Archiwa tagu: lekkość

Mogę służyć innym – mała rzecz a wielka transformacja

Wczoraj dokonała się kolejna transformacja w moim życiu w sferze mentalnej. Niby mała rzecz, a po efekcie – tym, jak się czuję – jest to ogromna zmiana.

Ten intensywny proces rozpoczął się ponad miesiąc temu, jak po raz pierwszy od dłuższego czasu przyjechałam do kumpeli na Podlasie. Ma 2 córeczki w wieku szkolnym – 9 i 11 lat i to w dużej mierze za ich przyczyną dokonałam tej zmiany mentalnej. Wszystkie 3 są wspaniałymi istotami, z którymi bardzo lubię spędzać wspólnie czas. Mają tylko jedną przywarę – w moim odczuciu: iż pozostawiają różne rzeczy gdziekolwiek, najczęściej tam, gdzie akurat ich używają. Podobnie jest z naczyniami, choć tu dochodzi jeszcze jedna sprawa: mają zmywarkę i często zamiast wkładać naczynia od razu do zmywarki, to często zostawiają je w zlewie, a to oznacza, że zwykle to ja potem po nich sprzątam.. A jest ustalone z dziewczynkami, iż po sobie po zjedzeniu ogarniają naczynia od razu… Niestety – cała trójka ma do tego luźne podejście i często rano czułam frustrację i złość, widząc pełno naczyń w zlewie – przyznam, iż doprowadzało mnie to do szewskiej pasji.. Nie jestem jakąś perfekcjonistką – szczerze powiem, ze mam swoje obszary, w których ktoś mógłby ocenić jako pozostające w nieładzie, jakkolwiek lubię mieć proste zasady i lubię sama ułatwiać komuś życie i tego samego oczekuję od innych, ucząc tego poprzez własny przykład czy właśnie owe proste zasady (np. sprzątam po sobie). Podczas pierwszego dwutygodniowego pobytu mocno się spinałam z tego powodu i już wtedy zaczęłam rozmyślać, co bym mogła zmienić, by sobie ułatwić życie i tak się nie denerwować.. I mówiłam o swoich uczuciach, i zmieniłam ton głosu, bo już zaczynałam wszystko mówić tonem pełnym złości.. Na pewno trochę odpuściłam – ważna była wtedy decyzja, że ja tu po prostu jestem i tworzę przestrzeń, a nie angażuję się w codzienne wychowanie dziewczynek, co robiłam od dłuższego czasu w trakcie bycia tutaj czy poprzez rozmowy z kumpelą. Tyle, że mamy inne podejście w wielu kwestiach i co z tego, iż kumpela chciała ode mnie podpowiedzi, co zrobić, jak potem nie wdrażała tego, bo to było moje, a nie jej.. Pod wieloma względami jest to piękna, acz czasami trudna relacja, w której uczymy się siebie nawzajem i poprzez to wzrastamy i rozwijamy się..:)

Wracając do tematu – ta decyzja o nie angażowaniu się była ważna, acz były sytuacje, jak te opisane powyżej, które dotyczyły mnie bezpośrednio.. Po dwutygodniowej przerwie wróciłam z powrotem do kumpeli i ogólnie widziałam na co dzień różnicę w swoim podejściu, jednak te naczynia pozostawione wszędzie dobijały mnie.. Tu jeszcze wchodzi przynajmniej jedna rzecz. Moja mama robiła wszystko w domu, nie angażowała nas, dzieci (a było nas czworo, więc roboty było pełno), do codziennych prac. Szybko odeszła, a ja nie potrafiłam nic – ani gotować, ani prać czy prasować.. Czułam się mało zaradna przez długi czas. Wówczas poczułam, jakie ważne jest, by wdrażać dzieci od początku w życie codzienne – im wcześniej, tym lepiej z tego względu, iż traktują to jako zabawę, a potem po prostu umieją o siebie samodzielnie zadbać. Stałam się wielkim zwolennikiem samodzielności i jak można, to pokazywałam czy angażowałam dzieci, które spotykałam na swej drodze, do codziennych czynności. Podobnie było u kumpeli – nauczyłam dzieci pranie wstawiać, zdejmować i składać rzeczy z suszarki, robić sobie kanapki.. Jednak czasami za bardzo się wkurzałam, że nie jest tak, jak ja bym chciała – tak zabawne, jak i smutne to stwierdzenie jest.. Błędne koło.. Poza tym pisząc to uzmysłowiłam sobie, iż moja historia jest potwierdzeniem ostatnich moich przemyśleń – że jak dziecko dorośnie i dojrzeje, to nauczy się tego, co chce, kiedy poczuje, iż jest mu to potrzebne tak jak ja nauczyłam się prać, suszyć i składać rzeczy tak, by nie musieć prasować, choć to też potrafię czy nawet gotować, choć nie myślałam kilka lat temu, że to też nastąpi.. Chyba aż za bardzo chciałam z jednej strony nauczyć dzieci samodzielności, by ochronić je przed poczuciem gorszości, jak ja się czułam, a z drugiej za bardzo usztywniłam się przy zasadach, które mają ułatwiać życie, a nie je ograniczać, a tak też chwilami się działo w moim przypadku w relacji z dziewczynkami.. Niestety – na to wpływ też miała moja wiedza i doświadczenie jako psycholog.. A prawda jest taka, iż każda dusza sama tworzy swoje życie i swoje doświadczenia.. Ja nie ochronię, ani nie nauczę wszystkiego, co może się komuś przydać, bo któż wie, czym tak naprawdę to „coś” jest.. To, co ja mogę, to robić swoje i swoim przykładem pokazywać coś, co chciałabym widzieć wokół siebie (ktoś powiedział coś w tym rodzaju: „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”) i wczoraj właśnie w tym temacie doszłam do bardzo ważnych, dla mnie, wniosków..

Wypisywałam sobie wszystko, co mi się w tym temacie pojawiało, np. wszelkie pomysły, co mogę w tej sytuacji zrobić, jednak większość pomysłów nie pasowała mi – albo już ich nie chciałam wdrażać, bo w sumie nie były tym, co bym chciała pokazywać, ani nie czułam się z nimi dobrze, a część – choć wartościowa – na razie nie sprawdziła się tutaj.. Płakałam i czułam się bezradna.. W końcu zaczęłam zgłębiać jeden z pomysłów, by z lekkością i spokojem sprzątać po dziewczynkach, wbrew moich przekonaniom.. Lekkość jest tym, co chcę w moim życiu, a czułam, że wszelkie moje reakcje, choć w większości wypływające z dobrych intencji, są walką i oporem, co mnie męczy i spina i wcale nie jest lekkie, wręcz przeciwnie.. A sprzątanie po dzieciach raczej nie wchodziło wcześniej w rachubę, bo czego w ten sposób uczę? No i tutaj, wbrew sobie, doszłam do ciekawych wniosków.. Jaka ja jestem wdzięczna, iż otworzyłam się na przyjrzenie się temu z takim naprawdę otwartym umysłem..

Kiedy z lekkością i spokojem sprzątałabym naczynia po dziewczynkach, wtedy:

  • czułabym lekkość i spokój:)
  • miałabym lekcję pokory
  • uczyłabym się akceptacji innych takimi, jakimi są
  • robiłabym dla siebie dobrze, bo lubię czysty zlew
  • dałabym przykład, iż wszelka praca jest ok, że służenie innym jest ok, że służenie innym jest lekkie, że służenie innym może dawać radość
  • kiedy będą gotowe, o ile w ogóle, to miałyby przykład sprzątania/pomagania/służenia innym w lekkości

Te dwa ostatnie wnioski tak naprawdę wstrząsnęły mną i rozpoczęły transformację, bo prawda jest taka, iż ja lubię pomagać, lubię służyć innym, lubię te codzienne czynności i lubię pomagać w ich codzienności, a jednocześnie w tym przypadku (i jeszcze w kilku innych) uparłam się na trzymaniu się ustalonych zasad – by w sumie nauczyć je czegoś, jednak tak naprawdę uczyłam ich czegoś innego… Chciałam nauczyć ich samodzielności, a uczyłam, iż służenie innym jest trudne, ciężkie, okupione walką.. A ja doświadczyłam tego i dalej doświadczam, iż służenie innym uskrzydla i ubogaca.. Skąd mają się tego dowiedzieć, jak na razie mają przykład walki i narzekania? Jak z radością będę robić te codzienne czynności, to może nadejdzie dzień, kiedy zapytają się, skąd moja radość? Lub same poczują chęć doświadczyć tego na sobie! Przecież ja w ich wieku też nie pomagałam w domu, tylko czytałam, bawiłam się, a czasami zaopiekowałam się młodszym rodzeństwem, co lubiłam i sama chciałam.. No właśnie – sama chciałam..

Chcę, by ludzie sobie nawzajem służyli i pomagali sobie, a mogę ich do tego inspirować poprzez własny radosny przykład! W ten sposób uskrzydlam i wzbogacam siebie! Tu dotarło też do mnie, iż ja MOGĘ służyć, bo jestem sprawna fizycznie, jestem zdrowa, jestem też na to gotowa mentalnie i duchowo.. W ten sposób doszłam do wniosku, jakie to szczęście, że ja mogę! Ile osób chciałoby, a nie może, bo jest np. chora czy niepełnosprawna (choć są i takie osoby, które niby nie mogą, a pomagają i są też odwrotne sytuacje – mogą, a nie chcą..). Uzmysłowienie sobie tego było dla mnie naprawdę uzdrawiające i wyzwalające! Poza tym – ja mogę, a nie muszę! A warto bym to robiła dla siebie, bo właśnie mogę, lubię służyć innym i lubię czystość:) Czuję, że puściłam mega dużo napięcia i mam w sobie więcej lekkości!

Teraz ciągle sobie powtarzam, że mogę, nie muszę, a teraz jest to dużo głębsze niż kiedyś, bo nie tylko związane z poczuciem wolności, a potencjału, jaki mam w sobie! Poza tym pamiętam, iż w ten sposób świecę przykładem, by iść w kierunku zmian, które chcę, by zamanifestowały się wokół mnie:)

27, 28 i 29 tydzień – otwieram swe serce – relacja

Kolejne tygodnie za mną:) Od tygodnia korciło mnie, by napisać, jednak tydzień temu jechałam do domu rodzinnego na święta, potem same święta i dalej odpoczywam w słodkim lenistwie.. To były jedne z fajniejszych świąt – bez spiny, na luzie:) Już 2 tygodnie wcześniej ustaliłam z siostrą, że w tym roku dajemy na luz i po prostu skupiamy się na wspólnym byciu, a jedzenia robimy minimalnie, bo i tak zawsze jest za dużo, a poza tym w tym roku jakoś nie czuliśmy aury świąt. I wyszło to nam na dobre:) Teraz sobie uzmysławiam, że to jest to, czego chciałam – być na luzie i cieszyć się chwilą! Hmm, to przyjemne doświadczać tego, dodatkowo ze świadomością, że jestem na dobrej drodze, że realizuję, co chciałam, co sobie zamierzyłam w tym projekcie:)

Co ciekawe dostałam od siostry zamówienie na zrobienie grochówki:) Numer polega na tym, iż ja od kilku lat nie jem mięsa i nigdy wcześniej nie gotowałam tej zupy. Nauczyłam się jej w miejscu, w którym mieszkałam tej zimy w zachodniopomorskim i robię na czuja wg wytycznych, jakie dostałam od pani Danusi i wychodzi! Podobno rewelacyjna:) Siostra nie może się nadziwić, jak ją robię tak pyszną nie próbując jej.. A ja mam radochę, że robię coś, co smakuje i co uwielbia siostra ze szwagrem i tata:) To dla mnie kolejny przykład jak odpuściłam, bo kiedyś trudno mi byłoby robić tak „wbrew sobie” czy jak to nazwać „niezgodnie ze swoimi wartościami”, tak jak tutaj: nie jem mięsa, a gotuję zupę na nim opartą.. Doceniam swój rozwój:) A jak jest lżej na co dzień..:)

Ogólnie te ostatnie tygodnie były lekkie i leniwe:) Moja lekkość rozpoczęła się od rozmowy telefonicznej z bliską mi osobą, która wysłuchała mnie, co rozpoczęło proces rozpuszczania zaciśniętego serca.. Taka prosta rzecz – wysłuchać bez komentowania i rad, a taka wartościowa! Sama jeszcze łapie się czasami na dawaniu rad, choć nieraz poczułam, że one wkurzają, szczególnie dawane bez proszenia o nie.. To, co dalej pozwoliło mi iść w kierunku lekkości to wysłuchanie o szczęściu tej osoby! Bardzo cenię w sobie umiejętność cieszenia się szczęściem innych, niezależnie w jakim momencie swego życia jestem.. A potem spędziłam jeden z najfajniejszych weekendów z moją siostrą i jej mężem, a także z moją bratanicą (akurat kończyła 5 lat i od wizyty u niej rozpoczął się mój boski weekend:)) Ten krótki czas spędzony w gronie bliskich osób, gdzie cieszyliśmy się po prostu wspólnym byciem, rozpuścił resztki napięcia i pozwolił mi z inna energią powrócić na Podlasie do kumpeli. No i zapoznałam ją i jej córki z moją ulubioną grą w Rummiquba (gorąco polecam każdemu!!), co okazało się wspaniałym ruchem – od tej pory nie jeden wieczór spędziliśmy na rozgrywkach:) Dalej też oglądam serial „Przyjaciółki”. który daje mi radość i łzy – w ten sposób w lekki sposób uzdrawiam i otwieram swoje serce:) Wcale nie trzeba ciężko i mocno pracować, by uzdrawiać się, swoją duszę – w końcu mamy Nową Erę:) I wiesz co jeszcze daje mi spokój, wyciszenie i radość? Układanie drewna do palenia! Bony, jak ja to uwielbiam! Taka prosta czynność, a oprócz drewna, układają mi się myśli i uspokajają emocje.. Polecam! W prostocie tkwi moc:)

Skończyłam wczoraj Krąg z Justyną De Prado – ciekawe doświadczenie, które przyniosło kilka odpowiedzi i medytacji:) Choć miałam zamiar odpuścić sobie kolejną edycję, bo im cieplej, tym więcej wolę być na powietrzu niż w necie, to nowa propozycja jest na tyle ciekawa, że w ogóle rozważam swój w niej udział:) Daję sobie 2 tygodnie na podjęcie decyzji:)) Powoli też kończę kurs szamanizmu, który jest ważnym krokiem w moim rozwoju, aczkolwiek czuję, że nie jestem w nim teraz na 100%.. Jakkolwiek świetnie uzupełnia mi to, co dostałam w książkach „Piąta umowa” oraz w „Transerfing rzeczywistości” – obydwie polecam:) Dziś zrobiłam zadanie, jakie było na ten tydzień, czyli pójście do natury celem złożenia jej daru. Postanowiłam posprzątać teren wokół bloku, czyli miejsce spacerów z moim psem, kiedy jestem u taty. Byłam w szoku, ile śmieci zebrałam w miejscu, które wydawało się być czyste, zresztą – możesz zobaczyć na zdjęciach.. To mi uzmysłowiło, ile ludzie zostawiają śmieci wszędzie.. To też mi uzmysłowiło coś innego. Robiłam to z intencją oczyszczenia tego, co jeszcze jest we mnie, by uzdrowić me serce. Tak poczułam, że we mnie jest tak, jak na tej trasie – wydaje się, że w miarę czysto, a jednak sporo brudów można jeszcze zebrać, pochowanych, zakamuflowanych.. Świetne ćwiczenie – takie proste, a tyle refleksji..

Ciekawa, inspirującą lekturą jest też ów „Transerfing rzeczywistości”. Miałam na razie dostęp do tomu 3, który też wiele mi uzmysłowił. To fakt, że jak nadajemy czemuś nadmierne znaczenie, to jesteśmy w szponach umysłu, który jest boski, jednak kiedy jest wsparciem dla duszy, a nie kiedy dowodzi.. A przede wszystkim oddajemy wtedy energię wahadłom, które tylko na to czekają.. Dobre pytanie: Komu, czemu oddaję swoją energię? Czemu daję ważność? Teraz przede mną 2 pierwsze tomy „Transerfingu rzeczywistości”, w których dowiem się więcej o tych wahadłach.. Teraz, w obecnych czasach dominuje jedno wahadło – na szczęście koncentruję się na czymś innym – na swoim życiu, na radości, na pogłębianiu wiedzy o ajurwedzie, na grze w Rummiquba – i to wahadło nie ma na co dzień na mnie wpływu:) Ta lektura nieźle mnie wspiera w realizacji tego projektu:) A jednocześnie puszczam jego znaczenie.. Jest jak jest, będzie jak będzie – jak to powiedział Stulatek, który wyszedł przez okno czy jakoś tak (super książka, swoją drogą).

Przede mną kilka dni lenistwa i za kilka dni powrót na Podlasie, z czego się cieszę głównie ze względu na możliwość długich spacerów po lesie. Tu, a taty w mieście nie chce mi się iść dalej m.in. ze względu na kaganiec na twarzy:))) Ma to swoje plusy i na tym się skupiam:)

Acha, jeszcze wczoraj – w piątek 9.4.21 – rozpoczęłam 40 dniowe wyzwanie w ramach ostatniego ćwiczenia z kursu „Tkanki sukcesu”. Polega ono na znalezieniu w ciągu dnia 40 minut dla siebie, dla swej duszy z intencją: „Proszę, pokaż mi dokąd, do kogo, jak”.. Cieszę się na nie, choć napotykam trudności w postaci rozproszonego umysłu.. Jakkolwiek to dobry kierunek:) W ogóle ten kurs, choć nie był jakiś rewelacyjny czy rewolucyjny, to jednak nakierował więcej mojej uwagi na ród. Dzięki temu co jakiś czas rozmawiam z tatą o jego rodzinie i jest to ważne i wartościowe:) Jakoś w ogóle czuję inną relację z tatą – więcej w niej lekkości, akceptacji i ciepła niż dotychczas. Nawet dwa razy tata powiedział do mnie „córciu”, co mnie rozczuliło i zaprosił mnie na wspólny obiad do bistro, który lubi:) Ważne są dla mnie te małe chwile:)

Zastanawiam się nad intencją na najbliższy czas.. To może teraz płynę z nurtem rzeki życia – ciekawe, gdzie mnie to zaprowadzi:)

14 i 15 tydzień – lekkość i bycie na luzie w tym czasie świątecznym – relacja

I jest! Udało się! Tak się rozluźniłam, że w ogóle po raz pierwszy całkowicie zapomniałam o wpisie z relację:)) Hurra!! Minęły 2 tygodnie nawet nie wiem kiedy.. I już mamy Nowy Rok i cudownie!!

Dziś krótko. Rzeczywiście te święta upłynęły mi w lekkości, co nie znaczy, że nie było momentów trudnych – były 3 i szybko minęły, kiedy wyraziłam po prostu co czułam, bez przedłużania, komentowania oraz kiedy dałam sobie czas na wybrzmienie emocji. Na spokojnie:) Już dawno nie jechałam do domu rodzinnego z taką chęcią i radością, wiedząc, że trzeba będzie ogarnąć mieszkanie, bo tata i bałaganiarz, i sił też już ma mniej, a brat .. I rzeczywiście był totalny burdel, nawet większy niż zwykle, jednak z lekkością i radością to ogarnęłam:) Tacie ugotowałam grochówkę na mięsie, a sama mięsa nie jadam i nigdy wcześniej nie gotowałam. Po prostu tu gdzie jestem jedzą, a jest w miarę prosta do zrobienia, to poczułam, że mogę zapisać przepis, by raz na jakiś czas zrobić, a przed świętami poczułam, by zrobić tacie, bo bardzo lubi. I bingo! Bardzo go to ucieszyło, a siostra ze szwagrem, którzy również lubią grochówkę, byli zszokowani, jaka wyszła pyszna i bez próbowania:) No i że na mięsie – siostra była pewna, że ugotuję grochówkę-wege, no i ją zaskoczyłam, szwagra zresztą też:)

To, co się wydarzyło w ostatnim czasie to to, że każdego dnia dzień zaczynam i kończę słuchając jakiejś medytacji, które zgrałam na telefonie, a dostałam z różnych źródeł w ostatnim czasie:) No i zakończyłam na razie coaching z Justyną De Prado, co było cudną, głęboką podróżą w podświadomość. Wyszły tak zaskakujące mnie, głębokie przekonania nt pieniędzy i mego poczucia bezpieczeństwa.. Rozbroiłam mur z cegieł, który postawiłam pomiędzy mną a pieniędzmi i zamieniłam go w kuchenkę – piec, która daje ciepło, a z pieniędzmi spotkałam się na imprezie:) Utuliłam mego stalowego, czarnego jeża, pełnego ogromnych kolców, chroniącego moje różowe delikatne, kruche serce. Pod wpływem miłości zmiękł, zamienił się w kolorową gąbkę w kolorach od czerwieni poprzez pomarańcz do żółci na zewnątrz, która może służyć do masażu:) A w środę wyciągnęłam kartę z Dixit, z którymi ostatnio pracuję, na której jest postać w żółtym płaszczu, a w tle na niebie pozostałe kolory mego wewnętrznego jeżyka:) I poczułam, że ten płaszcz to właśnie zewnętrzna warstwa jeżyka – żółć przemieniła się w złoto, a kolce w pióra:)) Justyno – jestem Tobie przeogromnie wdzięczna za wspólną pracę! To nie koniec naszej współpracy, bo zapisałam się do niej na 3 miesięczny krąg z coachingiem grupowym🙂 Mam teraz teraz ogromną potrzebę bycia w grupie z wspierającymi osobami – mówić, dzielić się, słuchać w kontakcie:)

Też więcej słucham swojej intuicji:) Temu przysłużył się m.in. kurs Flow i inne przekazy od Doroty Jesiołowskiej – Sołoduchy. Odbyło się też pierwsze spotkanie w Złotej Gwieździe, na którym minisesja oraz rytuał poruszyły moje serce – otworzyła się jakaś rana do uzdrowienia:) Co jest cudowne to to, iż po raz pierwszy nie miałam potrzeby zrozumieć tego z umysłu i to jest boskie, takie lekkie!! A wczoraj na zakończenie roku po wysłuchaniu ostatniego webinaru w Flow o narzędziach intuicji poczułam jedne karty w sklepie Doroty i kupiłam je wraz z zestawem kamieni na bogactwo i piramidą kryształową:) To była tak spontaniczna decyzja, a przyniosła mi tyle radości! Już nie mogę się tego doczekać:)))

Słuchając mantry Om Trayambakam, którą śpiewa Marysia z Agni – Ajurwedy 108 razy na powitanie Nowego Roku, kończę na dziś:) Jeszcze w innym wpisie podzielę się naukami – lekcjami, jakie wynoszę z 2020 roku:)

Na najbliższy czas daję sobie intencję podążania i słuchania swej intuicji🙂 Ciekawe dokąd mnie to doprowadzi:))