Archiwa tagu: Kroniki Akaszy

Przełom

Tydzień temu czuję, że przeżyłam 2 przełomowe dni w dłuższej perspektywie. 13 lipca z rana podjęłam ważną decyzję dotyczącą mojego życia, a w szczególności ostatnich 9 lat, tj. czasu mej podróży. Poczułam, iż od września osiadam się, co tym samym oznacza, iż zakańczam mą podróż:). Nie czekam na wymarzony dom, ani partnera, tylko po prostu robię to. To nie jest tak, że na jedno czy drugie czekałam czy szukałam. Bardziej czekałam z decyzją, by osiąść – uzależniałam ją od znalezienia domu czy partnera. Od ponad roku mocno czułam potrzebę, by osiąść – wszędzie i wszystkim o tym opowiadałam. Na pytanie, gdzie – miałam jedną odpowiedź: gdzie zawoła mnie dusza, czy do miejsca, czy do człowieka z miejscem, aczkolwiek miał to być dom w lesie. Na tę chwilę, jak już wspomniałam, nie mam wymarzonego domku i na dziś nie wiem, gdzie osiądę, a jednak już wiem, że osiądę:) I to zmienia wiele! Czuję się, jak człowiek, który buduje swój dom, a zanim to nastąpi – wynajmuje inny, by mieć gdzie mieszkać. I podobnie jest ze mną, tyle, że nie planuję budowy, a raczej recykling starego drewnianego domu w lesie i ten ostatni czynnik jest kluczowy! Bez lasu nie ma mnie – potrzebuję drzew, wielkich połaci lasu do życia, do bycia w lesie jak tlenu.

Mam na dziś 2 pomysły, jak tego dokonać. Pierwszy pomysł to znaleźć dom do zaopiekowania się nim. Wtedy jednocześnie miałabym dom i zarobek. Drugi pomysł to zamieszkać z kumpelą, u której jestem obecnie, na Podkarpaciu. W tym pomyśle nęcące są osoby: wspaniała kumpela jak starsza siostra, cudni sąsiedzi i boscy ludzie wokół, których już zdążyłam poznać. Tu po raz pierwszy spotkałam się z tym, iż kto mnie poznawał, od razu zadawał pytanie: czy zamieszkam tu lub jak długo będę.. To mnie zaskoczyło, a jednocześnie było takim balsamem na serce.. Minusem jest brak lasu, bo, choć drzew wokół nie brakuje (i bosko, bo bez tego w ogóle nie byłabym w stanie tu funkcjonować), to jednak te mini lasy w okolicy to zbyt mało.. Potrzebuję ogromnych połaci lasu, by móc godzinami po nich chodzić, jak to było w Zbicznie koło Brodnicy (las pod nosem, a do tego jezioro – marzenie!!), a tu są namiastki, małe drzewostany, które mija się w kilka minut.. Jakkolwiek opcja, by pomieszkać przez jakiś czas w doborowym towarzystwie jest naprawdę kusząca i najprawdopodobniej na nią się na razie zdecyduję:) Wszystko się ułoży i będzie, jak ma być – decyzja już podjęta, a to najważniejsze:) Teraz wspierający mnie Wszechświat może działać:)

Następnego dnia dokonał się kolejny przełom i to naprawdę życiowy! Dostałam bardzo ważny przekaz od moich Przewodników za pomocą Kronik Akaszy. Potrzebowała rozjaśnić kilka niezrozumiałych dla mnie, a emocjonalnie bardzo trudnych sytuacji, które zadziały się podczas Panchakarmy – ajurwedyjskiego oczyszczania organizmu, które odbyłam na Podlasiu. Najpierw dostałam przekaz, który od zawsze słyszałam od wielu osób – brata, przyjaciół, napotkanych po drodze ludzi, również w Kronikach. Za każdym razem wywoływał on we mnie poczucie winy i zniechęcenie, bo ile można się starać! Chodzi o to, że mam mocną, dominującą aurę, energię, co w wielu ludziach wywołuje dyskomfort. Mnie też z nią niewygodnie, bo wcale w większości sytuacji wcale nie miałam zamiaru, intencji, by takową być.. I nawet, kiedy starałam się odpuszczać, nie dominować, to i tak słyszałam pretensje.. Bolało to bardzo, wywoływało złość i rozgoryczenie z niemocy i bezsilności.. I po raz pierwszy usłyszałam, że taka jest moja natura i czas na bycie sobą i akceptację tego, że nie mam się co starać być niedominująca, bo i tak to się nie udaje.. Jakie to było i jest uwalniające! Jeszcze dodatkowo usłyszałam, że czas, bym tworzyła jakieś miejsce po swojemu, na swoich zasadach, a nie dopasowywała się do innych, bo to nie jest moje.. Wow, wolność! Oczywiście, dla mnie nie oznacza to, by być władczą wszędzie i wobec każdego. To oznacza dla mnie, że jak ktoś mi zarzuci, że jestem dominująca, to mogę z uśmiechem na ustach i lekkością przyznać mu rację – bez obwiniania siebie i kulenia się, a przede wszystkim unikać takich sytuacji, np. warsztatów, gdzie ktoś jest liderem czy wchodzić w relację z dominującymi osobami. A na co dzień szanować czyjąś wolność, jak to robię, tyle, że z pewnością, a nie poczuciem winy:)) Dzięki m.in. wyzwaniu jestem w procesie akceptacji swojej złości, jednak dotychczas nie brałam pod uwagę, by akceptacją i miłością ogarnąć też moją władczą naturę.. To naprawdę mega uwalniające.. I też dla mnie poszerzające perspektywę patrzenia na drugiego człowieka – akceptacji jego natury, czy równie dominującej jak moja, czy zupełnie innej, tak różni w końcu jesteśmy i to jest boskie! Dla mnie też to oznacza dużą odpowiedzialność, bo po coś taką naturę mam, jest ona do czegoś potrzebna, a jednocześnie trudna w codziennych relacjach – łatwo mogę kogoś skrzywdzić. Dużo prościej (dla mnie) byłoby mieć naturę radosną czy luzaka.. Czas na akceptację siebie naprawdę w pełni i bycie sobą w pełni! Cudownie!!!

Od tamtej pory mam dużo więcej energii – chce mi się żyć:) Przestawiłam meble w pokoju, który zajmuję u kumpeli, zrobiłam kilka zaległych zadań, odpoczywam, koloruję i pojawiają mi się pomysły na przyszłość. Stworzę Centrum Relaksu – tak to nazwałam roboczo:)) Jestem uskrzydlona:) Cudowności i mnóstwa błogosławieństwa na co dzień:)

9 miesiąc – Narodziny – relacja

Dziś mija dokładnie (co do dnia – dziś piątek jak wtedy!) 9 miesięcy, odkąd rozpoczęłam moje roczne wyzwanie „Od złości do radości”. Od jakiegoś czasu już nie relacjonuję co tydzień czy co dwa o przebiegu wyzwania, jednak dzisiejsza rocznica i to taka symboliczna skłoniła mnie do napisania kilku słów, a dzieje się, dzieje:) I cudownie!!

To jest niezwykłe, że akurat dziś upływa 9 miesięcy od tamtego dnia – tak jak trwa stan błogosławiony.. Niezwykłe jest dlatego, iż 4 dni temu w jakiś sposób narodziłam się na nowo, najpierw umierając.. Temat śmierci towarzyszy mi intensywnie od prawie miesiąca, odkąd wyruszyłam na Podkarpacie do mojej kumpeli Basi – siostry z innego wcielenia, z którą mam właśnie takie siostrzane relacje:) Kiedy miałam do niej jechać i zastanawiałam się, jak tam się przemieszczę z Bazylem, zmarła moja ciocia ze Stalowej Woli i jakoś prawie, że naturalnie zrodził się pomysł, by towarzyszyć tacie w pogrzebie i pojechaliśmy razem z wnukiem cioci, mieszkającym w Płocku. W ten sposób znalazłam się w Rzeszowie, bo tam mieszka syn cioci, a stąd miałam rzut beretem do Krosna, skąd mogła mnie odebrać Basia. Ponad tydzień później jako jedna z 2 osób znalazłam zwłoki młodego sąsiada Basi, który na skutek utraty przytomności wpadł do rowu i się utopił. Przyjęłam to ze spokojem, co mi pokazało, że rzeczywiście mam do śmierci dystans, wynikający z uznania woli duszy do odejścia w czasie i sposobie, jaki sobie wybiera. W międzyczasie czytałam przecudowną książkę „Anioły istnieją naprawdę”, autentyczną historię choroby i uzdrowienia z raka 12-letniej dziewczynki. Kiedy ją czytałam, a dokładniej przemyślenia i refleksje tej dziewczynki, to jakbym czytała o sobie.. Jej dusza miała mocny kawałek samozniszczenia w sobie i potrzebowała przejść ten trudny proces, by podjąć decyzję o życiu.. Kolejny kontakt ze śmiercią w ostatnim czasie odbył tydzień temu podczas 4-dniowych warsztatów „Tkanki sukcesu”, które oparte były na ustawieniach Hellingera. Co ciekawe, to był „mój weekend”, jak ja to mówiłam: pierwszego dnia kończyłam 45 lat, następnego dnia obchodziłam 20-lecie zdania egzaminu na magistra, trzeciego dnia miałam imieniny (imięNiny:), a ostatniego był 13, co jest moją ulubioną liczbą:) Tam temat śmierci szeroko pojętej przewijał się w większości procesów, a ja wspierałam każdego emocjonalnie i energetycznie, jak większość, jak nie wszyscy uczestnicy. Niektóre prace były bardzo mocne, a jednocześnie niesamowicie uwalniające i uzdrawiające! Aż przyszedł czas i na mnie. No i tu się zadziało.. Wg tego, jak zinterpretowała informacje z pola prowadząca (i jak ja te informacje zrozumiałam i zapamiętałam), wyszło na to, że moja przedwcześnie zmarła babcia ze strony mamy, jak i przedwcześnie zmarła mama ciągną mnie do śmierci, a ja podróżując szukam miejsca na śmierć.. Tych informacji nie czułam, a jednak fakt, iż dostałam je od osoby widzącej i czującej więcej niż ja, spowodował mega zamieszanie w moim wnętrzu.. Na ile miałam zaufać sobie, a na ile komuś, kto widzi więcej? Może to moje ego, a nie dusza mówią, że prowadząca nie ma racji? Może to kolejna maska, którą przybrałam, by postawić się w innym świetle? To mocno podważyło moją wiarę w siebie, w swoją intuicję, tym bardziej, że miałam w doświadczeniu sytuacje, kiedy czułam co innego, a w Kronikach Akaszy okazywało się, że to nie ja miałam rację, tylko ktoś inny – ktoś, kto widział i czuł więcej z pola.. Jednak od tamtej pory mocno się rozwinęłam, z jednaj strony spokorniałam i nabrałam dystansu, a też więcej słuchałam siebie. I to właśnie sprawiło, że prawdę mówiąc rozsypałam się wewnętrznie – totalnie następnego dnia po zakończeniu warsztatów.. Na ile miałam ufać sobie? Może znowu coś sobie wymyśliłam? Byłam tego dnia u siostry w Warszawie i zamiast cieszyć się wspólnym czasem, to byłam w jakiś sposób martwa, zapadnięta w sobie, w skrytości płacząca, z chęcią odejścia z tego świata.. To był bardzo trudny dzień.. I choć w dużej mierze byłam gotowa odejść, to resztkami sił napisałam do Darii od portretu Duszy, by za jej pośrednictwem porozmawiać z moimi Mistrzami poprzez Kroniki Akaszy. Czułam, że to dla mnie jedyny ratunek. Niezwykłe było to, iż wystarczyło samo napisanie maila, by poczuć mały przypływ sił, dzięki czemu byłam w stanie spędzić wieczór z siostrą i szwagrem już razem, a nie samotnie na balkonie. Nie wiedziałam, czy Daria znajdzie i przestrzeń i czas dla mnie (w jej kalendarzu na stronie pierwszy wolny termin był 29 czerwca, czyli za 2 tygodnie..), poza tym, czy zgodzi się pracować ze mną telefonicznie, a nie internetowo, jak miała w zwyczaju. Następnego dnia z samego rana ruszałam do Krosna, gdzie od 17 miałam uczestniczyć w kręgu kobiet, co wcześniej mnie bardzo cieszyło, jednak w tym stanie wstępnie czułam niechęć do wszelkich spotkań. To mega puściło w momencie otrzymania smsa od Darii, że ogólnie wchodzi w grę termin 29 czerwca, chyba, że ewentualnie następnego dnia o 13 będzie miała dla mnie półgodziny.. Wręcz popłakałam się ze wzruszenia.. To było boskie! Wiedziałam, że dostanę wsparcie – to mnie poruszało, a jednocześnie sprawiło, iż nabrałam kolejną porcję energii w kierunku życia! Pojechałam z kumpelą na krąg, na którym, choć miał być temat wdzięczności i kobiecości, głównie królował temat rodziców i śmierci.. Co ciekawe w tym dniu była pierwsza rocznica, odkąd poddałam eutanazji mojego ukochanego kocura Tygrysa.. Następnego dnia miałam dzień dla siebie, by się zregenerować po całym tym procesie i już od rana czułam wolę życia!! Wróciłam do życia – bosko! A o 13 miałam spotkanie z moim Przewodnikiem, który potwierdził moje odczucia. To każda dusza podejmuje decyzję, kiedy i jak chce odejść. W moim przypadku nastąpiło zamieszanie ze względu na moją wrażliwość i empatię, przez to odczuwanie emocji innych osób z grupy i energia grupy, która zwykle wspiera, jednak w moim przypadku trochę inaczej przekierowała energię. Zrodziło to zamieszanie u prowadzącej, pomimo jej kompetencji i niesamowitej intuicji. Zupełnie inaczej poszła by ta praca, gdybym była sama, a nie w grupie. Ja sama bardzo cenię umiejętności i intuicję Anny, która prowadziła ten warsztat, jakkolwiek to zdarzenie utwierdziło mnie, by SŁUCHAĆ SIEBIE, swej intuicji oraz być bardzo uważną, co i komu mówię, bo mogę w dobrej wierze zrobić ogromną krzywdę komuś. To mnie utwierdziło, by UFAĆ SOBIE i IŚĆ ZA TYM, CO ZE MNĄ REZONUJE. Od Przewodnika dostałam ważne pytanie: KOMU ODDAJĘ MOJĄ ENERGIĘ? KOMU ODDAJĘ KONTROLĘ? To był najprawdopodobniej jeden z ostatnich warsztatów, o ile nie ostatni, gdzie wgłębiałam się w siebie słuchając kogoś, a nie siebie. Moim kierunkiem jest ugruntować się w sobie. Już coraz bardziej czuję swoją moc, jednak kiedy jestem w gronie osób, które postrzegam jako mocniejsze ode mnie, tracę zaufanie do siebie i swoją moc.. Teraz bardziej czas na słuchanie siebie, wgłębianie się w siebie, szukanie odpowiedzi w sobie.. W najbliższym czasie jadę na kolejne warsztaty, jednak jest na nich zupełnie inny cel. Najpierw – już za tydzień – w magiczny sposób jadę na panchakarmę na Podlasiu z Agni – Ajurweda, gdzie będę się oczyszczać, a jednocześnie dostawać dużo dobrego, jak np. masaże, dobre jedzenie, bycie w przepięknym miejscu z cudowną gospodynią Mirką i z ciekawymi ludźmi, którzy, podobnie jak ja, wgłębiają się w ajurwedę:) Potem najprawdopodobniej będę na warsztatach białego śpiewu z fundacji OVO czy może uda mi się dostać w sierpniu na wyprawę w głąb lasu i siebie (miałam jechać teraz w czerwcu, jednak niespodziewanie zwolniło się miejsce na panczakarmę, na którą czekałam od lutego, stąd podjęłam decyzję o rezygnacji z nadzieją na kolejną szansę:). Na tych warsztatach albo będę czegoś doświadczać, albo być z ludźmi czy sama ze sobą, jednak nikt nie będzie mi mówił, jaka jestem czy co mam robić ze swoim życiem. To czas doświadczania, a nie słuchania kogoś:) Tak naprawdę kolejny raz wraca jak bumerang hasło, by BYĆ SWOIM NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM i DBAĆ O SIEBIE:)

Na koniec tej relacji może tylko wspomnę o czymś niesamowitym, jak fakt, iż będąc tu na Podkarpaciu doznaje tego, za czym długi czas tęskniłam: bycie w towarzystwie ludzi, którzy lubią i cenią moje towarzystwo i wspólne spędzanie czasu czy poprzez wspólną pracę czy wspólne wypady:) To jest fantastyczne doświadczenie! Od kilku osób z grona, które tu poznałam, a poznałam przede wszystkim wiele niesamowitych kobiet, często słyszę zapytanie, czy tu zostanę.. Wow! To taki cudowny balsam dla mej duszy, choć jednocześnie raczej czuję, że osiądę w innej części Polski (w ciągu roku okaże się;))) Na dziś nacieszam się tym, co jest i to też pokazuje mi mój rozwój, że przywołuję to, co chcę, więc warto wiedzieć, czego się chce i mówić to do Wszechświata, który mnie akurat mocno wspiera:)) W tym przekonaniu wsparła mnie dodatkowo lektura Transerfingu rzeczywistości, który czytam, a jest inspirujący:)

Od wczoraj realizuję zadanie, które dał mi mój Przewodnik, by wzmocnić radość życia w sobie. Mam codziennie po przebudzeniu zapisać pierwsze zdanie (nie słowo czy obraz, a właśnie zdanie), jakie pojawi mi się, kiedy się obudzę:) To ma być moje przesłanie na dany dzień, a jednocześnie też wesprzeć mnie w uważności:) Wczoraj było coś w rodzaju „Wolę doświadczać” (niż w domyśle: widzieć, słuchać, itp.), a dziś: „Życie jest piękne”! I tym pozytywnym akcentem pożegnam się na dziś:)) Do następnego spotkania:)

Portret Duszy – prezent dla siebie na całe życie:)

Od ponad tygodnia żyję moim portretem Duszy:) Co ciekawe – najpierw sama zamówiłam sobie ten prezent, a potem zaciekawiłam nim kumpelę, która mi go sprezentowała – niesamowite! Dzięki Justa!:)

Ten portret Duszy przygotowała Daria z Mapy Przeznaczenia w oparciu o hebrajską numerologię, numerologię karmiczną oraz Kroniki Akaszy, stąd jest on niesamowity i indywidualny. Taki portret zawiera zarówno ziemskie,, jak i duchowe wyzwania, czyli lekcje, talenty, czyli możliwości i mocne strony, cele. czyli do czego dążę, co chcę w tym wcieleniu osiągnąć oraz przeznaczenie Duszy, czyli po co tu jestem, czego moja Dusza chce się nauczyć na Ziemi. Na sam koniec jest osobista wiadomość od mojej Duszy prosto z Kronik Akaszy.

Kiedy otrzymałam go późnym wieczorem tydzień temu w czwartek nie mogłam się powstrzymać, by go od razu nie przeczytać! W trakcie czytania łzy leciały ciurkiem, bo czułam jak ten przekaz jest prosto od mej Duszy do mego serca! Były tez momenty, kiedy śmiałam się w głos! Całość wzruszająca, poruszająca! Czytałam ten portret już 3 czy 4 razy razy i za każdym razem coś odkrywałam nowego, kolejny fragment zdanie zwracało moją uwagę. Przypominały mi się różne doświadczenia czy sytuacje z życia, które potwierdzały, iż idę właściwą drogą, że Dusza nie raz dawała mi informacje, które z pożytkiem wykorzystywałam, choć np. był to czas kiedy byłam bliżej swego umysłu niż Duszy. Co jakiś czas zastanawiałam się co jest moim celem w życiu, jaka jest moja misja, a ja ją już po prostu robię i robiłam.. Choćby ten blog i ostatnia decyzja, by pisać wtedy, kiedy poczuję, że chcę się czymś podzielić.. Właśnie dzielenie się swoją wiedzą, uczuciami, przeżyciami jest z jednym z moich celów i talentów jednocześnie.. Rzeczywiście jest tak, jak często się mówi: szukałam nie wiadomo czego, a to, co jest dla mnie łatwe, naturalne jest tym, co mam robić:) Większość życia oceniałam moją emocjonalność jako coś, co przeszkadza mi w życiu a jednocześnie właśnie dzięki temu rozumiem przeżycia innych ludzi i mogę czy wysłuchać czy też podzielić się swoim doświadczeniem. Początkowo pisałam „doradzić”, jednak robiłam to większość życia (i dalej, oczywiście, jeszcze mi się zdarza), jednak docelowo to się wg mnie nie sprawdza, bo to dana osoba jest ekspertem od własnego życia tak jak ja od swojego i to, co dobre dla mnie niekoniecznie jest dobre dla Ciebie w ogóle czy w danym momencie, a kiedy dzielę się moim doświadczeniem i wiedzą, to sam możesz zdecydować co Ci pasuje, co z Tobą rezonuje, co inspiruje Cię do jakiegoś działania, a co puszczasz bo na tę chwilę lub w ogóle nie jest Twoje..

Jednym ze zdań, które najmocniej mnie poruszyło, przy którym mega się wzruszyłam, było o wsparciu ze strony Rodu, a dokładniej „Twój Ród zadba o to, żeby na nic Ci nie zabrakło”.. Czyż to nie wspaniałe mieć takie wsparcie?! Nie tylko świat mnie wspiera, ale cały mój Ród – bosko!! Co za cudowna świadomość! To naprawdę niezwykłe przeczytać takie słowa..

Inna rzecz, jaka mi przyszła dziś, kiedy po raz kolejny czytałam ów portret to nazwa mojej firmy, którą prowadziłam przed laty, jeszcze zanim wyruszyłam w podróż (zamknęłam ją po roku podróży). Brzmiała ona tak: Centrum rozwoju potencjału osobistego Harmonia, a moim celem ziemskim jest stać się zrównoważoną w każdym aspekcie życia i doświadczyć m.in. harmonii, natomiast celem duchowym jest m.in. powrócić do siebie w pełni swojego potencjału oraz pomóc innym dojść do równowagi tak, jak sama do niej doszłam.. Dodatkowo wspomnę, iż praktycznie zawsze pracowałam i odwoływałam się do swojego doświadczenia, czyli dzieliłam się sobą, swoją wiedzą i doświadczeniem..

Przy okazji czytania książki „Siła czy moc” Davida Hawkinsa spotkałam się z takim zdaniem (którego sens można znaleźć w wielu pozycjach): Rób to, co lubisz robić najbardziej i czyń to najlepiej, jak potrafisz. Nieraz wypisywałam sobie listę co lubię robić w różnych celach, jednak wówczas zadałam sobie pytanie: co lubię robić najbardziej? i doszłam do wniosku, że rozwijać się duchowo, a w portrecie przy okazji opisywania ziemskich celów padła informacja, iż będę zainteresowana rozwojem osobistym i duchowym.. Zresztą rozwój duchowy w jakiejś postaci pojawił się praktycznie w każdym z punktów:)

Poszła też taka informacja, iż nieraz wybierałam wcielenia, gdzie miałam dostęp do wiedzy, zarówno logicznej, jak i metafizycznej. Od zawsze lubiłam się uczyć i nauczać. Pierwsze, najmocniejsze wspomnienie taty o mnie z dzieciństwa to było takie, iż do przedszkola chodziłam z książkami (czytałam sama jako chyba 4latka), a któregoś dnia wzięłam plecak i chciałam wyjść z domu – do szkoły, jak odpowiedziałam zaskoczonym rodzicom.. Miałam wówczas 6 lat, a szkoła była od 7 roku życia.. Książek i kursów przerobiłam dotychczas całe mnóstwo i dalej jestem otwarta na wiedzę, głownie duchową i ezoteryczną, jak na dziś:)

Całe życie miałam mnóstwo męskiej energii i wydawało mi się, że mało kobiecej. Kiedy jednak mocniej się sobie przyjrzałam i podoświadczałam, to zmieniłam zdanie. Mi nie tyle brakowała kobiecej, ile harmonii pomiędzy energią kobiecą i męską.. To szczególnie mocno odczułam w trakcie warsztatu dla kobiet „Wiedźma. Ta, która wie”. Pamiętam, jak któregoś dnia huśtałam się w hamaku i on bujał się na zmianę albo na boki, albo do przodu i tyłu – wtedy poczułam w sobie harmonię i siłę obu tych energii we mnie. I podobny przekaz dostałam teraz w tym portrecie:)

Ten portret pozwolił mi na pełniejsze zrozumienie siebie, a przede wszystkim na docenienie siebie i tego, co do tej pory zrobiłam.. Bywało różnie (i dalej jest) – dotknęłam bardziej lub mniej wielu negatywnych swoich aspektów. Nie zawsze szłam w zgodzie ze sobą, słuchając siebie w pełni, jednak teraz jestem na dobrej drodze. Zastanawiałam się nad moją misją, a ja już ją wypełniam:) Już nie potrzebuję szukać, tylko docenić to, co mam i dalej się rozwijać, doskonalić, jednoczyć z Duszą i dzielić się swoim doświadczeniem, przeżyciami, wiedzą z innymi ludźmi:) Mój blog nabiera większego sensu:) Moja książka o mej podróży (na razie w rękopisie:) nabiera większego znaczenia:)

Zachęcam każdego do zrobienia sobie (i swoim dzieciom) prezentu na całe życie – portretu Duszy:) To naprawdę niezwykły cudowny dar:) Zapraszam Cię na stronę Darii i podjęcia decyzji zgodnej z własnym sercem:)

20 i 21 tydzień – niech się dzieje – relacja

Szczerze powiem, że nie pamiętałam o intencji, a kiedy ją zobaczyłam, uśmiechnęłam się w sobie, bo działo się, działo!

To, co teraz najważniejsze to to, iż wyraziłam 2 dni temu swoją decyzję o odejściu z tego miejsca za 2 tygodnie i poczułam wolność! Co ciekawe, kiedy tuż przed rozmową sięgnęłam do moich kart Sacred destiny oracle z intencją wsparcia lub podpowiedzi, bo byłam dość zdenerwowana (nie wiedziałam, jak pani Danusia zareaguje, a niestety musiałam powiedzieć jej przez telefon, bo nie wiadomo kiedy wróci, a wolałam, by miała więcej czasu na znalezienie kogoś do pomocy) i wyciągnęłam kartę Freedom:) Coraz częściej sięgam do moich kart i czuję je mocno – są niezwykłe! A wracając do tematu, to jest kolejny raz, kiedy doświadczam, ile energii zatrzymuję, kiedy cokolwiek trzymam w tajemnicy – tutaj decyzję o odejściu. I ten czas jest potrzebny, by sprawdzić, przyjrzeć się, jednak, jak robię to zbyt długo, to źle to wpływa na moje codzienne funkcjonowanie. Od jakiegoś czasu krąży wokół mnie hasło: NAGA PRAWDA, by być w całkowitej nagości, to jest takie uwalniające, choć nie zawsze łatwe. Ogólnie prawda, szczerość to jest mój sztandar, jak to wyrazili się moi Mistrzowie w Kronikach Akaszy i rzeczywiście tak jest. Jakkolwiek zdarzają się sytuacje, w których coś przemilczam, choć gdyby ktoś się mnie w tym momencie zapytał, co ja sądzę, to niezależnie, jaka trudna jest ta prawda – powiem ją. Uczę się milczeć, bo zdarza mi się narzucać swoje zdanie, mówić je zbyt kategorycznie, zbyt nachalnie, a nie taka jest moja intencja, by wmawiać komuś coś, czego nie czuje. Każdy ma swoją prawdę i swoją drogę. Z jednaj strony cieszę się, że udaje mi się coraz częściej po prostu słuchać, jednak mam wrażenie, że są sytuacje, w których straciła zdolność do wyrażania siebie. Są osoby, z którymi trudno dyskutować czy rozmawiać, bo wchodzą na taki poziom emocji i kategoryczności, że się wycofuję. Najlepszy numer, że ja też mam takie tematy, w których się tak uruchamiam i stąd to po części wycofanie, bo wiem, jakie to jest zamykające.. Aczkolwiek, chyba za bardzo siebie zamknęłam i stąd czasami ma frustracja.. Chciałabym teraz znaleźć się w miejscu, w którym poczułabym flow z daną osobą, dla której bym pracowała, by przyjęła mnie z całym moim dobrodziejstwem – chciałabym na żywo uczyć się wyrażać w trudnych, dotykających mnie emocjonalnie tematach szczerze, acz z szacunkiem do drugiej strony, do jej punktu widzenia. Oczywiście, są już obszary, w których mi się to udało – i chwała Bogu! Jednak dalej są takie sytuacje, w których tracę dystans do siebie i odbieram zbyt osobiście czyjeś słowa lub chcę zbawić daną osobę, uświadamiając ją w jakimś temacie..

Czuję, że jestem u progu mentalnej transformacji. Kiedy wyruszyłam w podróż, w którymś momencie doświadczyłam transformacji w temacie materii i pewnych rzeczy, uznanych przez świat zewnętrzny za ważne, jak np. niektóre zawody. Po prostu przestałam je za takowe uważać. To, tak jakbym zdjęcia zasłony z oczu, przejrzała iluzję i to, co jednego dnia było mega dla mnie ważne, następnego spadło w piedestału.. Podam konkretny przykład. Zanim wyruszyłam, uważałam siebie za osobę raczej biedną, która nie stać było na tyle wspaniałych rzeczy, które oferuje świat. Wchodziłam do galerii handlowej, a tam z każdej wystawy wołały mnie a to buty, a to coś tam.. A ja zatrzymywałam się i wzdychałam i zazdrościłam ludziom, których stać było na te wspaniałości. A teraz? Kiedy mam wejść do galerii, to robię to z niechęcią i szybko, wchodząc po konkretną rzecz – jest to bardzo rzadko (raz – dwa razy do roku). Kiedy mijam witryny sklepów – patrzę obojętnie na te rzeczy i .. żadna mnie nie pociąga, żadnej nie pragnę.. Jestem wolna i teraz czasami mi trudno zrozumieć tę pogoń za materią.. Kiedy spotykam bogatych ludzi, to ciekawią mnie jako ludzie. Jak fajnie się z nimi gada, to bosko, jak się wywyższają czy po prostu nie ma pomiędzy nami flow – odpuszczam. Nie ma we mnie uczucia zazdrości, że ma takie czy inne ciuchy, dom, samochód. Po prostu – jak ją to cieszy, to cudownie, a jak robi to na pokaz czy by zaspokoić wewnętrzną pustkę – współczuję jej. To nie jest tak, że zostałam ascetką, mam ileś rzeczy, i to jak na minimalistkę, którą teraz jestem, całkiem sporo, jednak nie mam do nich przywiązania, choć je lubię:) Po prostu nie mają takiego znaczenia, jak kiedyś nadawałam materii, nie budują mego poczucia wartości. Czuję, że podobny proces dzieje się w sferze uczuciowo-mentalnej. Widzę coraz bardziej, jak przejmuję się słowami czy zachowaniem drugiej osoby, co patrząc na to z boku – nie ma znaczenia. To jest jej czy jego świat i jak już to świadczy to o tej osobie, np. to że przechodzi koło mnie, nie mówiąc dzień dobry, choć to ta osoba wchodzi do przestrzeni, w której już ja jestem. To ignorowanie mnie – to jest słowo klucz: MNIE, odbieram do siebie.. Ostatnio pojawiło mi się, by na różne sytuacje, które mi się przydarzają, a dokładniej na zaskakujące, trudne w mej ocenie dla mnie reakcjach ludzi na mnie czy w moim towarzystwie mówić sobie w duchu: to zabawne:) I to buduje we mnie dystans do tego i możliwość spojrzenia na to z boku, a jednocześnie wywołuje uśmiech, co przetorowuje lżejsze emocje:) Tu znaczenie miała relacja z panem Jarkiem, mężem pani Danusi, który w którymś momencie emocjonalnie mnie odrzucił, czego pewnie w 100% nie był świadomy. Objawiało się to ignorowaniem, pomijaniem, a jak już się do mnie odzywał, to komentował jedzenie, które przygotowywałam – oczywiście zero pochwały, a raczej wyśmiewanie tego, jak i co robię. To kilka objawów, a ja – osoba wrażliwa emocjonalnie – wyczuwałam to w polu i bardzo cierpiałam. Ryczałam jak bóbr w samotności, a jednocześnie unikałam kontaktu. Okazało się po wejściu w Kroniki Akaszy, iż uruchomiło to traumę odrzucenia przez tatę, co mnie o tyle zaskoczyło, że myślałam, iż już to uzdrowiłam, a jednak.. Kolejna warstwa się pokazała i kumpela w Kronikach mi to uzdrowiła. Trochę nabrałam dystansu, jednak dalej przeżywałam – tydzień temu wręcz miałam objawy depresji.. I wtedy do mnie dotarło z mocą, iż ciągle myśląc o tym, przeżywając, cały czas to wzmacniam zgodnie z zasadą, iż to, na czym skupiam uwagę, to rośnie.. Oczywiście znam tę zasadę i często z niej korzystam, by zatrzymać myślenie czy rozmowę na jakiś temat, a jednak, kiedy u mnie w grę wchodzą emocje dotykające tak mocno serca, to odpadam.. Fakt faktem na coraz krótszy czas, a jednak w pierwszej chwili zapadam się w sobie.. Poza tym dotarło do mnie jeszcze jedno – ja bardziej przejmuję się innymi niż sobą. Moje myśli często są skupione na tym, by ułatwić życie innych, zapominając o sobie.. Oczywiście, mówię o pewnych niuansach, bo nie mogę napisać, że w ogóle nie dbam o siebie – są obszary, w których robię to świetnie, jednak dalej mam takie sfery, w których innych stawiam ponad siebie, zamiast na równi.. Napiszę szczerze, że odkąd to do mnie przyszło, to chyba w końcu jestem bardziej gotowa na to, by coś z tym zrobić, by wyjść z błędnego koła, które tworzę. Mam poczucie, że coś się we mnie zmieniło, co zostało wzmocnione uwolnieniem poprzez wyrażenie swej decyzji, co przejawia się też zmianą relacji pomiędzy mną a panem Jarkiem. Jest to odczuwalne – jest więcej lekkości i radości, choć dalej jest pewien rodzaj dystansu, aczkolwiek nie biorę tego do siebie. Tak naprawdę jestem wdzięczna jemu, że dał mi możliwość uzdrowienia kolejnej warstwy w sferze odrzucenia:)

Doświadczyłam jeszcze jednej ciekawej rzeczy. Na 2 dni straciłam dostęp do internetu, najprawdopodobniej przez pogodę (mrozy i silne wiatry, cudowne zawieje śnieżne:), choć przyznam się, że byłam w takim dołku, co pobudziło czarnowidztwo, iż podejrzewałam pana Jarka o jego wyłączenie.. Proszę o wybaczenie! To było super doświadczenie, bo od lipca intensywnie, w przeciwieństwie do ostatnich lat, korzystam z netu, bo słucham o Ajurwedzie czy Doroty, uczestnicząc w wielu kursach, które wykupiłam. I choć jestem przeogromnie wdzięczna za tę wiedzę, za wglądy, za całość, to po prostu ucieszyłam się, że nie ma netu! Poczułam się dużo lżej.. Na szczęście powoli kończę te kursy, zostało mi stosunkowo niewiele. Jak skończę, to pozostaną mi 2 kręgi: z Justyną i Dorotą. Co ciekawe, tak się w końcu złożyło, że obydwa są w tym samym dniu raz na 2 tygodnie! Na szczęście o różnych godzinach:) Właśnie 2 dni temu miałam pierwszy z 5 takich intensywnych czwartków:) A potem zostanie tylko krąg z Dorotą, który jest programem półrocznym. Jedno i drugie wspiera mnie w tym wyzwaniu, dzięki któremu mnie teraz czytasz, dając radość, lekkość, przyjemność i kontakt z ludzi, a przy okazji rozwój duchowy i osobisty:) To moje poczucie przeładowania zaowocowało tym, iż wypisałam się z jednego newlettera, dzięki któremu miała ostęp do fajnych darmowych warsztatów online, jednak poczułam, że to too much.. I jeszcze jedno – że zmniejszę ilość wpisów – relacji, bo choć teraz mi się cudnie pisze, to czuję się przeładowana – wolę pisać mniej, rzadziej, a z lekkością. Teraz piszę po 2 tygodniach, bo skorzystałam z tego, iż tydzień temu nie było netu. To też mi pokazuje, jak ja sama się wiążę.. Tak naprawdę mogę pisać, kiedy chcę, jednak sama przed sobą zobowiązałam się do cotygodniowej relacji i wewnętrznie trzyma mnie to.. Właśnie teraz, w tym momencie, jak to piszę, ZWALNIAM SIEBIE Z TEGO ZOBOWIĄZANIA.. Łzy zakręciły się w moich oczach.. Chyba tego potrzebowałam.. Wcześniej miałam napisać, co innego, wyznaczyć sobie wstępną datę kolejnej relacji, a teraz napiszę tak: nie wiem, kiedy będzie next time – może za 2 tygodnie, może za 3 dni, a może za pół roku.. Będzie, kiedy będzie. Na kręgu u Doroty od mojej duszy dostałam przekaz na najbliższe 2 tygodnie do następnego spotkania, by odpuścić i cieszyć się życiem i za to się ponownie zabieram:) Cudowności i do next time nie wiem kiedy:)

19 tydzień – po prostu jestem – relacja

Szczerze napiszę, że piszę z rozsądku, z głowy, bo na jakimś poziomie nie chce mi się pisać.. Piszę, bo trochę się zadziało i może warto o tym wspomnieć? Też w ten sposób sprawdzę, czy rzeczywiście warto pisać pomimo .. pomimo, że nie chce mi się:))

Ten tydzień zaczął się lekko i radośnie:) Wróciłam jak na skrzydłach (choć mi się nie chciało.. jaki znajomy tekst..:) – uskrzydlona towarzystwem, odpoczynkiem, odpuszczeniem:) To było takie fajne uczucie:) To sprawiło, że byłam pewniejsza, rozmowniejsza, a także głośniejsza:) To, co mnie przestraszało – impreza z okazji urodzin „szefa”, przyjazd gości, który w mej głowie urósł do tłumu, przygotowania w kuchni – okazało się lekkie i spokojne:) Na imprezę raptem przyjechały z daleka 2 osoby (w sumie świętowało 7 osób wraz z jubilatem), z których jedna całą imprezę od strony kulinarnej przygotowała! Ta kobieta jest niezwykła – boska w swej prostocie, a jednak pięknie realizująca swoją misję: uwielbia gotować i po prostu z lekkością to robi:)) A jednocześnie z dystansem i humorem podchodzi do różnych sytuacji, a siedząc cały dzień w kuchni po prostu przyciąga do siebie obecnych mieszkańców.. I tak siedzi przy niej czasami jedna, a czasami cały tłum i się po prostu rozmawia, gada o wszystkim i o niczym.. 🙂 Dzięki niej całość nabrała lekkości i po prostu się wydarzyła, choć, co szczerze mnie zaskoczyło, nie usiadła do stołu z całym towarzystwem.. Takie trochę dziwne tu panują zasady.. Ja też stałam się służącą podającą do stołu, co mnie rozbawiło! Kiedyś bym taką sytuacją była wkur.. i upokorzona, a teraz bosko było doświadczyć dystansu i rozbawienia i wolności, bo większość, jak nie wszyscy goście nie odnaleźli by się w takiej sytuacji, nie potrafiliby z lekkością służyć innym i podawać do stołu:) Poczułam się jak kopciuszek czy jakoś tak, tyle, że bez balu:)) Za to po podaniu już wszystkiego do stołu, miałyśmy prywatną 4-osobową (w urozmaiconym wiekowo kobiecym składzie: 16latka, 45latka, 60latka i 72latka:) lekką imprezę w kuchni:))) Taka scena jak z bajki – na górze arystokracja baluje, a w podziemiach w kuchni toczy się drugie życie:) Bardzo mi się podobało – ciąg dalszy bycia w towarzystwie:) Nastolatka była gościem – niechętnie widzianym przy głównym stole (smutne), więc nas opuściła, natomiast z pozostałymi stworzyłyśmy zgrane trio, które w niedzielę wspólnie zrobiło makaron do rosołu, a w poniedziałek – pierogi! Super to była przygoda, niestety do czasu.. Bańka mydlana padła w środę, kiedy jedna z nich coś mi nagle zarzuciła, co było tak absurdalne, że mnie zatkało. W tym samym czasie miałam od jakiegoś czasu oziębienie relacji z owym szefem – jubilatem, którego po prostu lubiłam, a on od jakiegoś czasu mnie odrzucał, co ja ze swoją wrażliwością energetyczną odczuwałam i czułam mocno. To mnie przygnębiało, a napaść Marianny sprawiła, że się rozpadłam i zapadłam w sobie na 2 dni.. Na szczęście sięgnęłam po wsparcie i poprzez Kroniki Akaszy dowiedziałam się od Mistrzów, iż odpaliła mi sie trauma odrzucenia przez tatę. Zaskoczyło mnie o tyle, że wydawało mi się, że odrzucenie już w pełni uzdrowiłam, a jednak.. A jednak jeszcze coś zostało i potrzebowało uzdrowienia, co kumpela poprzez Kroniki uczyniła.. Bony, od razu lżej się zrobiło, więcej energii i luzu.. Z Marianną za niedługo relacje wróciły do normy, niestety z szefem nie bardzo. Choć mu dodatkowo pomagam w stajni – niewiele, bo niewiele umiem – to po prostu mnie ignoruje lub sztorcuje za byle co.. N a razie po prostu go unikam, jednak dzięki temu podjęłam już decyzję, iż maksymalnie z końcem lutego odchodzę stąd. Przywołuje teraz nowe miejsce, gdzie chcę pomagać i być przyjęta z radością i życzliwością i już:)

Wspomnę jeszcze o 2 wydarzeniach – w jakiś sposób podobnych, a jednocześnie odmiennych:) W czwartek miałam pierwsze z 6 spotkanie online w kręgu z Justyną De Prado, moim coachem:) Co ciekawe pracujemy na bazie „Transerfingu rzeczywistości”, książki, o której ostatnio wspominałam i tworzyłyśmy tzw. slajd, czyli inaczej obraz z przyszłości, w jakiej się chcemy znaleźć:) Ponownie pracuję nad moim domkiem, w którym chcę zamieszkać z partnerem:) Niesamowite, jak to się składa:)) No i za tydzień w czwartek zaczynam półroczny program Złoty Krąg z Dorotą Jesiołowską – Sołoduchą, który ja tak naprawdę zaczęłam w połowie grudnia, a o czym już pisałam. , Już wtedy poczułam, że zyskam więcej, no i już tak jest! Po pierwsze miałam minisesję 1:1 z Dorotą wtedy w połowie grudnia. Po drugie odbyły się już 2 spotkania, które były w promocyjnej cenie, ale za miesiąc – w sumie 2 spotkania, a właściwy program zaczyna się od lutego, a ja te spotkania miałam bez dodatkowych opłat:) Po trzecie – dostałam kurs Rekalibracje, a teraz jeszcze poprosiłam o „Złam kod zarabiania, który też otrzymałam:) No i na koniec ostatnio dostałam wiadomość głosową od Doroty, która wyraża mi wdzięczność, bo moje zaufanie sprawiło, że dzieje się to, co się dzieje:)) Po prostu BOSKO!!

Czuję też, że zmienia się moja relacja z Justą z Podlasia, że się zbliżamy i tworzymy nową jakość relacji i to tez pokazuje zmiany we mnie:)

Cieszę się, iż pomimo początkowej niechęci, jednak zdecydowałam się napisać kilka słów o ostatnim tygodniu, w którym tez odpuściłam Internet, a więcej byłam z ludźmi:) Teraz mam jeszcze maksymalnie miesiąc przed sobą, by skorzystać w pełni z tego, co oferuje mi to miejsce i czas:)

to był tydzień pełen zaskakujących wrażeń – taki uzdrawiający chaos, jak to wyciągnęłam z moich kart:) Aa, dostałam jeszcze kamienną piękną kulę od Justy – tydzień niespodzianek:)

Hmm, i jaki ma być kolejny temat tygodnia? Sama nie wiem, może po prostu niech się dzieje🙂