Archiwa tagu: natura

Grzyby – małe, duże, kolorowe:)

Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałam za grzybami.. W mojej rodzinie nie było tradycji zbierania grzybów, a te kilka razy, co byłam z jakąś ciotką, to wspominam fatalnie.. Bałam się wtedy pająków, więc przerażona rozglądałam się wokół, tyle ze nie na ziemię.. No i oczywiście co chwila lądowałam w jakiejś sieci.. Nigdy tez nie byłam fanką smaku grzybów, stąd w ogóle im się nie przypatrywałam.. Co za tym idzie – w ogóle się na nich nie znam.. Jedyne grzyby, które rozpoznawałam do tej jesieni, to muchomory i kurki:) No i jeszcze Kanię, jak ja mówię tańczącą, bo falbanka pod kapeluszem odróżnia ją od innego grzyba, podobno trującego..Reszta – grzyb jak grzyb, biała nóżka i brązowy kapelusz..

Po raz pierwszy jako taką przyjemność ze zbierania grzybów miałam rok temu, kiedy pojechałam na tydzień do takiego Janusza. Pracować, żeby nie było:) No i w pierwszy ranek tygodnia pracy zabrał mnie na grzyby:) To była ciekawa przygoda – znalazłam cały koszyk grzybów! Oczywiście, każdy przechodził przez kontrolę Janusza, czy w ogóle jest jadalny. Jakkolwiek nie byłam w stanie odróżnić prawdziwka od podgrzybka.. W ogóle nie łapałam, że prawdziwek to borowik.. Dla mnie wszystko jeden pies.. Jakkolwiek spodobało mi się zbieranie:) Na szczęście za obróbkę tych grzybów podjął się Janusz i miał z tego fun:) Część posuszył, część zamroził,a jeszcze inne zamarynował:) Ja dostałam torebkę suszonych i słoik marynowanych dla taty, które je uwielbia:) A dla siebie wzięłam wysuszoną kanię, którą sproszkowałam i używam do zagęszczania sosów:)

Ciekawą historię ma mój tata. Mieszka w Płocku w bloku na osiedlu. Uwielbia grzyby, a nie jeździ je zbierać do lasów, bo ani sił nie ma, ani jak. I co? Co roku zbiera masę podgrzybków pod .. swoim oknem.. Rośnie tam duży świerk i tam rosną!!

Kiedy kumpela, u której jestem obecnie, przyniosła któregoś dnia kilkanaście różnych grzybów, to nawet nie miałam ochoty pomóc jej ich obrabiać, bo, jak to mówiłam, ich w ogóle nie czuję.. Aż do momentu, kiedy chodząc na spacery po lesie zaczęłam się potykać o grzyby.. Często na środku drogi, bo jakoś nie zbaczam tu ze ścieżek.. Na początku były głównie borowiki – kilka sztuk, jednak zdecydowanie więcej znalazłam podgrzybków:) Nawet ze dwa koźlaki znalazłam, bo okazało się, że jakoś je zapamiętałam z tamtej przygody z Januszem – poznałam po ich czerwonych główkach:) To moje znaleziska:

A najpiękniejszego grzyba znalazłam wczoraj, przy drodze, ukrytego w trawie. Po wyrwaniu okazało się, że był podwójny:) To ten ostatni powyżej, cudny , prawda?

Do dzisiaj suszyłam je na słońcu, a dziś dosuszam w piekarniku. Podgrzybkami poczęstuję szwagra, bo podobnie jak mój tata, je uwielbia, a prawdziwki – dla mnie:) I tak nimi uraczę rodzinkę, najprawdopodobniej w czasie świąt, o ile będę wówczas na miejscu. Jakkolwiek polubiłam grzybobranie:)

W trakcie spacerów zaczęłam się im przyglądać i podziwiać różnorodność kształtu, koloru, wielkości.. Są niesamowite!! To takie bogactwo, a przy tym pełnią ważną rolę, choćby tworząc sieć połączeń pomiędzy grzybami, dzięki nim drzewa się komunikują! Więcej na ten niesamowity temat możesz poczytać we wspaniałej książce „Sekretne życie drzew”, której autorem jest Peter Wohlleben – gorąco polecam!!

Ile wśród nich kolorów, kształtów! Cały czas jestem pod wrażeniem! Popatrz:

A jakie mają sposoby, by się ukryć! Schowane, przycupnięte pod drzewem, choć niektóre rosły na środku drogi:)

Czasami udało mi się „przyłapać” grzyba, kiedy przebijał się przez ziemię:)

Świat grzybów jest ogromnie szeroki i różnorodny. Jest mnóstwo grzybów rosnących na starych czy spróchniałych drzewach i nie każdy ma nóżkę:)

Zdarza się, że rosną całymi rodzinami i/lub z innymi na kupie:)

Zapraszam Cię do lasu – rozejrzyj się i podziwiaj przebogaty świat grzybów:)

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna – od kosmetyków sklepowych do substancji naturalnych

Dziś chciałabym się z Tobą podzielić moimi drogą, która, podobnie jak moja droga życiowa, prowadzi od tego, co masowe, powszechne do swoistej, indywidualnej ścieżki – jedno z drugim jest mocno powiązane. Ponad 8 lat temu mieszkałam w mieście, jadłam gotowe, przetworzone jedzenie, co i rusz kupowałam nowy ciuch i nowe buty, a swą wartość widziałam poprzez materię i pieniądze. Podobnie było z kosmetykami – miałam ich sporo: kremy do twarzy, balsamy do ciała, szampony, odżywki.. Sporo też miałam kosmetyków kolorowych, choć tak naprawdę rzadko się malowałam. Wszystkiego miałam za dużo…. Półki w regale były ciężkie od książek i papierów, w garderobie wieszak na wieszaku, aż się uginało, a w łazience – pełno buteleczek i pojemników.. Dziś moja podstawowa kosmetyczka na co dzień jest taka, jak na tytułowym zdjęciu i zawiera: macerat olejowy, ocet, naturalny szampon ziołowy i glinkę bentonitową, zgodnie z ajurwedyjską zasadą, iż kosmetyki mają być jadalne.

Pierwszy puściłam balsam do ciała, choć początkowo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Moje nogi wysuszały się po kąpieli, a skóra na całym ciele ściągała się aż do bólu.. Jednak – to był efekt uzależnienie skóry od kosmetyków, bo już po 2 tygodniach nieprzyjemne odczucia zniknęły, a skóra odzyskała naturalną sprężystość. Powiem więcej – po latach nieużywania sklepowych kosmetyków nawilżających do ciała moja skóra jest gładsza i bardziej miękka teraz niż wtedy.. W roku szkolnym 2017/18 robiłam ajurwedę na GWSH w Katowicach (https://www.gwsh.pl/studia/studia-podyplomowe-ajurweda.html – polecam:), gdzie dostałam mnóstwo inspiracji. Rok wcześniej będąc na Eulu (http://www.eul.grzybow.pl) zaciekawiłam się ziołami i zrobiłam pierwszy macerat olejowy z nagietka. Na ajurwedzie poznałam olej sezamowy – uniwersalny dla każdej doszy i od tamtej pory co roku robię sobie jakiś macerat z tego oleju: z płatków róży, jaśminowca, w tym roku z dziurawca oraz miętowo – szałwiowy. Do czego go wykorzystuję? Do masażu, automasażu, do nawilżenia jakiejś części ciała, kiedy poczuję czy olejowania twarzy oraz włosów. No i oczywiście do jedzenia – można na nim smażyć:) Ten ostatni zrobiłam w konkretnym celu: do codziennego ssania oleju, co oczyszcza po nocy buzię (w sensie jamy gębowej:) z wszelkich nagromadzonych tam toksyn. Kiedyś dziwiłam się, jak ktoś mył zęby zaraz po wstaniu z łóżka, a wtedy zrozumiałam tego sens, choć ssanie jest efektywniejsze. Taki macerat przechowuję w ciemnych butelkach, a z sobą wożę w małej 100 ml butelce.

Następnie przyszła kolej na moje włosy. Odpuściłam zarówno szampon, jak i odżywki. Miałam krótkie włosy i postanowiłam spróbować myć je tylko wodą. To się super sprawdziło przez długi czas, dopóki włosów nie zapuściłam, a mam je bardzo gęste. Sama woda przestała mi wystarczać, choć myślę sobie, że może po prostu za rzadko je moczyłam. Przy krótkich włosach przestawiłam się na mycie raz w .. miesiącu. Możliwe, że moje długie i gęste włosy po prostu potrzebują częstszego moczenia. To są przemyślenia na dziś, bo od około 4 lat sprawdzam różne naturalne sposoby mycia włosów. Długi czas myłam wodą z sodą. Sprawdziłam też mycie mąką żytnią (tylko musi być bez łusek, bo potem zostają we włosach..) – zarówno bezpośrednio na skórą, jak i w roztworze z wodą – na razie żaden z tych sposobów nie sprawdza się w pełni przy moich włosach. Mam jeszcze pomysł umyć je kiedyś glinką bentonitową. Na dziś od roku używam szamponu pełnego ziół od Agi z Zielskiej Kolonii, o której więcej informacji znajdziesz a moim poprzednim wpisie https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=336&action=edit. Jest ok, aczkolwiek jak już osiądę znajdę inny sposób na moje włosy:)

Dodam jeszcze, że będąc na psychotronice od jednej z prowadzących dostaliśmy przepis na odżywkę na włosy, jaką stosują Hinduski na swoje cudne włosy. Ja kilka razy ją wypróbowałam i bardzo ją lubię. A przepis jest prosty – zawiera 4 składniki: jajko, olej, jogurt (mleko) oraz miód:)

Na koniec mycia płuczę włosy chłodną wodą z octem własnej produkcji, np. z rzepy lub jaki mam pod ręką. Octu też używam na różne sposoby: do płukania włosów, picia rano na czczo powerdrinka (na noc nastawiam szklankę wody z 1 łyżeczką miodu, rano dodaję 1 łyżeczkę octu), a latem na co dzień piję wodę z octem, która jest pyszna i zdrowa:)

Jeszcze do niedawna do czesania włosów używałam plastikowej szczotki, którą kupiłam kilka lat temu. Rok temu Aga z Zielskiej Kolonii zainspirowała mnie drewnianym grzebieniem, który kupiła od Ukraińców. Chciałam, by kupiła mi podobny, jednak od tamtej pory nie było okazji. I tak upłynął rok. W połowie lipca byłam na warsztatach białego śpiewu, o czym pisałam tutaj: https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=406&action=edit, gdzie na Giełdzie Twórców dzieliłam się tym tematem (co zresztą było inspiracją do napisania o tym na blogu:). Tam jeszcze miałam ową plastikową szczotkę. Po powrocie postanowiłam to zmienić i okazało się na internecie, że są dostępne drewniane grzebienie z przynajmniej 2 drzew: bukowego i drzewa neem, który był 3 razy droższy od pierwszego, jednak po poczytaniu o właściwościach poczułam, że właśnie jego chcę:) Oto mój grzebyk:

Grzebień z drzewa neem (inaczej z miodly indyjskiej) ma według producentów takie właściwości:

  • ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho, jak i mokro, nie uszkadzając struktury włosa,
  • umożliwia równomierne rozprowadzenie odżywek,
  • pobudza wzrost włosów – mam nadzieję:),
  • zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi,
  • nie elektryzuje włosów – rzadko i delikatnie, jednak zdarza się,
  • nabłyszcza i wygładza włosy,
  • jego dotyk jest znacznie delikatniejszy i nie podrażnia skóry głowy lub brody podczas czesania.

Od 2016 roku eksperymentuję z różnymi substancjami do mycia zębów. Swą przygodę w tym zakresie rozpoczęłam od mieszanek z olejem kokosowym, do którego dodawałam a to sody oczyszczonej, a to kurkumy czy węgla. Z każdej mieszanki byłam zadowolona, jednak ostatecznie zrezygnowałam z oleju kokosowego po opowieści jednej z mych znajomych. Lutka wraz z grupą dzieci przedszkolnych była na wizycie w oczyszczalni ścieków. Okazało się, że to z czym jest im najtrudniej sobie poradzić, co najbardziej zanieczyszcza ścieki, to 3 rzeczy: antykoncepcja (to już indywidualna decyzja kobiet i/lub par), tłuszcz i włosy. Od tamtej pory nie wrzucam włosów do kibla, co robiłam, bo nie byłam świadoma konsekwencji – dla mnie to było kilka włosów, jednak rzeczywiście one nieźle zapychają, co większość osób doświadcza pod prysznicem.. Od tamtej pory nie wlewam też tłuszczu do zlewu – jak już wspomniałam zrezygnowałam z oleju w mej paście do zębów oraz oczyszczam patelnie z tłuszczu ręcznikiem papierowym lub gazetą po smażeniu, zanim ją umyję. W tym też czasie wpadła mi w ręce świetna książka „Jedz brudniej” Josha Axe, którą gorąco polecam. Autor jest naturopatą, prowadzącym własną klinikę w Stanach Zjednoczonych, po własnych doświadczeniach ze zdrowiem łączącym świat zachodni i wschodni. Zachęca do jedzenia ziemi, nie tylko poprzez organiczne warzywa, kontakt ze zwierzętami, ale również bezpośrednio. Tu poleca glinkę bentonitową, którą ja teraz również polecam. Poczytaj o jej właściwościach niesamowitych na stronie, na której ją kupuję: https://www.magicznyogrod.pl/bentonit_wapienny.html. To jest kolejny mój „kosmetyk”, który używam na różne sposoby: jako pastę do zębów (wilgotną szczoteczkę „maczam” bezpośrednio w proszku), do płukania ust czy robiąc z niej pastę mieszając z wodą nakładam na stany zapalne lub zranienia. Ową glinką wspomogłam też mego starego, wówczas 18-letniego kota, dodając mu jej do mokrej karmy. Wspomnę tylko o jednej niesamowitej właściwości glinki: oczyszcza organizm z wszelkich toksyn, jednocześnie dostarczając mnóstwa mikroelementów! Od kilku też lat używam bambusowej szczoteczki, którą po zużyciu zakopuję w ziemi:)

Może już przyszło Ci do głowy, że czegoś tu brakuje, jednego podstawowego kosmetyku, o którym ja przez długi czas byłam przekonana, że mogę zrezygnować ze wszystkiego, tylko nie z tego. Mam na myśli mydło. I wtedy 2016 roku, kiedy byłam na jednym z ostatnich zjazdów dla mnie w Ulrze (Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej – https://www.uniwlud.pl, polecam:), poznałam Agatę. Tam w ogóle było mnóstwo ciekawych i inspirujących osób, z którymi rozmawiałyśmy i o weganizmie, jak i kosmetykach naturalnych. I któregoś wieczoru Agata zastrzeliła mnie wiadomością, iż od 30 lat mieszkając w Krakowie nie używa mydła, że myje się samą wodą.. To był dla mnie szok! A kobieta zadbana, kolorowa, przedsiębiorcza.. To zrewolucjonizowało moje podejście do prysznica i mycia! Postanowiłam sprawdzić, jak to jest. Od prawie zawsze lubiłam się myć gąbką, więc dalej to robiłam, pomijając mydło. I okazało się, że jest ok! Już na początku mej podróży zrezygnowałam z mydła do higieny intymnej, co moje części intymne przyjęły z wielką ulgą, a teraz zrobiłam kolejny krok. Po jakimś czasie wymieniłam kupną gąbkę na własnoręcznie zrobioną na szydełku ze sznurka bawełnianego, która służy mi od kilku lat.

Mamy tyle przekonań co do mycia.. Są ludzie uzależnieni od codziennego czy nawet kilkukrotnego brania prysznica w ciągu dnia, a to naprawdę nie służy naszemu ciału.. To, co tu piszę, dla niektórych może być szokujące, jeszcze w kontekście koronki.. A ja jestem przekonana i jestem na to przykładem, że im mamy częstszy kontakt z różnymi mikrobami, tym jesteśmy zdrowsi. Zresztą pięknie o tym pisze Josh Axe w swej książce. W jednym rozdziale przytacza najpierw historię o tym, jak jechał z żoną metrem i upadł im kawałek czekolady na podłogę. Wówczas zrobili to, co zrobiłaby większość: schowali ów kawałek do papierka i wyrzucili do śmietnika. Kilka lat później czytał wyniki badań, z których wniosek był następujący: chcąc wzmocnić układ odpornościowy dziecka, warto by było przeturlać takiego niemowlaka po podłodze metra w godzinach szczytu.. Niech Ci to posłuży za inspirację i inne wejrzenie na „brudną” codzienność, pełną bakterii. Wczoraj słuchałam ciekawego miniwykładu Bruca Liptona, który wspomina, iż obecnie mówi się o człowieku „nadorganizm”, gdyż do przeżycia potrzebuje 500 bilionów mikroorganizmów, żyjących w jego organizmie.. To było na tyle inspirujące, że najprawdopodobniej któregoś dnia kilkoma wiadomościami z tego podzielę się na blogu.

Ostatnio do mojej kosmetyczki wrócił olej kokosowy, który wymieszany z sodą oczyszczoną (i czasami kilkoma kroplami olejków eterycznych) stanowi mój dezodorant pod pachy. Kiedyś nie czułam potrzeby używania, jednak zdarzają się upalne dni, a ja latem spędzam czas na zewnątrz zwykle coś robiąc, co oznacza pocenie się więc postanowiłam sobie zrobić dezodorant, który świetnie się sprawdza. Jest jeden minus większości moich „kosmetyków”: są tłuste.. Uczę się uważności i takiego sposobu ich używania, by jak najmniej pozostawiać śladów ich użytkowania.. Jakkolwiek i tak je bardzo cenię, pomimo tego:)

Tak wygląda obecnie moja kosmetyczka. W małych słoiczkach przewożę różne skarby, które w ramach wdzięczności za moją pracę dostaję od Agi z Zielskiej Kolonii. Większość tych skarbów rozdaję bardziej potrzebującym lub używającym, bo ja raczej bawię się tym:) Mam od Agi np. kremik do rąk, krem do stóp z mocznikiem (boski) czy maść z magnezem, a także na nerki. Używam ich, kiedy mam na to ochotę, a nie, że muszę codziennie lub zupełnie nietypowo, jak np. maść na serce. Smaruję nią codziennie okolice serca, by intencjonalnie połączyć się z sercem i wzmocnić je w otwieraniu się na miłość w boskim znaczeniu:) Od jakiegoś czasu otwieram się na olejki eteryczne, które używam czasami jako a la perfumy dla zabawy lub w konkretnym celu. Jedna moja kumpela Justa zainspirowała mnie, by używać olejku z oregano z kremem do stóp i wsmarowywać razem w ramach profilaktyki na robaki – przyjemne z pożytecznym:)

Od lat nie używam takich przedmiotów jak golarka czy pumeks. Jestem w tych sferach jak najbardziej naturalna: włosom pozwalam rosnąć, tam gdzie rosną (one mają swoją funkcję), a chodzenie boso gładzi moje stopy zdecydowanie lżej i lepiej niż jakikolwiek pumeks. Dla ciekawości dodam, iż był czas, iż używałam peelingu do ciała, zrobionego w ramach zająć z ajurwedy. Słyszałam, iż były osoby, które się nim zajadały (a, tak!!), a ja używałam go na poprawę humoru, kiedy było mi smutno lub byłam zmęczona – efekt poprawy był murowany! Teraz nie mam przy sobie dokładnego przepisu, natomiast pamiętam, że składał się na pewno z brązowego cukru, oleju kokosowego oraz sproszkowanej mięty – zgodnie z zasadą, iż kosmetyk nakładany na ciało ma być jadalny:)

Dodam tylko, iż zmiany u mnie dotyczą też sfery czyszczenia pomieszczeń. Do takich celów używam głównie sody oczyszczonej i octu (tu raczej spirytusowego). Kiedy już osiądę, bardziej będę korzystać z przepisów z książki „Wyrzuć chemię z domu” Ewy Kozioł, prowadzącej bloga https://zielonyzagonek.pl.

Tym wpisem chciałabym Cię zachęcić do twórczego podejścia do codzienności, do sprawdzania i eksperymentowania również w sferach, w których wydawać by się było, że są ustalone zasady i tak jest ok.. Tu są moje sposoby na dbanie o moje ciało – Ty znajdź swoje:) Chętnie przyjmę Twoje pomysły na to i nie tylko:) Powodzenia!

Biały śpiew – wibracja masująca ciało od środka:)

W połowie lipca po raz drugi pojechałam na warsztaty białego śpiewu, organizowane przez Fundację OVO. Podobnie, jak w tamtym roku, odbyły się one w Rzepedzi, małej bieszczadzkiej wiosce:)

Co roku organizowane są 2 turnusy w lipcu: pierwszy dla osób z dziećmi, a drugi – już bez. W zeszłym roku pasował mi tylko turnus pierwszy z dzieciakami, co, choć lubię dzieci, wtedy niespecjalnie mnie cieszyło, jednak bardzo chciałam pośpiewać, stąd po prostu pojechałam. I okazało się, że dzieciaki wprowadzają mea luz i fajną energię, a Kasia, która się nimi zajmuje, ma cudowną energię i wspaniale było ją poznać! Do dziś pamiętam pierwszy wieczór, kiedy siedzieliśmy w kręgu i się zapoznawaliśmy, a trójka 3-4-latków biegała sobie w środku boso nie zwracając na nas uwagę. To było boskie!! Mając tak miłe doświadczenia, postanowiłam w tym roku specjalnie wybrać turnus z dzieciakami:) W ten sposób byłam choćby z kumpelą ze studiów, z którą odnowiłam relację po 20 latach, spotykając się na weekendowych warsztatach, prowadzonych również przez Witka Kozłowskiego z Fundacji OVO, w Poznaniu w styczniu.

Po raz drugi to była cudowna przygoda! W tym roku, podobnie jak w poprzednim, byłam uczestnikiem grupy Witka. Planowałam być u Rosjan, którzy wprowadzili Zoriuszkę, moją ulubioną pieść, do Polski, jednak z powodu koronki nastąpiły zmiany wśród prowadzących i stąd zdecydowałam się powtórzyć warsztaty u Witka. Tym razem pokazał nam głównie pieśni rosyjskie i kozackie, które – jak się okazało – mocno rezonują z moją duszą (widać Kozakiem też byłam i w Rosji żyłam:). To 2 moje ulubienice: fajna kozacka https://www.youtube.com/watch?v=OOsS9efkxWg oraz pieśń, której to wykonanie wywołuje we mnie ciarki po plecach: https://www.youtube.com/watch?v=dBjge9MWrZA.

Witek jest wspaniałym nauczycielem z otwartym umysłem i duszą i swoją postawą czyni cuda! Rok temu, jak jechałam, to dopiero otwierałam się na śpiewanie, jakkolwiek, gdy pojawiały się jakiekolwiek ćwiczenia, gdzie miałam wydać swój głos na światło dzienne na forum, od razu zamykałam się, spinałam. Całe życie słyszałam, że fałszuję i miałam ogromną barierę, by śpiewać głośno. Usłyszałam wtedy od Witka, iż ludzie nie fałszują, a raczej nie dostrajają się do reszty, co mnie wzmocniło, tym bardziej, że w podstawówce śpiewałam w chórze – w grupie dostrajałam się i było ok. To mnie otworzyło. Poza tym pokochałam wtedy Zoriuszkę, która sprawiała, że miałam ochotę śpiewać głośno całym ciałem. Jeśli jej nie znasz, to posłuchaj np. tej wersji: https://www.youtube.com/watch?v=cyadcxoO2q0. Śmieję się, że jest to pieśń o mnie i moim Bazylu, bo na końcu są słowa, ze brat Loniuszka Wasiliewicz prowadzi Ninę Wasiliewną, a Wasyl to inaczej Bazyl po rosyjsku:) Kolejny krok nastąpił w trakcie tych warsztatów w Poznaniu, kiedy ponownie pojawiła się Zoriuszka. Chodziliśmy po sali i kto dostał maskotkę, ten miał robić zaśpiew, czyli sam zacząć śpiewać pierwsze słowa danej zwrotki. I poczułam, że jestem na to gotowa i kiedy dostałam Flicoka przy ostatniej zwrotce, po prostu zrobiłam to – ZAŚPIEWAŁAM NA CAŁY GŁOS!! To było mega uwalniające! I w tym roku już byłam odważniejsza – na pewno słychać mnie było:)

Biały śpiew jest czymś niesamowitym – kiedy się śpiewa w grupie w ten sposób, po prostu wibruje całe ciało! Ja jeszcze śpiewam niższym głosem, co mnie mega masuje od środka, no po prostu cudowne uczucie!! Nawet bawiłam się i eksperymentowałam, czyli m.in. próbowałam w ogóle śpiewać pierwszym głosem niektóre pieśni, co w tamtym roku w ogóle było poza moim zasięgiem.. Naprawdę – Witek robi cuda swoją postawą:) A jego żona Marzena super wszystko organizuje:) Poza tym rano prowadzi ćwiczenia oddechowo – ruchowe (gimnastyka oddechowa Strielnikowej) – w tym roku w końcu je poczułam:) Tu możesz poczytać, jak to wyglądało w tym roku: http://ovo.art.pl/aktulanosci/pelnym-glosem-letnie-warsztaty-spiewu-bialego-2020/ – warto się tym zainteresować, jeśli rezonuje z Tobą biały śpiew:)

Podzielę się z Tobą jeszcze jednym doświadczeniem. Na każdym turnusie jest organizowana tzw. Giełda Twórców, gdzie można zaprezentować się, podzielić swoją twórczością. W tamtym roku, jak jechałam, to myślałam sobie, by tylko mnie nie zagarnęli na tę giełdę, bo nie wiedziałam, na jakich działa zasadach. Okazało się, że kto chce dzieli się tym, czym ma ochotę. Uczestniczyłam w każdej giełdzie i w ten sposób: zainspirowałam się robieniem włóczki na kołowrotku, zobaczyłam super teatrzyk lalkowy, dowiedziałam się na czym polega praca tłumacza, byłam i współprowadziłam spacer ziołowy, uczyłam się jak pisać teksty do śpiewu białego i jeszcze kilka ciekawostek. Już w tamtym roku zrodził się we mnie pomysł, by natsepnym razem podzielić się moim podejściem do kosmetyków, co zrealizowałam – podzielę się tym w innym wpisie:)

Nie zabraknie też elementu zdjęciowego. Już w tamtym roku byłam zafascynowana „trawnikiem” przed ośrodkiem, który w tym roku wyglądał tak:

Jednak to nie trawnik, tylko łąka pełna ziół! W tamtym roku naliczyłam w niej około 15 gatunków roślin. W tym roku ten „trawnik” ziołowy był dopiero co ostrzyżony i niektórych roślin nie widziałam, jednak to, co znalazłam, to sprawia, iż i tak jest na bogato:) A teraz Ci to kilka przybliżę:

Jak widzisz – warto patrzeć pod nogi, nawet na trawnik – można się zdziwić różnorodnością roślin pod stopami:)

Jest taki zwyczaj, że w sobotę stwarza się więcej czasoprzetrzeni, przesuwając śniadanie i obiad oraz rezygnując z dopołudniowych warsztatów śpiewu, by móc udać się na wycieczkę w góry lub gdziekolwiek – każdy organizuje to we własnym zakresie. Zarówno w tamtym, jak i w tym zostałam zaproszona do wspólnego przejścia się nad jeziora duszatyńskie – urokliwe i małe, położone w głębi lasu. Najpierw trzeba podjechać samochodem rozwalającą się drogą na parking, od którego prowadzi szlak prosto na jeziorka. Było zagrożenie burzą, na szczęście zdążyłyśmy spokojnie wejść i zejść.. hmm, niezupełnie – ja zdążyłam, bo me kumpele spóźniły się 2 minuty, nim runął deszcz i przemokły całkowicie.. Jakkolwiek zdjęć parę udało mi się cyknąć, utrwalając piękno po drodze:)

Oczywiście – po drodze zbierałam ziółka:) Tym razem skupiłam się na głowieńce (tej samej co rosła na „trawniku”, tyle, ze wysoką, bo mogła rozwinąć swe skrzydła:) oraz mięcie.

Cudna przygoda, a kiedy to piszę, po raz enty słucham chłopaków z Babkinych wnuków – są po prostu boscy:) do usłyszenia!

8 – letnia podróż życia

Witaj:)

Dokładnie 8 lat temu w poniedziałek 28 maja 2012 roku wyruszyłam w podróż. Wtedy było po prostu rozwiązywaniem mej trudnej sytuacji osobistej, a nie sposobem na życie, jak jest teraz… Mam przed sobą obraz siebie sprzed tych 8 lat, jak zdenerwowana pakuję samochód. Miałam wyjechać w niedzielę, po drodze spać u koleżanki, a następnego dnia jechać dalej do Raciborza, bo tam miałam rozpocząć nową pracę. Nie wyjechałam, bo nie zmieściłam się z rzeczami do mego Golfika.. Poryczałam się i poszłam spać. Rano wstałam ze świeżą głową i rozdysponowałam, a czego rezygnuję, a co zabieram ze sobą dalej.. Jechałam z całym ekwipunkiem – własną pościelą z wełny, swoimi garnkami, książkami, a nawet 4 kwiatami doniczkowymi:) Samochód wypełniony był po brzegi. Po roku – niecałym – sprzedałam samochód i laptopa, część rzeczy wyrzuciłam, co wartościowsze – wysłałam paczką do mego rodzeństwa, a sama wyruszyłam dalej z plecakiem. Początkowo był to największy plecak 120 l, podobnie jak samochód rok wcześniej – wypełniony po brzegi, głównie ubraniami. Teraz zwykle mam plecak 60l, a w nim i laptopa, i moje „książki”, czyli zeszyty, w których pisuję, i ciuchy. To jest tylko jeden z przykładów zmian, które zadziały się w ciągu tego czasu u mnie, jednak świetnie obrazujący moją przemianę od gromadzenia rzeczy (wyruszając miałam mieszkanie 60m do mej dyspozycji wypełnione po brzegi) do plecaka, z którym się przemieszczam i kilku półek u taty, na których przechowuję resztę mego dobytku (np. książki, włóczki, buteleczki..). Kiedyś miałam kilka półek pełnych różnorodnych butów, a teraz mam jedną parę butów całorocznych, kalosze i japonki do chodzenia po asfalcie w mieście, bo na co dzień chodzę na boso. Kiedyś miałam pełno rzeczy materialnych i zbierałam kolejne, teraz cenię bycie, a przede wszystkim doświadczanie – doświadczanie życia, codzienności.. Kiedy wyruszałam, jadałam mięso i gotowe dania, bo nie cierpiałam i nie umiałam gotować. Teraz od 3 lat bawi mnie gotowanie i eksperymentowanie w kuchni roślinnej:) Robię wspaniałą pizzę, kopytka i racuszki:) Moje imię (a raczej obydwa – Nina Marta) oznaczają „pani, gospodyni” – chciałam być panią, a wzdrygałam się na bycie gospodynią, czyli „bycie kurą domową to nie dla mnie, ja jestem stworzona do wyższych celów”, co, oczywiście, jest kompletną bzdurą (przynajmniej teraz dla mnie). Teraz cieszy mnie bycie gospodynią – ugotować coś, posprzątać.. Co ciekawe – uwielbiam rzeczy, których większość ludzi (przynajmniej wśród napotkanych w mej podróży) nie lubi, np. sprzątanie, ogarnianie zagraconych szaf, strychów, półek.. Uwielbiam układać, porządkować, oczyszczać – mnie to cieszy i przychodzi z łatwością:) Jestem takim czyścicielem! Co jakiś czas też swoje rzeczy przeglądam i coś tam zawsze puszczam..

Jest jeszcze jedna ważna zmiana materialna u mnie – od ponad 6 lat w mej podróży towarzyszy mi Bazyl:) Ja całe życie byłam kociarą, poza tym nie przepadałam wcześniej ani za psami w ogóle, ani za Bazylem, który wówczas w naszej rodzinie był od ponad 6 lat. Poza tym podróżowałam, przemieszczałam się, bywałam w różnych miejscach.. Swoje 2 koty zostawiłam u taty (najpierw na 3 miesiące, a w końcu zostały i teraz są kotami taty), więc w ogóle przez głowę mi nie przeszło by brać psa.. a jednak on wybrał mnie – z czego do dziś jestem mega szczęśliwa! To taki boski pies!!

Mój boski towarzysz Bazyl (foto: Nina Marta Olszewska)

Najważniejsze zmiany zaszły w sferze rozwoju osobistego i duchowego. Z Bogiem bliżej jestem od 2011 roku i tak naprawdę dzięki temu w ogóle wyruszyłam, pomimo mych długów. Pierwszy rok to był rok lęku – co będzie dalej, skąd wezmę pieniądze, za co będę żyć, jak spłacę długi.. Każda kolejna przygoda w sumie podbudowywała mnie, pomimo, że niejednokrotnie zapowiadała się kompletna klapa.. Tak jak z wyjazdem do Egiptu jako animator w hotelu. Miałam na 3 miesiące wyjechać, zarobić trochę kasy, a jednocześnie przez ten czas nie martwić się o dach nad głową i jedzenie. I w ostatniej chwili mnie odwołali.. To był dramat, a jednocześnie jakaś część mnie czuła, że jest to po coś. Ostatecznie przyszła do mnie praca jako trener i opiekun, dzięki czemu w lżejszy sposób, w krótszym czasie zarobiłam więcej pieniędzy niż miałam zarobić w Egipcie. O szczegółach tej i o innych moich przygodach opowiadam w mej książce, którą piszę:)

Teraz jestem znacznie spokojniejsza niż kiedyś (co nie znaczy że jestem oazą spokoju – chciałabym, jednak to jeszcze przede mną – dalej rogi i zęby potrafię pokazać:). Mam dużo więcej zaufania do siebie, do ludzi, wszechświata. Choć zdarza mi się buntować, to zdecydowanie rzadziej, a znacznie częściej z ciekawością i otwartością reaguję na codzienne wyzwania:) Coraz bardziej poddaję się temu, co przynosi dana chwila, dany dzień. Cały czas uczę się z uśmiechem witać przeciwności czy krytykę – widzę tego korzyści i efekty, jak mi się uda (lub jak obserwuję takich, którzy to potrafią – jak ja im tego zazdroszczę!). Jakkolwiek jest mi lżej, radośniej, przyjemniej na co dzień. Nie żyję kalendarzem, a daną chwilą. Zwykle nie wiem, co będę robiła jutro, za tydzień czy za miesiąc i bardzo to sobie cenię. No i jeszcze jedno – NATURA! Zajmuje jedno z czołowych miejsc na liście moich wartości! Uwielbiam z nią obcować na co dzień – lasu, świeżego powietrza, zieloności potrzebuję do życia. Kiedy wyruszałam, znałam jedynie miętę z nazwy, a koniczynę z wyglądu.. A teraz – zbieram różne ziółka, robię z nich mieszanki i/lub octy, a nawet piszę i pokazuję roślinki na blogu! Niesamowite!

Podziwiam z bliska nawłoć kanadyjską na spacerze „Zioła ojca Gabriela” w Supraślu w 2017 r. (foto: Agnieszka Prymaka)

Wiem i czuję, że powoli czas mojej podróży się kończy. Za miesiąc czy rok, a może ciut później osiądę w Polsce lub nie, a na pewno w lesie lub gdzieś blisko i będę sobie żyć PO(WOLI) i NATURALNIE:)

Las pełen kolorów

Kilka dni będąc na spacerze poczułam, by pokazać, jaki las jest kolorowy i pełen barw. Nie wiem, jak Tobie, jednak mi kiedyś las kojarzył się tylko z zielenią. Nie widziałam wcześniej tylu barw, co teraz, kiedy przyglądam się różnym kwiatkom. Samej zieleni, szczególnie na początku wiosny, jest tyle odcieni!

Tyle różnorodnych odcieni zieleni! (foto: Nina Marta Olszewska)

To, co widzisz powyżej,jest zanim wejdziesz do lasu.A w środku? Paleta zieleni i różnobarwnych kwiatów: niebieskich, żółtych, różowych, białych, fioletowych.. Najlepszy numer polega na tym, że pójdziesz do lasu za jakiś czas i możesz odkryć kolejne barwy.. Życzę inspirujących odkryć:)

Ot, i cała paleta barw w zielonym lesie się objawiła 🙂 Kolorowej codzienności pełnej barwnych doświadczeń 🙂

Szczawik zajęczy

Jest to maleńka roślinka rosnąca w lasach. Nie wiem, czy jeszcze gdzieś rośnie, w każdym bądź razie w lasach teraz jest jej pełno. Pokrywa ziemię jasnozielonym delikatnym dywanem.

Całe łany szczawiku zajęczego! Raj dla smakoszy:) (foto. Nina Marta)
Szczawik zajęczy i liście zawilca (foto. Nina Marta)

Zauważyłam, że często rośnie na pniach lub przy drzewach pokrytych mchem.

Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)
Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)

Liście na pierwszy rzut oka przypominają liście koniczyny, jednak zdecydowanie różnią się kolorem – koniczyna jest ciemnozielona, a szczawik bawi oko jaskrawą jasnozieloną barwą. No i jest przepychota! Ma kwaskowaty świeży smak. Ostatnio, będąc na spacerach z dwoma dziewczynkami, pokazałam im szczawik, to zajadały się tak, że aż im się uszy trzęsły:) Co chwila wyszukiwały „szczawiku króliczego”, jak go nazywały..

Rączka pełna szczawiku:) (foto. Nina Marta)
Podjadamy szczawik „króliczy”:) Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)

Obecnie – pierwsza połowa maja – kwitnie. Ma białe kwiatki z żółtymi plamkami na dnie kwiatu i fioletowymi paseczkami na płatkach – maleńkie, delikatne i smaczne.

Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)

Ogólnie – cieszy oko i podniebienie! Więcej na temat jego właściwości poczytasz tutaj: https://rozanski.li/1707/szczawik-zajeczy-oxalis-acetosella-l-jako-srodek-leczniczy-i-pokarm/

Szczawik zajęczy (foto. Nina Marta)

Majowe spacery po lesie

Każdego dnia w weekend majowy udawałam się na długi spacer po łukawickim lesie na Podlasiu. To było niezwykłe doświadczyć, jak w ciągu 2 tygodni od mojej ostatniej wizyty tutaj las się zazielenił, odmłodniał.. W lesie króluje teraz jasna zieleń, w różnych odcieniach, przemieszana z dojrzałą zielenią sosen i świerków. I pod nogami zielono, i na wysokości oczu – gdzie się rozejrzeć, tam zielono! A jeszcze 2 tygodnie temu chadzałam boso po suchych liściach, wyścielających ścieżki i cały las zresztą (z wyjątkami!), spoza których nieśmiało wysnuwały się zielone maleńkie liście. A teraz? A teraz ta zieleń jest wszędobylska i cieszy oko! z wyjątkami, bo w tym lesie w Łukawicy jest kilka lasów:) Kawałek dalej jest bór sosnowy, które już wtedy cieszyło boską zielenią mchów:) Co będę pisać – obejrzyjcie sami! Tylko zdradzę Wam, że żadne z tych zdjęć nie oddaje w pełni tego naturalnego piękna!

Pierwsze zabawy foto w plenerze:)

Biedronka na młodym jałowcu
Stokrotki i bluszczyk kurdybanek – będzie z nich ocet:)
Moja ulubienica – gwiazdnica pospolita::)
Różowa szyszka na modrzewiu to kwiat żeński – przecudny, prawda? 🙂
Boska oczyszczająca pokrzywa!
Przytulia czepna
stokrotka
szczawik zajęczy jest przepychota!
Trzmiel w locie – jest boski!!
Nie mogłam się powstrzymać! Taki piękny trzmiel w kolejnej odsłonie:)