Archiwa tagu: medytacje

Półroku CUD-u i stał się cud:)

Kilka dni temu minęło półroku, odkąd podjęłam się kolejnego rocznego wyzwania, który nazwałam CUD, czyi c1oś dla Ciała, Umysłu i Ducha:) Poczułam, iż warto podzielić się, na jakim jestem etapie, bo dzieje się sporo – dużo więcej niż się spodziewałam czy zakładałam:)

Zaczynłam od 5 minut porannych ćwiczeń, co początkowo było np. 3 seriami (czyli 6 powtórzeń, po 3 na każdą nogę) powitania słońca. Robiłam to trochę na siłę, bo czułam potrzebę rozruszania ciała, jakkolwiek bez większego entuzjazmu, wręcz przeciwnie.. Czasami mi się bardzo nie chciało.. Zdarzało się, iż było to dosłownie kilka rozciągnięć kręgosłupa. Ciekawym doświadczeniem było to, iż na 3 dni po ponad miesiącu codziennej przktyki zapomniałam o tym porannym rytuale.. Pojechałam do domu rodzinnego pomóc bratu w remoncie i tak się na tym skupiłam, iż po 3 dniach budzę się i z zaskoczeniem przypomniałam sobie o wyzwaniu.. Tak u mnie czasami jest,że jak nastąpi jakaś zmiana w codzienności, mocno mnie angażująca, to potrafię zapomnieć o tym, co na co dzień po prostu robię i pamiętam, chyba, że staje się to mega ważne dla mnie, jak jest już teraz, że nie ma opcji, bym o tym zapomniała:) Natomiast był czas 2 tygodni, kiedy świadomie zrezygnowałam z codziennej praktyki, która wtedy zajmowała mi około godziny (po 20 minut na każdą czynnośc, czyli asany, pranajamy oraz medytację), gdyż przeziębiłam się i byłam zbyt słaba, by to robić, jakkolwiek wróciłam do tego 1 stycznia:) Taki boski początek roku:) Dalej byłam słaba, co odczuwałam przy każdej asanie, jednak z dnia na dzień szło mi coraz lepiej:) Dziś sama joga zajmuje mi około 50 minut, bo po drodze podjęłam się kolejnego wyzwania.. Ale po kolei:)

Chęć rozruszania mego ciała i ducha sprawiła, iż otworzyłąm się na różne propozycje, np. ponowne po 15 latach zrobiłam kurs Happiness z Art of Living. Szczerze nic nie pamietałam z poprzedniego, z wyjątkiem tego, iż trwał przynajmniej cały weekend, jak nie dłużej. Kumpela zachwycona efektami zachęciła do powtórzenia tego kursu, choć nic o tym nie wiedziała. Pod koniec listopada zapisałam się i przyciągnęłam kurs online w dacie, która mi pasowała. Miał się odbyć piatek, sobota, niedziela po 3 godziny w każdy dzień, a kiedy zapisałam się i opłacłłam, okazało się, że jednak nikogo, oprócz mnie nie ma.. Miałam go zrobić w inny weeken, jednak żaden z najbliższych terminów mi nie pasował. Ten, ostatni weekend listopada, był idealny – byłam sama u kumpeli na Podlasu, miałam czas i przestrzeń, a tu.. Jednak w piątek późnym wieczorem okazało się, iż zapisało się kilka osób i jednak będzie! Tyle, że zamiast w piątek, to w poniedziałek do południa, co mi pasowało:) Zrobiłam, jednak nie do końca poczułam. Spodobały mi sie asany, pranajamy, jednak przekazywane treści, jak i ich główna technika oddechowa nie przypasowały mi. Jednak, by sprawdzić, że na pewno tak jest, robiłam zalecaną przez nich praktyke przez 40 dni (z 2-tygodniową przerwą na przeziebienie). Pasowało mi to o tyle, iż wpisywało sie w moje wyzwanie – coś dla ciała, umysłu i ducha:) Potem z przyjemnością wróciłam do różnorodnych praktyk:) Bardzo polubiłam Gosię Mostowską z jej jogą na Dzień Dobry czy na Dobry Poranek czy wracałam do Ulli Wilczyńskiej – Kalak, którą znałam jeszcze z Poznania (to u niej rozpoczęłam moją przygodę z jogą jakieś 15 lat temu:). Co do sesji oddechowych to początkowo słuchałam Nuliny, potem odkryłam metodę oddechową Wima Hofa, do której często wracam. Potem poznałam pranajamy z Art of Living i często je robię na zmianę z wymienioną poprzednio. Są też dni, kiedy korzystam z oddychania pudełkowego🙂 I jeśłi chodzi o pranajamy – tak jest do dziś. Jednak mocno zmieniło się, jeśłi chodzi o poranną praktykę jogi:)

W lutem Maria z Agni – Ajurweda chętnym do jej szkoły zaproponowała w bonusie 66 dniowe wyzwanie z jogą na żywo o 6 rano! (wtedy wstawałam około godziny 8 po ok 10 godzinach snu – poranne wstawanie nie jest moją domeną…) oraz medytacjami, słuchanymi we włąsnym zakresie (ich pomysł o 5.30..). To tak zarezonowało ze mną, iż napisałam, by udostępnili to wyzwanie szerzej i tak się stało:) Pomimo, iż początek wyzwania nastąpił tydziień temu, w pierwszy dzień wiosny, to ja je rozpoczęłam wcześniej:) Na początku marca miałam zrobić ważny, kilkudniowy proces medytacyjny na rzecz oczyszczenia pewnej przestrzeni i poczułam, by zrobic to o 5-6 rano, jednak nie chciałam nastawiać budzika. Od lat nie stosuję tego urządzenia (może 3-5 razy budził mnie budzik w ostatnich latach), stąd poczułam, iż jeśli mam zrobić ten proces następnego dnia, tj. 7 marca, to sie po prostu obudzę. I tak sie stało:) Po 6 godzinie usiadłam do medytacji, którą tego dnia zakończyłam o 7.07:) Same siódemki, co dla mnie było potwierdzeniem, iż był to doskonały czas na realizację tego procesu:) II tak się działo przez kolejne dni – raz budziłam się wcześniej, raz później, jakkolwiek wcześniej niż do tej pory. A od tygodnia o 6 rano jestem na macie:) Dużo łatwiej jest robić takie wyzwanie w większym gronie:) Nie widzę tych osób, tylko lczbę uczestników. Pierwszego dnia było nas 70, potem średnio 50. Dziś – kedy w nocy byłl przestawiony czas, i to do przodu – nie wiedziałam, czy dam radę wstać o 4.44 wg starego czasu – ale dałam!!! Potem fakt faktem jeszcze położyłam się spać, bo w nocy różnie ze snem było, a ostatnie dni trudne emocjonalnie, jakkolwiek jestem dumna z siebie:)))

Został jeszcze trzeci element układanki – medytacje. Robię je codziennie, z wyjątkiem tych dni, kiedy nie robiłam w ogóle porannej praktyki. Siadam na kilka minut w ciszy, zwykle 5, rzadko dochodzę do 15 czy 20, chyba, że są to medytacje prowadzone. W lutym dostałam zakupione wcześniej medytacje balansujące Pittę, a teraz w ramach 66 dniowego wyzwania wracam do medytacji balansujących Vatę, potem wrócę do Pitty, a na koniec poznam medytacje balansujące Kaphę, których jestem bardzo ciekawa, bo te dotychczasowe bardzo mi się podobają:). Zwykle medytuję na końcu – po asanach i pranajamach:)

Chciałam ten rok zakończyć miesięczną praktyką duchową, uczestnicząc w międzynarodowym kursie dla nauczycieli jogi Sivanandy (w której zakochałam się prawie rok temu na Panchakarmie na Podlasu, choć o kursie słyszałam wcześniej) w Ustce, na który chciałam jechać rok temu, jednak, podobnie jak rok wcześniej, niestety został odwołany.. W ogóle nie chcę zostać nauczycielem jogi – chciałam tego doświadczyć, nauczyć się porządnie asan, pranajam, poszerzyć swą wiedzę, pomantrować, pomedytować.. Jednak – co się odwlecze, to nie ucieknie:) Za rok będzie kolejna szansa:)

Pojawił się w mej głowie jeszcze jeden pomysł, który aż mnie zaskoczył! Chodzi o 10-dniowe medytacje Vipassana, na których byłam w maju 2018 roku i których wówczas nie ukończyłam (wyszłam 5 dnia z rana) ze względu na niemośność wysiedzenia 10 godzin w pozycji diamentowej.. Tak wówczas cieszyłam się na to doświadczenie, na 10 dnii w ciszy, która tak wielu przerasta, a ja to uwielbiam. Miałam już za sobą 2 doświadczenia medytacji w milczeniu u Jezuitów, stąd brak obaw, a raczej entuzjazm do milczenia. Tyle, że nie dotarło do mnie w jakiej pozycji na Vipassanie będzie te 10 godzin (z przerwami oczywiście) medytacji.. Na rekolekcjach u Jezuitów była to medytacja np. w ruchu, a w innych miejscach zwykle medytowałam w pozycji leżącem, a w półklęku nie miałam ani doświadczenia, ani siły.. Nie dotarło wówczas do mnie w pełni, na co sie piszę.. A teraz ponownie to do mnie wraca – by ponownie spróbować – z większą świadomością. Zobaczymy – jak mam tam być, to dostanę się, choć pasuje mi termin raczej oblegany, bo w drugiej połowie lipca. Przekonam sie o tym za miesiąc, pod koniec kwietnia:) Jak na razie mnie samą zaskakuje, czego dotychczas doświadczam i jakie swoje granice przekraczam. Jeszcze kolejne półroku – ciekawe, dokąd mnie to zaprowadzi, jestem przeogromnie ciekawa!

30 i 31 tydzień – płynę z nurtem rzeki życia – relacja

No i sobie płynę – boskie uczucie:)) Właśnie „dopłynęłam” do Warszawy – niespodziewany wyjazd, jak na razie cudowny:) Miałam wspaniałą podróż 1 klasą z 2 sympatycznymi pasażerami i z dwoma boskimi kotami – sfinksami: Blue i Gają:) Miałam w ten sposób okazję dłużej z nimi pobyć, zanim przejął opiekę nad nimi ich właściciel:) Cudowne, że miałam możliwość pobyć z nimi w sumie około miesiąca – naprawdę niezwykłe istoty:) Bije od nich spokój i mądrość. No i są nagie, tak po prostu. Jak to byłoby super, gdybyśmy, my – ludzie też mogli po prostu chodzić nago – ktoś chce – bez żadnych podtekstów.. Pamiętam scenę z jednego filmu gdzie zł bohater płynie rzeką czymś w rodzaju kanoe i dopływa do brzegu, na którym przy ognisku siedzi para. Obydwoje półnadzy, co w przypadku chłopaka nie budzi zdziwienia. Dziewczyna początkowo przyciąga uwagę przybysza, jednak zachowuje się tak naturalnie iż ten, jak również widz zapomina, że ona jest pół naga i to było cudowne móc to obserwować! Sama otwieram się na nagość – jest za dużo kontrowersji i nakręconej energii wokół tego.. I tak popłynęłam z tematem i wiesz co – to jest fajne!!

Mam przed sobą weekend z moją siostrą, co mnie bardzo cieszy:) Jest tez niespodziankowy, bo choć planowałam i na luzie umawiałam się z nią, że wpadnę w któryś weekend, jakkolwiek wyszło, że wpadłam szybciej niż myślałam na prośbę kumpeli – by przewieźć te boskie koty:) A siostra z różnych względów osobistych nie mogła się ze mną umówić konkretnie. I tak jestem i nie wiem do kiedy – jak niespodzianka, to na całej linii:)) Fajna jest taka nieokreślona przyszłość – wtedy, kiedy ma się na nią otwartość:) Często niesamowite rzeczy się wydarzają i zwykle dostaję więcej niż gdybym to zaplanowała. Jestem teraz na fali czytania „Transerfingu rzeczywistości”, o którym piszę już kolejny raz i to dodatkowo ładuje mnie pozytywnie i buduje zaufanie do wszechświata, do tego, co się wydarza. To jest głównie pożywka dla mojego umysłu, który dostaje wyjaśnienie różnych informacji, powielających się w wielu źródłach duchowych a jednocześnie moja dusza wycisza się i napełnia spokojem i pokojem:)

W międzyczasie przeżyłam w sumie 2 tygodnie z moim tatą w atmosferze ciepłej i sympatycznej z elementami prawdziwej relacji córka – ojciec, co od lat się nie zdarzyło – to napełniło moje serce:) I usłyszałam 2 razy „córciu” i poszliśmy razem do bistro na obiad:) Takie proste rzeczy a jaką mają dla mnie wartość..

Zakończyłam 6 – tygodniowy proces jako „Podstawy szamanizmu” z Robertem Rientem, co było niezwykłym czasem, a spotkania pełne miłości, ciepła, szacunku wolności.. Stworzyłam mój pierwszy rytuał w kręgu, co było cudownym przeżyciem, choć nie zostałam zabrana przez duchy opiekuńcze w „szamańską podróż ” – pewnie jeszcze nie jestem gotowa jakkolwiek cieszy mnie to, iż odpuściłam na poziomie umysłu, że mi nie wychodzi i inne oceny.. Po prostu „jest jak jest”, otwieram się na to, co jest, a nie co mój umysł wymyślił. Podoba mi się definicja szamanizmu wg Roberta – szacunek do każdej istoty.. Tego na co dzień brakuje, sama się tego uczę każdego dnia..

To, co dla mnie ważnego przydarzyło się w ostatnim czasie to, to iż kolejne słowo wyeliminowałam ze swojego słownictwa: komentarz „bez sensu” i ponownie rozpoczęłam wyzwanie zaprzestania komentowania i wydawania ocen zarówno w myślach, jak i słowach. Mam bransoletkę, którą przekładam z jednej ręki na drugą, gdy tylko coś w tym rodzaju złapię w swej głowie lub na języku – cudownie, jeśli mi się to uda! Czuję ogromną różnicę pomiędzy sobą teraz a kiedyś w tym zakresie, a jednak dalej jest tego za dużo (niezależnie ile by było dopóki to jest:) Bo jakim prawem wypowiadam się jako mądralińska w sprawie która nijak mnie dotyczy?! To ja najlepiej wiem co dla mnie jest najlepsze a ktoś, Ty – o sobie, nikt inny, niezależnie co się tym innym wydaje czy mi o innych.. Inne słowa, których już od dawna nie ma w moim słowniku to: muszę – teraz chcę, robię to lub rezygnuję z robienia czegoś bo to słowo pokazuje zewnętrzną motywację, a nie moją; powinnam – to słowo niesie w sobie poczucie winy, a z tego uczucia uczę się rezygnować, bo ściąga w dół, a nie podnosi na duchu teraz jest mogę lub nie chcę w zależności od sytuacji; strasznie – niesamowite jak to słowo wkradło się i w wielu filmach czy książkach pojawia się w tłumaczeniu, choć na pewno w oryginałach nie ma wyrażenia „strasznie fajnie” czy „strasznie mi się podoba”! U mnie jest po prostu słowo „bardzo” – bardzo fajnie czy bardzo mi się podoba:)

Dalej kontynuuję 40-dniowe wyzwanie codziennych 40 minutowych medytacji, choć chyba zmniejszę czas do pół godziny.. . To dla mnie trudne, a już wydawało mi się, że dam radę, bo często po postu mam pustkę w głowie, bez natłoku myśli.. A jednak kiedy siadam do medytacji w ciszy mój umysł zaczyna intensywnie przemyśliwać coś, co się w stosunkowo niedawnym czasie wydarzyło.. Nie jest to natłok myśli i nie ma, że jakiś temat jak natrętna mucha powraca a jednak trudno mi się wyciszyć i pogadać z duszą.. Zupełnie jest inaczej, kiedy po prostu się wyciszam czy medytuję w prowadzonej medytacji – wtedy mój boski umysł koncentruje się na głosie i nie lata na kilku poziomach.. A jednak, kiedy intencjonalnie medytuję by pobyć w ciszy, to rozmawiam sama ze sobą.. :)) Najbardziej dotykam duszy na łonie natury czy jak czytam coś duchowego co ze mną głęboko rezonuje:)

To najprawdopodobniej ostatnia tego typu relacja a la cotygodniowa – czego nie spodziewałam napisać wczoraj kiedy zaczęłam pisać ten wpis jednak przed chwilą wydarzyło się coś, co zmieniło moje podejście do tego bloga – on mi zniknął.. Mała śmierć – duża zmiana – napiszę o tym w kolejnym wpisie.. Będę pisać, jednak inaczej – tak mi się wydaje:) A dalej idę swoją ścieżką, jestem sobą i Tobie życzę tego samego:) Ostatnio w ramach ćwiczenia, które zaproponowała Dorota Jesiołowska – Sołoducha w Złotym Kręgu, stworzyłam nową samospełniającą się przepowiednię na mój temat: Będąc sobą buduję głębokie i autentyczne relacje z innymi ludźmi. I tu jeszcze tylko mały wtręt. Robiąc inne ćwiczenie od Doroty uzmysłowiłam sobie ogromny swój postęp: bez problemu w szybkim czasie wypisałam 50 pozytywnych swoich stron, co jeszcze kilka lat temu byłoby niemożliwe:) Hurra!!! Rozwijam się i z każdym dniem coraz bardziej się akceptuję taką, jaką jestem:)

16 tydzień – podążanie i słuchanie swojej intuicji – relacja

Ten tydzień upłynął mi pod hasłem ODPUSZCZENIA, jednak nie doszło by do tego, gdyby nie słuchała swojej intuicji.. Od jakiegoś czasu słyszałam w sobie, by odpuścić z tymi kursami, co mam. Czułam w sobie napicie, że nie zdążę, co dzisiaj mam zrobić, czas ucieka itp… Czułam w sobie wewnętrzny pośpiech, napięcie, bycie w głowie, zamiast tu i teraz. Miałam poczucie, jakbym utraciła część siebie, bo pół roku temu rzadko siedziałam przy kompie na necie, robiłam sobie po prostu coś. Poczułam zapętlenie i chaos.. W końcu udało mi się odpuścić, choć do końca nie wiem jak to zrobiłam.. Na pewno był to dłuższy czas, kiedy uzmysławiałam sobie, że czegoś mi brakuje.. Kilka razy potrzebowałam powiedzieć do swego umysłu, że zdążę, że mam czas i w końcu tego dokonałam! Hurra!!

Ten stan wpływał, a jednocześnie był dodatkowo podkręcany poprzez relację z Danusią, u której jestem. To na swój sposób bliska, a jednocześnie chwilami trudna relacja – w końcu jesteśmy do siebie pod wieloma względami podobne.. Jakkolwiek pojawiła się wizja, możliwość wyjazdu na około tydzień, by pomóc kumpeli w remoncie, a raczej przygotowaniami przed i sprzątaniem po, w czym jestem dobra i robię to chętnie. Choć początkowo marne były szanse wyjazdu, czułam, że się to uda – no i tak się stało:) Ponownie intuicja mnie nie zwiodła:) To też przyczyniło się do odpuszczenia, do większego luzu w środku, a to wpłynęło na to, co opisałam powyżej – wszystko jest ze sobą połączone:)

Początek tego tygodnia, a zarazem nowego roku był bardzo trudny. Zaraz po wpisie z tego dnia wzięłam swego Bazyla i Plamkę, młodą, kilkumiesięczną suczkę na spacer i wydarzył się wypadek.. Na moich oczach koń cofając się nadepnął na tylną łapę tej młodej suczki, po prostu miażdżąc ją.. To odpaliło pamięć w mej duszy o innym wcieleniu, kiedy na moich oczach 2-3-letnie dziecko – moje lub którym się opiekowałam – wpadło pod kopyta koni i albo zginęło, albo zostało kaleką. Ja nie mogłam sobie tego wybaczyć i poprzez to aktualne wydarzenie uzdrawiałam poczucie winy z tamtego okresu.. Bardzo mocne doświadczenie.. Suczka trafiła do kliniki i wróciła po kilku dniach. Jest po prostu niesamowita! Pomimo prętów w nodze chodzi, czasami wręcz skacze i ma dużo pozytywnej energii! Aż kręcę głową z niedowierzania – jest takim niesamowitym nauczycielem radości i płynięcia – skupiania się na tu i teraz, a nie rozpamiętywaniu tego, co było, się wydarzyło – jakby to robił człowiek..

Od 1 stycznia każdego dnia dostaję medytacje balansujące Vatę od Marysi z Agni – Ajurweda i to jest coś cudownego! Taki balsam na duszę!! Wspaniale, że się na to zdecydowałam w ramach Black Friday! Dobry wybór:) W ogóle ostatnio dużo słucham i medytacji i wizualizacji, korzystając z mego telefonu:) Zaczęłam go doceniać z tego powodu:) Robię to z samego rana, jak się budzę o 6, kiedy nie jestem w stanie jeszcze wstać, to choć słucham:) A to i tak wpływa na moją podświadomość:) Czasami robię to też wieczorem, kiedy zasypiam:) I tak koduje na nowe moją podświadomość:)))

Na koniec opowiem, czego jeszcze dokonałam, z czego jestem ogromnie dumna! W ramach kursu Dharma miałam przygotować Księgę pasji – w jakiejś formie wizualnej przedstawić moje pasje. Mogła to być np. mapa marzeń, jednak od początku poczułam zdjęcia – by znaleźć w necie zdjęcia obrazujące to, czym żyję i jak chcę żyć:) A jak usłyszałam, że można zrobić z nich filmik, to całą duszą poczułam, że ja to chcę! Dla jasności – za komputerem i netem na co dzień mimo wszystko raczej nie przepadam, no i w ogóle nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Jednak w końcu od czego jest internet?:) Wpisałam odpowiednie hasło i zaraz wyskoczył mi filmik, w którym gościu krok po kroku pokazał, co mam zrobić na jakim programie:) Nie powiem, że było to łatwe i lekko mi poszło – różne emocje trudne przeżyłam po drodze, bo oczywiście komputer czasami robił po swojemu, jakkolwiek ostatecznie UDAŁO SIĘ!! Jestem z siebie taka dumna!! Kiedy go oglądałam po raz pierwszy – popłakałam się ze wzruszenia.. Dodam, że przy okazji nauczyłam się ściągać muzykę z netu na kompa i skracać długi plik muzyczny na krótszy:) Jestem BOSKA!!:))

Ostatnio zmieniłam formułę błogosławieństwa. Do jakiegoś momentu mówiłam: Błogosławię Cię czy błogosławię Twoje słowa. Potem po lekturze książki Deepaka Chopry „Siedem duchowych praw sukcesu” dodałam słowa: Błogosławię Tobie. A któregoś dnia po wysłuchaniu medytacji od Marysi i usłyszeniu jej „Namaste. Pozdrawiam Boski aspekt w Tobie”, uzmysłowiłam sobie, że słowo „błogosławię” jest „sławię Boga”, więc zaczęłam jeszcze dodawać: w Tobie:) W sumie całość brzmi: Błogosławię Ciebie, Tobie i w Tobie:) Chciałabym tak mówić na razie w myślach do każdego napotkanego człowieka oraz wchodząc do czyjegoś domu i czuję, że to zrobie tematem kolejnego tygodnia:) A więc next tydzień niech upłynie pod hasłem: Błogosławię Ciebie, Tobie i w Tobie🙂 I tymi słowami Cię żegnam:)

14 i 15 tydzień – lekkość i bycie na luzie w tym czasie świątecznym – relacja

I jest! Udało się! Tak się rozluźniłam, że w ogóle po raz pierwszy całkowicie zapomniałam o wpisie z relację:)) Hurra!! Minęły 2 tygodnie nawet nie wiem kiedy.. I już mamy Nowy Rok i cudownie!!

Dziś krótko. Rzeczywiście te święta upłynęły mi w lekkości, co nie znaczy, że nie było momentów trudnych – były 3 i szybko minęły, kiedy wyraziłam po prostu co czułam, bez przedłużania, komentowania oraz kiedy dałam sobie czas na wybrzmienie emocji. Na spokojnie:) Już dawno nie jechałam do domu rodzinnego z taką chęcią i radością, wiedząc, że trzeba będzie ogarnąć mieszkanie, bo tata i bałaganiarz, i sił też już ma mniej, a brat .. I rzeczywiście był totalny burdel, nawet większy niż zwykle, jednak z lekkością i radością to ogarnęłam:) Tacie ugotowałam grochówkę na mięsie, a sama mięsa nie jadam i nigdy wcześniej nie gotowałam. Po prostu tu gdzie jestem jedzą, a jest w miarę prosta do zrobienia, to poczułam, że mogę zapisać przepis, by raz na jakiś czas zrobić, a przed świętami poczułam, by zrobić tacie, bo bardzo lubi. I bingo! Bardzo go to ucieszyło, a siostra ze szwagrem, którzy również lubią grochówkę, byli zszokowani, jaka wyszła pyszna i bez próbowania:) No i że na mięsie – siostra była pewna, że ugotuję grochówkę-wege, no i ją zaskoczyłam, szwagra zresztą też:)

To, co się wydarzyło w ostatnim czasie to to, że każdego dnia dzień zaczynam i kończę słuchając jakiejś medytacji, które zgrałam na telefonie, a dostałam z różnych źródeł w ostatnim czasie:) No i zakończyłam na razie coaching z Justyną De Prado, co było cudną, głęboką podróżą w podświadomość. Wyszły tak zaskakujące mnie, głębokie przekonania nt pieniędzy i mego poczucia bezpieczeństwa.. Rozbroiłam mur z cegieł, który postawiłam pomiędzy mną a pieniędzmi i zamieniłam go w kuchenkę – piec, która daje ciepło, a z pieniędzmi spotkałam się na imprezie:) Utuliłam mego stalowego, czarnego jeża, pełnego ogromnych kolców, chroniącego moje różowe delikatne, kruche serce. Pod wpływem miłości zmiękł, zamienił się w kolorową gąbkę w kolorach od czerwieni poprzez pomarańcz do żółci na zewnątrz, która może służyć do masażu:) A w środę wyciągnęłam kartę z Dixit, z którymi ostatnio pracuję, na której jest postać w żółtym płaszczu, a w tle na niebie pozostałe kolory mego wewnętrznego jeżyka:) I poczułam, że ten płaszcz to właśnie zewnętrzna warstwa jeżyka – żółć przemieniła się w złoto, a kolce w pióra:)) Justyno – jestem Tobie przeogromnie wdzięczna za wspólną pracę! To nie koniec naszej współpracy, bo zapisałam się do niej na 3 miesięczny krąg z coachingiem grupowym🙂 Mam teraz teraz ogromną potrzebę bycia w grupie z wspierającymi osobami – mówić, dzielić się, słuchać w kontakcie:)

Też więcej słucham swojej intuicji:) Temu przysłużył się m.in. kurs Flow i inne przekazy od Doroty Jesiołowskiej – Sołoduchy. Odbyło się też pierwsze spotkanie w Złotej Gwieździe, na którym minisesja oraz rytuał poruszyły moje serce – otworzyła się jakaś rana do uzdrowienia:) Co jest cudowne to to, iż po raz pierwszy nie miałam potrzeby zrozumieć tego z umysłu i to jest boskie, takie lekkie!! A wczoraj na zakończenie roku po wysłuchaniu ostatniego webinaru w Flow o narzędziach intuicji poczułam jedne karty w sklepie Doroty i kupiłam je wraz z zestawem kamieni na bogactwo i piramidą kryształową:) To była tak spontaniczna decyzja, a przyniosła mi tyle radości! Już nie mogę się tego doczekać:)))

Słuchając mantry Om Trayambakam, którą śpiewa Marysia z Agni – Ajurwedy 108 razy na powitanie Nowego Roku, kończę na dziś:) Jeszcze w innym wpisie podzielę się naukami – lekcjami, jakie wynoszę z 2020 roku:)

Na najbliższy czas daję sobie intencję podążania i słuchania swej intuicji🙂 Ciekawe dokąd mnie to doprowadzi:))