczyć i ile w danym momencie niż trzymała się gotowego schematu.

Rytuały codzienne w ciągu dnia:

  • błogosławieństwo – czyli błogosławienie (dawanie miłości, dzielenie się miłością) wszystkiego, szczególnie tego, z czym mi trudno; tę praktykę robiłam w trakcie koronki, potem zaprzestałam, a od kilku dni wróciłam i bardzo mi pomaga. Sens tej praktyki jest taki, iż jeśli błogosławię to, co mi i/lub innym ludziom służy, to energia miłości to powiększa, a kiedy błogosławię to, co mi i/lub innym ludziom nie służy, to energia miłości to rozpuszcza. Podam kilka przykładów: „Błogosławię swoją złość”, „Błogosławię swój chaos”, „Błogosławię swoją agresję”, „Błogosławię koronkę”. To niesamowite, jak to zmienia we mnie energię i ułatwia poradzenie sobie z tym, z czym mi trudno. Któregoś dnia przyszło do mnie zdanie: „Drogą do zmiany jest akceptacja” i ta praktyka błogosławienia, podobnie „ja w pełni jestem”, bardzo mi pomagają to zrealizować, czuję to bardzo mocno. Słyszałam kiedyś historię kobiety, która zachowała zdrowie, żyjąc na obszarze Czarnobyla po wybuchu elektrowni jądrowej. Okazało się, że wszystko błogosławiła. Uczę się błogosławić wszystko wokół mnie, a ostatnio, kiedy ktoś mówi mi coś trudnego, po chwili w sobie mówię: „Błogosławię twoje słowa”;
  • zapytanie siebie: co czuję w danym momencie? czy to, co robię, jest tym, co chcę robić? Czy jestem teraz w obfitości czy w braku? – mam nastawiony alarm, do wczoraj było to 3 razy dziennie, a od dziś 4 razy: o godzinie 10, 13, 16 i 19, który mnie na chwilę zatrzymuje i na dany moment sprawdzam w sobie, jak jest, zadając sobie któreś z tych pytań; oczywiście, jak przypomnę sobie któreś z tych pytań w innym momencie, to sprawdzam, jak jest:) jednak dotychczas bez budzika raczej szybko o tym zapominałam..:
  • oddawanie ziemi trudnych emocji poprzez słowa: „Niech to, co złe, niech idzie do ziemi, niech to, co złe, w dobro się zamieni” powtórzone 3 razy z jednoczesnym dotykaniem ziemi rękoma;
  • w zależności od sytuacji, w jakiej jestem i uczuć, które przeżywam, mówienie do siebie różnych afirmacji, które otrzymałam od Mistrzów poprzez Kroniki Akaszy, np. „Jestem bezpieczna”, „jestem zaopiekowana”, „jestem akceptacją”, „jestem spokojem”, „jestem radością”, „jestem wolnością”;
  • skrócona wersja Ho’oponopono: przepraszam, wybacz mi, dziękuję, kocham cię – mówię to w myślach, kiedy myślę o osobie, z którą mi trudno;
  • kolorowanki, głównie mandale, tu bawię się tęczowymi zestawami kolorów;
  • zeszyt wdzięczności – nie wypełniam go na razie każdego dnia, jakkolwiek sama praktyka jest boska
  • zapytywanie samej siebie, co dziś sprawiło mi radość czy przyjemność lub wywołało uśmiech na twarzy.

Pomysły do realizacji w ciągu tego roku – przyszły do mnie, gdy rozmyślałam o tym projekcie i chciałam go rozpisać na części, zaplanować. Czuję, że są to inspiracje, które w większości zrealizuję, nie wiem, czy wszystkie, bo może w trakcie roku, w trakcie trwania projektu coś zmienię: coś ujmę, a coś innego dodam, a co będzie wypływało z czucia. Są to pomysły na codzienne rytuały, krótkie, długie, po prostu różnorodne. Oto one:

  • autodiagnoza – chodzi mi o mocne przyjrzenie się sobie na podstawie materiałów, które już mam lub wiem o sobie, by wyłapać coś, co może mi się wymyka. Mam cichą nadzieję, że kiedy przejrzę to wszystko, co podam poniżej, to uda mi się ukonkretnić moją misję, np. wczoraj usłyszałam o jednej kobiecie, która jest wicedyrektorem przedszkola, iż jej misją jet praca z dziećmi i z tego powodu zdecydowała się nie zakładać rodziny, by mieć więcej czasu na swoją misję – czuje moc w takim świadomym podjęciu decyzji. Znam swoje różne cechy, a chcę ukształtować swoją misję. Drugi powód tej autodiagnozy to jest jeszcze większe zrozumienie siebie, co jest ważnym krokiem ku akceptacji siebie. Tu planuję poczytać i przesłuchać to, co mam, tj:
    • diagnoza dosz w ciele i umyśle wg ajurwedy, by wiedzieć, jak je balansować
    • swój horoskop
    • numerologia
    • wynik testu osobowości MBTI
    • wynik testu Dynamika Bogactwa
    • znaczenie moich imion
    • kurs Dharma
    • coaching
  • kurs mindfullness – wykupiłam go ze 2 lata temu, może czas w końcu go zrealizować???; tu np. bardzo chciałabym się nauczyć techniki reagowania na cokolwiek po 3 sekundach, by dać sobie czas..; któregoś dnia przyszła do mnie myśl, iż wolę być uważna niż poważna, więc zamieniam poważność w uważność🙂
  • obserwacja siebie, np. co mówię, jakimi słowami..;
  • balansowanie dosz wg ajurwedy dietą, kontaktem z naturą, rytmem dnia i innymi sposobami dostosowanymi do konkretnych dosz;
  • oczyszczanie organizmu wg ajurwedy, w tym panchakarma – bardzo poczułam kilka sposobów, o których opowiadała Maria Nowak – Szabat na webinarza „Oczyszczanie z ajurwedą w 7 krokach”; poza tym działanie na ciało oczyszcza też emocjonalne aspekty, to też mnie zainspirowało, by któregoś dnia przyjrzeć się moim złogom emocjonalnym – w jakich relacjach co mi zalega i jakoś to oczyścić, na ile się da..;
  • praca z oddechem,
  • kundalini – kiedyś mi poszło, bym tego spróbowała, może czas na to?;
  • intencja – zaczynać i kończyć dzień z intencją, jak również nadawać intencje różnym działaniom w ciągu dnia,
  • koncerty w dźwiękach mis i gongów,
  • kontakt z naturą – spacery, bywanie w lesie, rozmowy z drzewami, przytulanie się do drzew, kontakt ze zwierzętami;
  • robienie tego, co sprawia mi radość:
    • parki linowe
    • wspólne granie w gry planszowe i zabawy
    • biały śpiew
    • taniec – może warsztat 5 rytmów?
    • szydełkować
    • zbierać zioła
    • oglądanie czegoś pozytywnego, pięknego, radosnego, np. oglądanie filmików ze zwierzętami, czytanie kawałów
  • rozpuszczanie zbroi w ciele poprzez:
    • masaże – poddać się oraz robić komuś
    • automasaż
    • głaskanie
    • dotykanie się, w tym głowy
    • smarowanie
    • przeciąganie
    • opukiwanie
  • zamiana złości na radości – zauważyłam, że w różnych momentach koncentruję się na złości oraz reaguję złośliwie, więc będę chciała się tym pobawić, będzie to wymagało uważności i silnej woli, dlatego to raczej później, jak już się rozkręcę:) przykładowe pomysły:
    • zamiana wulgarnych słów na śmieszne
    • zamiana zgryźliwych komentarzy na zabawne lub autoironiczne, z poczuciem humoru
    • szukanie pozytywów danej sytuacji – to potrafię, trzeba tylko nauczyć się to wdrożyć, by to robić częściej i szybciej w trudnych dla mnie sytuacjach
    • wygłupianie się
    • a dodatkowo, np. tydzień bez krytykowania
  • sprawiać innym radość
  • praca z rodem:
    • sesja z Katarzyną Hoppe
    • ustawienia rodzinne wg Hellingera
  • wizualizacja tego, co zamierzam osiągnąć:)
  • może żyć tak, jakby to był ostatni rok mego życia?
  • inspiracje przychodzące w trakcie trwania projektu:
    • Warsztat Terapii Mocnego Trzymania
    • rozluźnić gardło, np. Kurs emisji Głosu, śpiew

Planowane efekty na koniec projektu:

  • więcej się śmieję niż złoszczę,
  • kiedykolwiek przyłapię się, to mam uśmiech na twarzy,
  • zabawnie komentuję zachowanie swoje lub innych, a jednocześnie tych komentarzy jest mniej niż teraz,
  • jestem bardziej rozluźniona,
  • mam określoną misję,
  • akceptuję złość i widzę w niej potencjał, z którego świadomie i z opanowaniem korzystam;
  • nie mam momentów szamotaniny, a w środku czuję spokój niezależnie od sytuacji,
  • dbam o siebie, czyli jasno i bezpośrednio komunikuję każdemu, kiedy z czymś mi trudno w danej relacji, jasno wyrażam swoje potrzeby – robię to spokojnie, bez walki:)

Jak już pisałam w poprzednim wpisie, postanowiłam iść na żywioł, pozwolić się prowadzić, a nie wszystko na początku zaplanować, jakbym zrobiła to wcześniej. Mam wrażenie, że to też jest jedna z praktyk, poprzez którą będzie realizowany mój projekt. Jednak nie chciałabym tego całkowicie tego puścić, bo mogłoby się zaraz okazać, że projekt rozpłynął się szybciej niż się rozkręcił.. Przyszła mi inspiracja z tookapic.com, o którym pisałam niedawno (Siuga – na urodzinki od Ninki 🙂), by na dany tydzień tworzyć temat tygodnia:) Projekt zaczęłam w piątek, więc raz w tygodniu w tym dniu będę tworzyć nowy temat na kolejny tydzień, a jednocześnie podzielę się, jak udało mi się zrealizować dany temat w danym tygodniu. Dany temat będzie pełnił funkcję intencji na dany tydzień.

Temat – intencja danego tygodnia:

  1. tydzień – Moje uczucia – obserwacja swoich uczuć, samopoczucia, pytanie siebie w różnych momentach, co czuję, jak również obserwacja swego ciała
  2. tydzień – Moje myśli – co mówię do siebie i innych, kiedy nic nie mówię.. -przyjrzeć się im, świadomie je łapać, ciekawe, co z tego wyniknie:)
  3. tydzień – 3 minuty – czas na posłuchanie swej duszy – jet to ćwiczenie z kursu mindfullness, któremu chcę temu się przyjrzeć, spróbować, doświadczyć!
  4. tydzień – Moje słowa – co mówię do siebie i innych – przyglądanie się temu,co mówię: czy wybieram, czy unikam, czy jestem na tak, czy na nie, czy jest w biedzie czy bogactwie mentalnym.. Jakich używam słów – wspierających mnie czy takich, by sobie dokopać lub dokopać innym..
  5. tydzień –Dużo się śmieję i wszystko zamieniam w żart:)
  6. tydzień – Jestem na TAK!

To, co mi przyświeca, to myśl, która mi się spodobała:

Świeć przykładem, zamiast oświecać innych:)

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna – od kosmetyków sklepowych do substancji naturalnych

Dziś chciałabym się z Tobą podzielić moimi drogą, która, podobnie jak moja droga życiowa, prowadzi od tego, co masowe, powszechne do swoistej, indywidualnej ścieżki – jedno z drugim jest mocno powiązane. Ponad 8 lat temu mieszkałam w mieście, jadłam gotowe, przetworzone jedzenie, co i rusz kupowałam nowy ciuch i nowe buty, a swą wartość widziałam poprzez materię i pieniądze. Podobnie było z kosmetykami – miałam ich sporo: kremy do twarzy, balsamy do ciała, szampony, odżywki.. Sporo też miałam kosmetyków kolorowych, choć tak naprawdę rzadko się malowałam. Wszystkiego miałam za dużo…. Półki w regale były ciężkie od książek i papierów, w garderobie wieszak na wieszaku, aż się uginało, a w łazience – pełno buteleczek i pojemników.. Dziś moja podstawowa kosmetyczka na co dzień jest taka, jak na tytułowym zdjęciu i zawiera: macerat olejowy, ocet, naturalny szampon ziołowy i glinkę bentonitową, zgodnie z ajurwedyjską zasadą, iż kosmetyki mają być jadalne.

Pierwszy puściłam balsam do ciała, choć początkowo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Moje nogi wysuszały się po kąpieli, a skóra na całym ciele ściągała się aż do bólu.. Jednak – to był efekt uzależnienie skóry od kosmetyków, bo już po 2 tygodniach nieprzyjemne odczucia zniknęły, a skóra odzyskała naturalną sprężystość. Powiem więcej – po latach nieużywania sklepowych kosmetyków nawilżających do ciała moja skóra jest gładsza i bardziej miękka teraz niż wtedy.. W roku szkolnym 2017/18 robiłam ajurwedę na GWSH w Katowicach (https://www.gwsh.pl/studia/studia-podyplomowe-ajurweda.html – polecam:), gdzie dostałam mnóstwo inspiracji. Rok wcześniej będąc na Eulu (http://www.eul.grzybow.pl) zaciekawiłam się ziołami i zrobiłam pierwszy macerat olejowy z nagietka. Na ajurwedzie poznałam olej sezamowy – uniwersalny dla każdej doszy i od tamtej pory co roku robię sobie jakiś macerat z tego oleju: z płatków róży, jaśminowca, w tym roku z dziurawca oraz miętowo – szałwiowy. Do czego go wykorzystuję? Do masażu, automasażu, do nawilżenia jakiejś części ciała, kiedy poczuję czy olejowania twarzy oraz włosów. No i oczywiście do jedzenia – można na nim smażyć:) Ten ostatni zrobiłam w konkretnym celu: do codziennego ssania oleju, co oczyszcza po nocy buzię (w sensie jamy gębowej:) z wszelkich nagromadzonych tam toksyn. Kiedyś dziwiłam się, jak ktoś mył zęby zaraz po wstaniu z łóżka, a wtedy zrozumiałam tego sens, choć ssanie jest efektywniejsze. Taki macerat przechowuję w ciemnych butelkach, a z sobą wożę w małej 100 ml butelce.

Następnie przyszła kolej na moje włosy. Odpuściłam zarówno szampon, jak i odżywki. Miałam krótkie włosy i postanowiłam spróbować myć je tylko wodą. To się super sprawdziło przez długi czas, dopóki włosów nie zapuściłam, a mam je bardzo gęste. Sama woda przestała mi wystarczać, choć myślę sobie, że może po prostu za rzadko je moczyłam. Przy krótkich włosach przestawiłam się na mycie raz w .. miesiącu. Możliwe, że moje długie i gęste włosy po prostu potrzebują częstszego moczenia. To są przemyślenia na dziś, bo od około 4 lat sprawdzam różne naturalne sposoby mycia włosów. Długi czas myłam wodą z sodą. Sprawdziłam też mycie mąką żytnią (tylko musi być bez łusek, bo potem zostają we włosach..) – zarówno bezpośrednio na skórą, jak i w roztworze z wodą – na razie żaden z tych sposobów nie sprawdza się w pełni przy moich włosach. Mam jeszcze pomysł umyć je kiedyś glinką bentonitową. Na dziś od roku używam szamponu pełnego ziół od Agi z Zielskiej Kolonii, o której więcej informacji znajdziesz a moim poprzednim wpisie https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=336&action=edit. Jest ok, aczkolwiek jak już osiądę znajdę inny sposób na moje włosy:)

Dodam jeszcze, że będąc na psychotronice od jednej z prowadzących dostaliśmy przepis na odżywkę na włosy, jaką stosują Hinduski na swoje cudne włosy. Ja kilka razy ją wypróbowałam i bardzo ją lubię. A przepis jest prosty – zawiera 4 składniki: jajko, olej, jogurt (mleko) oraz miód:)

Na koniec mycia płuczę włosy chłodną wodą z octem własnej produkcji, np. z rzepy lub jaki mam pod ręką. Octu też używam na różne sposoby: do płukania włosów, picia rano na czczo powerdrinka (na noc nastawiam szklankę wody z 1 łyżeczką miodu, rano dodaję 1 łyżeczkę octu), a latem na co dzień piję wodę z octem, która jest pyszna i zdrowa:)

Jeszcze do niedawna do czesania włosów używałam plastikowej szczotki, którą kupiłam kilka lat temu. Rok temu Aga z Zielskiej Kolonii zainspirowała mnie drewnianym grzebieniem, który kupiła od Ukraińców. Chciałam, by kupiła mi podobny, jednak od tamtej pory nie było okazji. I tak upłynął rok. W połowie lipca byłam na warsztatach białego śpiewu, o czym pisałam tutaj: https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=406&action=edit, gdzie na Giełdzie Twórców dzieliłam się tym tematem (co zresztą było inspiracją do napisania o tym na blogu:). Tam jeszcze miałam ową plastikową szczotkę. Po powrocie postanowiłam to zmienić i okazało się na internecie, że są dostępne drewniane grzebienie z przynajmniej 2 drzew: bukowego i drzewa neem, który był 3 razy droższy od pierwszego, jednak po poczytaniu o właściwościach poczułam, że właśnie jego chcę:) Oto mój grzebyk:

Grzebień z drzewa neem (inaczej z miodly indyjskiej) ma według producentów takie właściwości:

  • ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho, jak i mokro, nie uszkadzając struktury włosa,
  • umożliwia równomierne rozprowadzenie odżywek,
  • pobudza wzrost włosów – mam nadzieję:),
  • zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi,
  • nie elektryzuje włosów – rzadko i delikatnie, jednak zdarza się,
  • nabłyszcza i wygładza włosy,
  • jego dotyk jest znacznie delikatniejszy i nie podrażnia skóry głowy lub brody podczas czesania.

Od 2016 roku eksperymentuję z różnymi substancjami do mycia zębów. Swą przygodę w tym zakresie rozpoczęłam od mieszanek z olejem kokosowym, do którego dodawałam a to sody oczyszczonej, a to kurkumy czy węgla. Z każdej mieszanki byłam zadowolona, jednak ostatecznie zrezygnowałam z oleju kokosowego po opowieści jednej z mych znajomych. Lutka wraz z grupą dzieci przedszkolnych była na wizycie w oczyszczalni ścieków. Okazało się, że to z czym jest im najtrudniej sobie poradzić, co najbardziej zanieczyszcza ścieki, to 3 rzeczy: antykoncepcja (to już indywidualna decyzja kobiet i/lub par), tłuszcz i włosy. Od tamtej pory nie wrzucam włosów do kibla, co robiłam, bo nie byłam świadoma konsekwencji – dla mnie to było kilka włosów, jednak rzeczywiście one nieźle zapychają, co większość osób doświadcza pod prysznicem.. Od tamtej pory nie wlewam też tłuszczu do zlewu – jak już wspomniałam zrezygnowałam z oleju w mej paście do zębów oraz oczyszczam patelnie z tłuszczu ręcznikiem papierowym lub gazetą po smażeniu, zanim ją umyję. W tym też czasie wpadła mi w ręce świetna książka „Jedz brudniej” Josha Axe, którą gorąco polecam. Autor jest naturopatą, prowadzącym własną klinikę w Stanach Zjednoczonych, po własnych doświadczeniach ze zdrowiem łączącym świat zachodni i wschodni. Zachęca do jedzenia ziemi, nie tylko poprzez organiczne warzywa, kontakt ze zwierzętami, ale również bezpośrednio. Tu poleca glinkę bentonitową, którą ja teraz również polecam. Poczytaj o jej właściwościach niesamowitych na stronie, na której ją kupuję: https://www.magicznyogrod.pl/bentonit_wapienny.html. To jest kolejny mój „kosmetyk”, który używam na różne sposoby: jako pastę do zębów (wilgotną szczoteczkę „maczam” bezpośrednio w proszku), do płukania ust czy robiąc z niej pastę mieszając z wodą nakładam na stany zapalne lub zranienia. Ową glinką wspomogłam też mego starego, wówczas 18-letniego kota, dodając mu jej do mokrej karmy. Wspomnę tylko o jednej niesamowitej właściwości glinki: oczyszcza organizm z wszelkich toksyn, jednocześnie dostarczając mnóstwa mikroelementów! Od kilku też lat używam bambusowej szczoteczki, którą po zużyciu zakopuję w ziemi:)

Może już przyszło Ci do głowy, że czegoś tu brakuje, jednego podstawowego kosmetyku, o którym ja przez długi czas byłam przekonana, że mogę zrezygnować ze wszystkiego, tylko nie z tego. Mam na myśli mydło. I wtedy 2016 roku, kiedy byłam na jednym z ostatnich zjazdów dla mnie w Ulrze (Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej – https://www.uniwlud.pl, polecam:), poznałam Agatę. Tam w ogóle było mnóstwo ciekawych i inspirujących osób, z którymi rozmawiałyśmy i o weganizmie, jak i kosmetykach naturalnych. I któregoś wieczoru Agata zastrzeliła mnie wiadomością, iż od 30 lat mieszkając w Krakowie nie używa mydła, że myje się samą wodą.. To był dla mnie szok! A kobieta zadbana, kolorowa, przedsiębiorcza.. To zrewolucjonizowało moje podejście do prysznica i mycia! Postanowiłam sprawdzić, jak to jest. Od prawie zawsze lubiłam się myć gąbką, więc dalej to robiłam, pomijając mydło. I okazało się, że jest ok! Już na początku mej podróży zrezygnowałam z mydła do higieny intymnej, co moje części intymne przyjęły z wielką ulgą, a teraz zrobiłam kolejny krok. Po jakimś czasie wymieniłam kupną gąbkę na własnoręcznie zrobioną na szydełku ze sznurka bawełnianego, która służy mi od kilku lat.

Mamy tyle przekonań co do mycia.. Są ludzie uzależnieni od codziennego czy nawet kilkukrotnego brania prysznica w ciągu dnia, a to naprawdę nie służy naszemu ciału.. To, co tu piszę, dla niektórych może być szokujące, jeszcze w kontekście koronki.. A ja jestem przekonana i jestem na to przykładem, że im mamy częstszy kontakt z różnymi mikrobami, tym jesteśmy zdrowsi. Zresztą pięknie o tym pisze Josh Axe w swej książce. W jednym rozdziale przytacza najpierw historię o tym, jak jechał z żoną metrem i upadł im kawałek czekolady na podłogę. Wówczas zrobili to, co zrobiłaby większość: schowali ów kawałek do papierka i wyrzucili do śmietnika. Kilka lat później czytał wyniki badań, z których wniosek był następujący: chcąc wzmocnić układ odpornościowy dziecka, warto by było przeturlać takiego niemowlaka po podłodze metra w godzinach szczytu.. Niech Ci to posłuży za inspirację i inne wejrzenie na „brudną” codzienność, pełną bakterii. Wczoraj słuchałam ciekawego miniwykładu Bruca Liptona, który wspomina, iż obecnie mówi się o człowieku „nadorganizm”, gdyż do przeżycia potrzebuje 500 bilionów mikroorganizmów, żyjących w jego organizmie.. To było na tyle inspirujące, że najprawdopodobniej któregoś dnia kilkoma wiadomościami z tego podzielę się na blogu.

Ostatnio do mojej kosmetyczki wrócił olej kokosowy, który wymieszany z sodą oczyszczoną (i czasami kilkoma kroplami olejków eterycznych) stanowi mój dezodorant pod pachy. Kiedyś nie czułam potrzeby używania, jednak zdarzają się upalne dni, a ja latem spędzam czas na zewnątrz zwykle coś robiąc, co oznacza pocenie się więc postanowiłam sobie zrobić dezodorant, który świetnie się sprawdza. Jest jeden minus większości moich „kosmetyków”: są tłuste.. Uczę się uważności i takiego sposobu ich używania, by jak najmniej pozostawiać śladów ich użytkowania.. Jakkolwiek i tak je bardzo cenię, pomimo tego:)

Tak wygląda obecnie moja kosmetyczka. W małych słoiczkach przewożę różne skarby, które w ramach wdzięczności za moją pracę dostaję od Agi z Zielskiej Kolonii. Większość tych skarbów rozdaję bardziej potrzebującym lub używającym, bo ja raczej bawię się tym:) Mam od Agi np. kremik do rąk, krem do stóp z mocznikiem (boski) czy maść z magnezem, a także na nerki. Używam ich, kiedy mam na to ochotę, a nie, że muszę codziennie lub zupełnie nietypowo, jak np. maść na serce. Smaruję nią codziennie okolice serca, by intencjonalnie połączyć się z sercem i wzmocnić je w otwieraniu się na miłość w boskim znaczeniu:) Od jakiegoś czasu otwieram się na olejki eteryczne, które używam czasami jako a la perfumy dla zabawy lub w konkretnym celu. Jedna moja kumpela Justa zainspirowała mnie, by używać olejku z oregano z kremem do stóp i wsmarowywać razem w ramach profilaktyki na robaki – przyjemne z pożytecznym:)

Od lat nie używam takich przedmiotów jak golarka czy pumeks. Jestem w tych sferach jak najbardziej naturalna: włosom pozwalam rosnąć, tam gdzie rosną (one mają swoją funkcję), a chodzenie boso gładzi moje stopy zdecydowanie lżej i lepiej niż jakikolwiek pumeks. Dla ciekawości dodam, iż był czas, iż używałam peelingu do ciała, zrobionego w ramach zająć z ajurwedy. Słyszałam, iż były osoby, które się nim zajadały (a, tak!!), a ja używałam go na poprawę humoru, kiedy było mi smutno lub byłam zmęczona – efekt poprawy był murowany! Teraz nie mam przy sobie dokładnego przepisu, natomiast pamiętam, że składał się na pewno z brązowego cukru, oleju kokosowego oraz sproszkowanej mięty – zgodnie z zasadą, iż kosmetyk nakładany na ciało ma być jadalny:)

Dodam tylko, iż zmiany u mnie dotyczą też sfery czyszczenia pomieszczeń. Do takich celów używam głównie sody oczyszczonej i octu (tu raczej spirytusowego). Kiedy już osiądę, bardziej będę korzystać z przepisów z książki „Wyrzuć chemię z domu” Ewy Kozioł, prowadzącej bloga https://zielonyzagonek.pl.

Tym wpisem chciałabym Cię zachęcić do twórczego podejścia do codzienności, do sprawdzania i eksperymentowania również w sferach, w których wydawać by się było, że są ustalone zasady i tak jest ok.. Tu są moje sposoby na dbanie o moje ciało – Ty znajdź swoje:) Chętnie przyjmę Twoje pomysły na to i nie tylko:) Powodzenia!