Archiwa tagu: bambusowa szczoteczka

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna – od kosmetyków sklepowych do substancji naturalnych

Dziś chciałabym się z Tobą podzielić moimi drogą, która, podobnie jak moja droga życiowa, prowadzi od tego, co masowe, powszechne do swoistej, indywidualnej ścieżki – jedno z drugim jest mocno powiązane. Ponad 8 lat temu mieszkałam w mieście, jadłam gotowe, przetworzone jedzenie, co i rusz kupowałam nowy ciuch i nowe buty, a swą wartość widziałam poprzez materię i pieniądze. Podobnie było z kosmetykami – miałam ich sporo: kremy do twarzy, balsamy do ciała, szampony, odżywki.. Sporo też miałam kosmetyków kolorowych, choć tak naprawdę rzadko się malowałam. Wszystkiego miałam za dużo…. Półki w regale były ciężkie od książek i papierów, w garderobie wieszak na wieszaku, aż się uginało, a w łazience – pełno buteleczek i pojemników.. Dziś moja podstawowa kosmetyczka na co dzień jest taka, jak na tytułowym zdjęciu i zawiera: macerat olejowy, ocet, naturalny szampon ziołowy i glinkę bentonitową, zgodnie z ajurwedyjską zasadą, iż kosmetyki mają być jadalne.

Pierwszy puściłam balsam do ciała, choć początkowo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Moje nogi wysuszały się po kąpieli, a skóra na całym ciele ściągała się aż do bólu.. Jednak – to był efekt uzależnienie skóry od kosmetyków, bo już po 2 tygodniach nieprzyjemne odczucia zniknęły, a skóra odzyskała naturalną sprężystość. Powiem więcej – po latach nieużywania sklepowych kosmetyków nawilżających do ciała moja skóra jest gładsza i bardziej miękka teraz niż wtedy.. W roku szkolnym 2017/18 robiłam ajurwedę na GWSH w Katowicach (https://www.gwsh.pl/studia/studia-podyplomowe-ajurweda.html – polecam:), gdzie dostałam mnóstwo inspiracji. Rok wcześniej będąc na Eulu (http://www.eul.grzybow.pl) zaciekawiłam się ziołami i zrobiłam pierwszy macerat olejowy z nagietka. Na ajurwedzie poznałam olej sezamowy – uniwersalny dla każdej doszy i od tamtej pory co roku robię sobie jakiś macerat z tego oleju: z płatków róży, jaśminowca, w tym roku z dziurawca oraz miętowo – szałwiowy. Do czego go wykorzystuję? Do masażu, automasażu, do nawilżenia jakiejś części ciała, kiedy poczuję czy olejowania twarzy oraz włosów. No i oczywiście do jedzenia – można na nim smażyć:) Ten ostatni zrobiłam w konkretnym celu: do codziennego ssania oleju, co oczyszcza po nocy buzię (w sensie jamy gębowej:) z wszelkich nagromadzonych tam toksyn. Kiedyś dziwiłam się, jak ktoś mył zęby zaraz po wstaniu z łóżka, a wtedy zrozumiałam tego sens, choć ssanie jest efektywniejsze. Taki macerat przechowuję w ciemnych butelkach, a z sobą wożę w małej 100 ml butelce.

Następnie przyszła kolej na moje włosy. Odpuściłam zarówno szampon, jak i odżywki. Miałam krótkie włosy i postanowiłam spróbować myć je tylko wodą. To się super sprawdziło przez długi czas, dopóki włosów nie zapuściłam, a mam je bardzo gęste. Sama woda przestała mi wystarczać, choć myślę sobie, że może po prostu za rzadko je moczyłam. Przy krótkich włosach przestawiłam się na mycie raz w .. miesiącu. Możliwe, że moje długie i gęste włosy po prostu potrzebują częstszego moczenia. To są przemyślenia na dziś, bo od około 4 lat sprawdzam różne naturalne sposoby mycia włosów. Długi czas myłam wodą z sodą. Sprawdziłam też mycie mąką żytnią (tylko musi być bez łusek, bo potem zostają we włosach..) – zarówno bezpośrednio na skórą, jak i w roztworze z wodą – na razie żaden z tych sposobów nie sprawdza się w pełni przy moich włosach. Mam jeszcze pomysł umyć je kiedyś glinką bentonitową. Na dziś od roku używam szamponu pełnego ziół od Agi z Zielskiej Kolonii, o której więcej informacji znajdziesz a moim poprzednim wpisie https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=336&action=edit. Jest ok, aczkolwiek jak już osiądę znajdę inny sposób na moje włosy:)

Dodam jeszcze, że będąc na psychotronice od jednej z prowadzących dostaliśmy przepis na odżywkę na włosy, jaką stosują Hinduski na swoje cudne włosy. Ja kilka razy ją wypróbowałam i bardzo ją lubię. A przepis jest prosty – zawiera 4 składniki: jajko, olej, jogurt (mleko) oraz miód:)

Na koniec mycia płuczę włosy chłodną wodą z octem własnej produkcji, np. z rzepy lub jaki mam pod ręką. Octu też używam na różne sposoby: do płukania włosów, picia rano na czczo powerdrinka (na noc nastawiam szklankę wody z 1 łyżeczką miodu, rano dodaję 1 łyżeczkę octu), a latem na co dzień piję wodę z octem, która jest pyszna i zdrowa:)

Jeszcze do niedawna do czesania włosów używałam plastikowej szczotki, którą kupiłam kilka lat temu. Rok temu Aga z Zielskiej Kolonii zainspirowała mnie drewnianym grzebieniem, który kupiła od Ukraińców. Chciałam, by kupiła mi podobny, jednak od tamtej pory nie było okazji. I tak upłynął rok. W połowie lipca byłam na warsztatach białego śpiewu, o czym pisałam tutaj: https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=406&action=edit, gdzie na Giełdzie Twórców dzieliłam się tym tematem (co zresztą było inspiracją do napisania o tym na blogu:). Tam jeszcze miałam ową plastikową szczotkę. Po powrocie postanowiłam to zmienić i okazało się na internecie, że są dostępne drewniane grzebienie z przynajmniej 2 drzew: bukowego i drzewa neem, który był 3 razy droższy od pierwszego, jednak po poczytaniu o właściwościach poczułam, że właśnie jego chcę:) Oto mój grzebyk:

Grzebień z drzewa neem (inaczej z miodly indyjskiej) ma według producentów takie właściwości:

  • ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho, jak i mokro, nie uszkadzając struktury włosa,
  • umożliwia równomierne rozprowadzenie odżywek,
  • pobudza wzrost włosów – mam nadzieję:),
  • zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi,
  • nie elektryzuje włosów – rzadko i delikatnie, jednak zdarza się,
  • nabłyszcza i wygładza włosy,
  • jego dotyk jest znacznie delikatniejszy i nie podrażnia skóry głowy lub brody podczas czesania.

Od 2016 roku eksperymentuję z różnymi substancjami do mycia zębów. Swą przygodę w tym zakresie rozpoczęłam od mieszanek z olejem kokosowym, do którego dodawałam a to sody oczyszczonej, a to kurkumy czy węgla. Z każdej mieszanki byłam zadowolona, jednak ostatecznie zrezygnowałam z oleju kokosowego po opowieści jednej z mych znajomych. Lutka wraz z grupą dzieci przedszkolnych była na wizycie w oczyszczalni ścieków. Okazało się, że to z czym jest im najtrudniej sobie poradzić, co najbardziej zanieczyszcza ścieki, to 3 rzeczy: antykoncepcja (to już indywidualna decyzja kobiet i/lub par), tłuszcz i włosy. Od tamtej pory nie wrzucam włosów do kibla, co robiłam, bo nie byłam świadoma konsekwencji – dla mnie to było kilka włosów, jednak rzeczywiście one nieźle zapychają, co większość osób doświadcza pod prysznicem.. Od tamtej pory nie wlewam też tłuszczu do zlewu – jak już wspomniałam zrezygnowałam z oleju w mej paście do zębów oraz oczyszczam patelnie z tłuszczu ręcznikiem papierowym lub gazetą po smażeniu, zanim ją umyję. W tym też czasie wpadła mi w ręce świetna książka „Jedz brudniej” Josha Axe, którą gorąco polecam. Autor jest naturopatą, prowadzącym własną klinikę w Stanach Zjednoczonych, po własnych doświadczeniach ze zdrowiem łączącym świat zachodni i wschodni. Zachęca do jedzenia ziemi, nie tylko poprzez organiczne warzywa, kontakt ze zwierzętami, ale również bezpośrednio. Tu poleca glinkę bentonitową, którą ja teraz również polecam. Poczytaj o jej właściwościach niesamowitych na stronie, na której ją kupuję: https://www.magicznyogrod.pl/bentonit_wapienny.html. To jest kolejny mój „kosmetyk”, który używam na różne sposoby: jako pastę do zębów (wilgotną szczoteczkę „maczam” bezpośrednio w proszku), do płukania ust czy robiąc z niej pastę mieszając z wodą nakładam na stany zapalne lub zranienia. Ową glinką wspomogłam też mego starego, wówczas 18-letniego kota, dodając mu jej do mokrej karmy. Wspomnę tylko o jednej niesamowitej właściwości glinki: oczyszcza organizm z wszelkich toksyn, jednocześnie dostarczając mnóstwa mikroelementów! Od kilku też lat używam bambusowej szczoteczki, którą po zużyciu zakopuję w ziemi:)

Może już przyszło Ci do głowy, że czegoś tu brakuje, jednego podstawowego kosmetyku, o którym ja przez długi czas byłam przekonana, że mogę zrezygnować ze wszystkiego, tylko nie z tego. Mam na myśli mydło. I wtedy 2016 roku, kiedy byłam na jednym z ostatnich zjazdów dla mnie w Ulrze (Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej – https://www.uniwlud.pl, polecam:), poznałam Agatę. Tam w ogóle było mnóstwo ciekawych i inspirujących osób, z którymi rozmawiałyśmy i o weganizmie, jak i kosmetykach naturalnych. I któregoś wieczoru Agata zastrzeliła mnie wiadomością, iż od 30 lat mieszkając w Krakowie nie używa mydła, że myje się samą wodą.. To był dla mnie szok! A kobieta zadbana, kolorowa, przedsiębiorcza.. To zrewolucjonizowało moje podejście do prysznica i mycia! Postanowiłam sprawdzić, jak to jest. Od prawie zawsze lubiłam się myć gąbką, więc dalej to robiłam, pomijając mydło. I okazało się, że jest ok! Już na początku mej podróży zrezygnowałam z mydła do higieny intymnej, co moje części intymne przyjęły z wielką ulgą, a teraz zrobiłam kolejny krok. Po jakimś czasie wymieniłam kupną gąbkę na własnoręcznie zrobioną na szydełku ze sznurka bawełnianego, która służy mi od kilku lat.

Mamy tyle przekonań co do mycia.. Są ludzie uzależnieni od codziennego czy nawet kilkukrotnego brania prysznica w ciągu dnia, a to naprawdę nie służy naszemu ciału.. To, co tu piszę, dla niektórych może być szokujące, jeszcze w kontekście koronki.. A ja jestem przekonana i jestem na to przykładem, że im mamy częstszy kontakt z różnymi mikrobami, tym jesteśmy zdrowsi. Zresztą pięknie o tym pisze Josh Axe w swej książce. W jednym rozdziale przytacza najpierw historię o tym, jak jechał z żoną metrem i upadł im kawałek czekolady na podłogę. Wówczas zrobili to, co zrobiłaby większość: schowali ów kawałek do papierka i wyrzucili do śmietnika. Kilka lat później czytał wyniki badań, z których wniosek był następujący: chcąc wzmocnić układ odpornościowy dziecka, warto by było przeturlać takiego niemowlaka po podłodze metra w godzinach szczytu.. Niech Ci to posłuży za inspirację i inne wejrzenie na „brudną” codzienność, pełną bakterii. Wczoraj słuchałam ciekawego miniwykładu Bruca Liptona, który wspomina, iż obecnie mówi się o człowieku „nadorganizm”, gdyż do przeżycia potrzebuje 500 bilionów mikroorganizmów, żyjących w jego organizmie.. To było na tyle inspirujące, że najprawdopodobniej któregoś dnia kilkoma wiadomościami z tego podzielę się na blogu.

Ostatnio do mojej kosmetyczki wrócił olej kokosowy, który wymieszany z sodą oczyszczoną (i czasami kilkoma kroplami olejków eterycznych) stanowi mój dezodorant pod pachy. Kiedyś nie czułam potrzeby używania, jednak zdarzają się upalne dni, a ja latem spędzam czas na zewnątrz zwykle coś robiąc, co oznacza pocenie się więc postanowiłam sobie zrobić dezodorant, który świetnie się sprawdza. Jest jeden minus większości moich „kosmetyków”: są tłuste.. Uczę się uważności i takiego sposobu ich używania, by jak najmniej pozostawiać śladów ich użytkowania.. Jakkolwiek i tak je bardzo cenię, pomimo tego:)

Tak wygląda obecnie moja kosmetyczka. W małych słoiczkach przewożę różne skarby, które w ramach wdzięczności za moją pracę dostaję od Agi z Zielskiej Kolonii. Większość tych skarbów rozdaję bardziej potrzebującym lub używającym, bo ja raczej bawię się tym:) Mam od Agi np. kremik do rąk, krem do stóp z mocznikiem (boski) czy maść z magnezem, a także na nerki. Używam ich, kiedy mam na to ochotę, a nie, że muszę codziennie lub zupełnie nietypowo, jak np. maść na serce. Smaruję nią codziennie okolice serca, by intencjonalnie połączyć się z sercem i wzmocnić je w otwieraniu się na miłość w boskim znaczeniu:) Od jakiegoś czasu otwieram się na olejki eteryczne, które używam czasami jako a la perfumy dla zabawy lub w konkretnym celu. Jedna moja kumpela Justa zainspirowała mnie, by używać olejku z oregano z kremem do stóp i wsmarowywać razem w ramach profilaktyki na robaki – przyjemne z pożytecznym:)

Od lat nie używam takich przedmiotów jak golarka czy pumeks. Jestem w tych sferach jak najbardziej naturalna: włosom pozwalam rosnąć, tam gdzie rosną (one mają swoją funkcję), a chodzenie boso gładzi moje stopy zdecydowanie lżej i lepiej niż jakikolwiek pumeks. Dla ciekawości dodam, iż był czas, iż używałam peelingu do ciała, zrobionego w ramach zająć z ajurwedy. Słyszałam, iż były osoby, które się nim zajadały (a, tak!!), a ja używałam go na poprawę humoru, kiedy było mi smutno lub byłam zmęczona – efekt poprawy był murowany! Teraz nie mam przy sobie dokładnego przepisu, natomiast pamiętam, że składał się na pewno z brązowego cukru, oleju kokosowego oraz sproszkowanej mięty – zgodnie z zasadą, iż kosmetyk nakładany na ciało ma być jadalny:)

Dodam tylko, iż zmiany u mnie dotyczą też sfery czyszczenia pomieszczeń. Do takich celów używam głównie sody oczyszczonej i octu (tu raczej spirytusowego). Kiedy już osiądę, bardziej będę korzystać z przepisów z książki „Wyrzuć chemię z domu” Ewy Kozioł, prowadzącej bloga https://zielonyzagonek.pl.

Tym wpisem chciałabym Cię zachęcić do twórczego podejścia do codzienności, do sprawdzania i eksperymentowania również w sferach, w których wydawać by się było, że są ustalone zasady i tak jest ok.. Tu są moje sposoby na dbanie o moje ciało – Ty znajdź swoje:) Chętnie przyjmę Twoje pomysły na to i nie tylko:) Powodzenia!