Archiwa tagu: pranajamy

Półroku CUD-u i stał się cud:)

Kilka dni temu minęło półroku, odkąd podjęłam się kolejnego rocznego wyzwania, który nazwałam CUD, czyi c1oś dla Ciała, Umysłu i Ducha:) Poczułam, iż warto podzielić się, na jakim jestem etapie, bo dzieje się sporo – dużo więcej niż się spodziewałam czy zakładałam:)

Zaczynłam od 5 minut porannych ćwiczeń, co początkowo było np. 3 seriami (czyli 6 powtórzeń, po 3 na każdą nogę) powitania słońca. Robiłam to trochę na siłę, bo czułam potrzebę rozruszania ciała, jakkolwiek bez większego entuzjazmu, wręcz przeciwnie.. Czasami mi się bardzo nie chciało.. Zdarzało się, iż było to dosłownie kilka rozciągnięć kręgosłupa. Ciekawym doświadczeniem było to, iż na 3 dni po ponad miesiącu codziennej przktyki zapomniałam o tym porannym rytuale.. Pojechałam do domu rodzinnego pomóc bratu w remoncie i tak się na tym skupiłam, iż po 3 dniach budzę się i z zaskoczeniem przypomniałam sobie o wyzwaniu.. Tak u mnie czasami jest,że jak nastąpi jakaś zmiana w codzienności, mocno mnie angażująca, to potrafię zapomnieć o tym, co na co dzień po prostu robię i pamiętam, chyba, że staje się to mega ważne dla mnie, jak jest już teraz, że nie ma opcji, bym o tym zapomniała:) Natomiast był czas 2 tygodni, kiedy świadomie zrezygnowałam z codziennej praktyki, która wtedy zajmowała mi około godziny (po 20 minut na każdą czynnośc, czyli asany, pranajamy oraz medytację), gdyż przeziębiłam się i byłam zbyt słaba, by to robić, jakkolwiek wróciłam do tego 1 stycznia:) Taki boski początek roku:) Dalej byłam słaba, co odczuwałam przy każdej asanie, jednak z dnia na dzień szło mi coraz lepiej:) Dziś sama joga zajmuje mi około 50 minut, bo po drodze podjęłam się kolejnego wyzwania.. Ale po kolei:)

Chęć rozruszania mego ciała i ducha sprawiła, iż otworzyłąm się na różne propozycje, np. ponowne po 15 latach zrobiłam kurs Happiness z Art of Living. Szczerze nic nie pamietałam z poprzedniego, z wyjątkiem tego, iż trwał przynajmniej cały weekend, jak nie dłużej. Kumpela zachwycona efektami zachęciła do powtórzenia tego kursu, choć nic o tym nie wiedziała. Pod koniec listopada zapisałam się i przyciągnęłam kurs online w dacie, która mi pasowała. Miał się odbyć piatek, sobota, niedziela po 3 godziny w każdy dzień, a kiedy zapisałam się i opłacłłam, okazało się, że jednak nikogo, oprócz mnie nie ma.. Miałam go zrobić w inny weeken, jednak żaden z najbliższych terminów mi nie pasował. Ten, ostatni weekend listopada, był idealny – byłam sama u kumpeli na Podlasu, miałam czas i przestrzeń, a tu.. Jednak w piątek późnym wieczorem okazało się, iż zapisało się kilka osób i jednak będzie! Tyle, że zamiast w piątek, to w poniedziałek do południa, co mi pasowało:) Zrobiłam, jednak nie do końca poczułam. Spodobały mi sie asany, pranajamy, jednak przekazywane treści, jak i ich główna technika oddechowa nie przypasowały mi. Jednak, by sprawdzić, że na pewno tak jest, robiłam zalecaną przez nich praktyke przez 40 dni (z 2-tygodniową przerwą na przeziebienie). Pasowało mi to o tyle, iż wpisywało sie w moje wyzwanie – coś dla ciała, umysłu i ducha:) Potem z przyjemnością wróciłam do różnorodnych praktyk:) Bardzo polubiłam Gosię Mostowską z jej jogą na Dzień Dobry czy na Dobry Poranek czy wracałam do Ulli Wilczyńskiej – Kalak, którą znałam jeszcze z Poznania (to u niej rozpoczęłam moją przygodę z jogą jakieś 15 lat temu:). Co do sesji oddechowych to początkowo słuchałam Nuliny, potem odkryłam metodę oddechową Wima Hofa, do której często wracam. Potem poznałam pranajamy z Art of Living i często je robię na zmianę z wymienioną poprzednio. Są też dni, kiedy korzystam z oddychania pudełkowego🙂 I jeśłi chodzi o pranajamy – tak jest do dziś. Jednak mocno zmieniło się, jeśłi chodzi o poranną praktykę jogi:)

W lutem Maria z Agni – Ajurweda chętnym do jej szkoły zaproponowała w bonusie 66 dniowe wyzwanie z jogą na żywo o 6 rano! (wtedy wstawałam około godziny 8 po ok 10 godzinach snu – poranne wstawanie nie jest moją domeną…) oraz medytacjami, słuchanymi we włąsnym zakresie (ich pomysł o 5.30..). To tak zarezonowało ze mną, iż napisałam, by udostępnili to wyzwanie szerzej i tak się stało:) Pomimo, iż początek wyzwania nastąpił tydziień temu, w pierwszy dzień wiosny, to ja je rozpoczęłam wcześniej:) Na początku marca miałam zrobić ważny, kilkudniowy proces medytacyjny na rzecz oczyszczenia pewnej przestrzeni i poczułam, by zrobic to o 5-6 rano, jednak nie chciałam nastawiać budzika. Od lat nie stosuję tego urządzenia (może 3-5 razy budził mnie budzik w ostatnich latach), stąd poczułam, iż jeśli mam zrobić ten proces następnego dnia, tj. 7 marca, to sie po prostu obudzę. I tak sie stało:) Po 6 godzinie usiadłam do medytacji, którą tego dnia zakończyłam o 7.07:) Same siódemki, co dla mnie było potwierdzeniem, iż był to doskonały czas na realizację tego procesu:) II tak się działo przez kolejne dni – raz budziłam się wcześniej, raz później, jakkolwiek wcześniej niż do tej pory. A od tygodnia o 6 rano jestem na macie:) Dużo łatwiej jest robić takie wyzwanie w większym gronie:) Nie widzę tych osób, tylko lczbę uczestników. Pierwszego dnia było nas 70, potem średnio 50. Dziś – kedy w nocy byłl przestawiony czas, i to do przodu – nie wiedziałam, czy dam radę wstać o 4.44 wg starego czasu – ale dałam!!! Potem fakt faktem jeszcze położyłam się spać, bo w nocy różnie ze snem było, a ostatnie dni trudne emocjonalnie, jakkolwiek jestem dumna z siebie:)))

Został jeszcze trzeci element układanki – medytacje. Robię je codziennie, z wyjątkiem tych dni, kiedy nie robiłam w ogóle porannej praktyki. Siadam na kilka minut w ciszy, zwykle 5, rzadko dochodzę do 15 czy 20, chyba, że są to medytacje prowadzone. W lutym dostałam zakupione wcześniej medytacje balansujące Pittę, a teraz w ramach 66 dniowego wyzwania wracam do medytacji balansujących Vatę, potem wrócę do Pitty, a na koniec poznam medytacje balansujące Kaphę, których jestem bardzo ciekawa, bo te dotychczasowe bardzo mi się podobają:). Zwykle medytuję na końcu – po asanach i pranajamach:)

Chciałam ten rok zakończyć miesięczną praktyką duchową, uczestnicząc w międzynarodowym kursie dla nauczycieli jogi Sivanandy (w której zakochałam się prawie rok temu na Panchakarmie na Podlasu, choć o kursie słyszałam wcześniej) w Ustce, na który chciałam jechać rok temu, jednak, podobnie jak rok wcześniej, niestety został odwołany.. W ogóle nie chcę zostać nauczycielem jogi – chciałam tego doświadczyć, nauczyć się porządnie asan, pranajam, poszerzyć swą wiedzę, pomantrować, pomedytować.. Jednak – co się odwlecze, to nie ucieknie:) Za rok będzie kolejna szansa:)

Pojawił się w mej głowie jeszcze jeden pomysł, który aż mnie zaskoczył! Chodzi o 10-dniowe medytacje Vipassana, na których byłam w maju 2018 roku i których wówczas nie ukończyłam (wyszłam 5 dnia z rana) ze względu na niemośność wysiedzenia 10 godzin w pozycji diamentowej.. Tak wówczas cieszyłam się na to doświadczenie, na 10 dnii w ciszy, która tak wielu przerasta, a ja to uwielbiam. Miałam już za sobą 2 doświadczenia medytacji w milczeniu u Jezuitów, stąd brak obaw, a raczej entuzjazm do milczenia. Tyle, że nie dotarło do mnie w jakiej pozycji na Vipassanie będzie te 10 godzin (z przerwami oczywiście) medytacji.. Na rekolekcjach u Jezuitów była to medytacja np. w ruchu, a w innych miejscach zwykle medytowałam w pozycji leżącem, a w półklęku nie miałam ani doświadczenia, ani siły.. Nie dotarło wówczas do mnie w pełni, na co sie piszę.. A teraz ponownie to do mnie wraca – by ponownie spróbować – z większą świadomością. Zobaczymy – jak mam tam być, to dostanę się, choć pasuje mi termin raczej oblegany, bo w drugiej połowie lipca. Przekonam sie o tym za miesiąc, pod koniec kwietnia:) Jak na razie mnie samą zaskakuje, czego dotychczas doświadczam i jakie swoje granice przekraczam. Jeszcze kolejne półroku – ciekawe, dokąd mnie to zaprowadzi, jestem przeogromnie ciekawa!

Czas na CUD!!! – czas na kolejne wyzwanie:)

Wczoraj przy okazji podsumowywania roku wyzwania „Od złości do radości” przyszedł mi pomysł na kolejne wyzwanie. Po prostu w trakcie tego poprzedniego miałam w zamyśle robić codziennie ćwiczenia fizyczne, robiłam je z doskoku, a chciałabym każdego dnia zrobić coś w tym temacie..

W jakiś sposób ćwiczenia fizyczne towarzyszą mi przez całe życie. W podstawówce chodziłam na SKS-y oraz na aerobik do Domu Kultury. Pod koniec liceum uczyłam się hip – hopu – nawet byłam na letnim obozie, gdzie codziennie mieliśmy zajęcia i akrobatykę. Na studiach w ramach w-fu jeździłam na rolkach, a po studiach w wieku 26 lat ponownie zapisałam się na hip-hop:) Nawet pojechałam z moja formacją na Mistrzostwa Polski w Łodzi:) Byłam najstarsza w grupie:))) Kilka lat później poznałam jogę – jeździłam na zajęcia na 6.30 w ramach Klubu 6 rano, gdzie za znajomymi motywowaliśmy się do porannego wstawania:) Może rok pochodziłam i kolejna przerwa na kilka lat. W trakcie podróży regularnie w czasie, w którym pracowałam w hodowli kotów pod Warszawą, uczęszczałam na jogę nawet 2 razy w tygodniu. Po kilku latach miałam fazę na Tybetańskie Rytuały, które regularnie praktycznie codziennie ćwiczyłam przez 1,5 roku i nagle z dnia na dzień zaprzestałam. Na co dzień dużo spaceruję i kiedy mogę, to jeżdżę rowerem. Mam kijki Nordic Walking, jednak nie przy sobie, jednak kiedy mogę – korzystam z nich, co bardzo lubię. Uwielbiam parki linowe i chodzenie po górach i wałęsanie się po lasach. Można powiedzieć, że całe życie ćwiczę i nie ćwiczę jednocześnie;) I choć były dłuższe momenty, kiedy ćwiczyłam regularnie i miałam porządną rozgrzewkę, nigdy nie zrobiłam szpagatu – mam przyblokowane niektóre mięśnie. Jakkolwiek widzę sens w regularności. Nie da się ukryć, że jak każdy z każdym rokiem jestem coraz starsza i z czasem moje ciało może stracić elastyczność, a mogę ten czas przedłużyć – tak to czuję. Choć nie siedzę na co dzień przed komputerem, to jednak czasami boli mnie kręgosłup. No i kiedy biegnę, szybko łapię zadyszkę;))) Chcę to zmienić. Chcę wzmocnić i uelastycznić moje ciało. Chcę powiększyć wydolność moich płuc. Najchętniej zostałabym akrobatką – byłam nią w innym wcieleniu całą sobą tęsknię za tym, choć, jak wspomniałam, mam nierozciągnięte ciało. Ile razy widziałam siebie w wyobraźni skaczącą w powietrzu! Uwielbiam podziwiać ludzi, którzy wyginają swoje ciało we wszystkie strony! Sama doświadczyłam miniakrobatyki na air-jodze w Poznaniu, robiąc różne wywrotki na chuście podwieszonej pod sufitem. Moim marzeniem jest posiadać taką chustę i ćwiczyć na niej, kiedy już osiądę:)

Ważnym i mocnym akcentem, który jeszcze mocniej mnie zmotywował do pracy z ciałem była panchakarma, na której codziennie miałam masaże przez 11 dni. Wydawało mi się, że jestem w miarę rozluźniona, a tam dostawałam codziennie informację, jaka jestem spięta i napięta. Początkowo tego nie rozumiałam, aż w końcu dotarło do mnie, dlaczego tak jest. To, że mam w jakiś sposób napięte ciało, to wiedziałam, jednak nie rozumiałam, dlaczego aż tak mocno. I po kilku dniach objawienie. 2 tygodnie wcześniej umarłam na poziomie duszy. I uzdrowiłam to na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, a w nim zapisane zostało wszystko, czego nie puściłam na tym poziomie… Pozostałe napięcia to odbicie mojego dzieciństwa stare traumy, zapisane w ciele.. Od zawsze uwielbiałam masaże – zawsze i wszędzie mógł mnie ktoś masować, głaskać.. Teraz bardziej rozumiem dlaczego – by rozluźniać ciało i puszczać zapisane w nim napięcia.. Kilka lat temu, w 2016, doświadczyłam mocy dawania masażu, a nie tylko jego brania i od tamtej pory lubię to robić, choć nie pomasuję każdego i o każdej porze, tylko wtedy, kiedy to poczuję. W trudniejszych momentach, kiedy moje zaczyna się trząść, pozwalam mu to robić, a nawet czasami specjalnie to wywołuję ćwiczeniem Lowena – polecam. Zwierzęta robią to naturalnie, a ja, jak większość ludzi, potrzebuje to sobie przypomnieć.. I wczoraj ponownie przypomniałam sobie, że przecież chcę codziennie coś zrobić i to wcale nie musi być godzina czy coś intensywnego. Kiedy robiłam rytuały tybetańskie – proste ćwiczenia – po roku widziałam ogromne różnice w moim ciele. Wtedy właśnie zrozumiałam, że wystarczy kilka minut, byle codziennie. Czytałam kiedyś, że tak naprawdę wystarczy minuta intensywnych ćwiczeń codziennie, jednak na dziś wolę ciut dłużej, a spokojniej:) Jednak, by nie zapomnieć i naprawdę to wdrożyć, postanowiłam zrobić z tego roczne wyzwanie, a robiąc dalej podsumowanie poczułam, by dołączyć do tego medytację i pranajamy. I już dziś z rana zrobiłam to! Najpierw w łóżku pooddychałam, potem pomedytowałam, dalej leżałam robiąc coś na laptopie, aż zapomniałam o ćwiczeniach.. Kiedy zaczęłam ten wpis, od razu sobie przypomniałam i chwilę poćwiczyłam:))) Tak, jest szansa, że wyzwanie mnie zmotywuje;))

W ramach wyzwania zamierzam codziennie po minimum 5 minut ćwiczyć, medytować i oddychać. Poczułam, że efektem końcowym chcę by było, iż za rok na każdą z tych czynności poświęcam ok 20 minut. W trakcie tego czasu zamierzam skupić się na ciele, by być jego bardziej świadomą. W tym celu będę ćwiczyć stanie na głowie oraz skorzystam z warsztatów u Iwo Łaźniewskiej (wolę na żywo, jednak jakby co to lepsze online niż żadne). Będę dodatkowo czytać książki poświęcone tej tematyce, np.: „Sekretne techniki medytacyjne buddyjskiego mnicha” autorstwa Ajahna Browna czy też chcę mieć w pamięci kurs uważności, który czeka na swoją kolej – może w końcu się doczeka (wiem, jak to brzmi, mam tego świadomość, jednak jakoś nie czuję, by się do tego zobowiązywać)..

Nazwałam to wyzwaniem CUD -em od pierwszych liter słów: Ciało – Umysł – Duch, gdyż robiąc to, co zamierzam każdego dnia zrobię coś dla całej siebie:) A więc – czas na CUD!!