Archiwa tagu: rozwój duchowy

Finiszuję – podsumowanie rocznego wyzwania „Od złości do radości”

Dziś ostatni dzień wyzwania, którego podjęłam się rok temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło, jestem w innym miejscu – jestem ta sama, a jednak inna, jak zresztą wskazuje na to moje imię (anagram – Nina – inna:) To naprawdę niesamowite, ile zadziało się w ciągu ostatniego roku! Z jednej strony podjęcie się tego wyzwania czasami mnie inspirowało czy motywowało do pewnych działań, a z drugiej – dzięki temu miałam większą uważność na to, co się w tym czasie u mnie dzieje:) Nie przedłużając – czas na podsumowanie.

Zdecydowanie bardziej siebie akceptuję w pełni niż rok temu. Z jednej strony bardzo pomogło mi słuchanie Marii Nowak – Szabat z Agni-Ajurweda, a szczególnie jej słowa, by przyjąć siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza, a także zrozumienie jaką mam konstytucję pod kątem dosz i jakie konsekwencje za sobą to niesie. To, że jestem Pitta – Vata na poziomie umysłu dało mi jasność, skąd taka szarpanina we mnie od złości do poczucia winy i ogromnego wewnętrznego bólu.. Z drugiej strony ważny był moment przełomowy, kiedy 14 lipca dostałam przekaz z Kronik Akaszy, by zaakceptować swoją silną, dominującą, władczą naturę, aurę, energię – to było coś, czego w ogóle się nie spodziewałam, będąc całe życie przekonana, iż jest to coś do zmiany – nie ma innej opcji.. A jednak.. A jednak od tamtej pory nastąpiła we mnie ogromna przemiana. Zaczęłam z lekkością i radością o tym mówić i tego doświadczać. Kiedy teraz ktoś mi zarzuca, że jestem np.: „tyranem”, jak to zdarza się obecnie w relacji z podopieczną Heleną, to odpowiadam: „Tak, taka jestem”. I choć nie jestem dumna i zadowolona ze wszystkich swoich poczynań z tej energii, to jednak już nie mam poczucia winy i łatwiej mi odpuścić, a nie nakręcać się i wewnętrznie kotłować, jak to było wcześniej. Piękne jest uczucie wewnętrznej akceptacji i przyjęcia siebie w pełni:) Tak, teraz zdecydowanie częściej jestem swoim najlepszym przyjacielem:)

Przeglądam wpis Rok zabawy ze sobą – przejdźmy do konkretów:) i uśmiecham się do tego, co tam piszę, czując się w innym miejscu:) Z codziennych rytuałów – niestety albo stety – nie zostało już nic.. Nawet ćwiczenia fizyczne.. Akurat do modlitwy, medytacji i ćwiczeń chcę powrócić – warto to zaplanować. Podkreśliłam ćwiczenia fizyczne, bo od panchakarmy, na której byłam na przełomie czerwca i lipca, po codziennych masażach, których tam doświadczyłam, widzę jak ważna jest praca z ciałem. Wiele trudnych doświadczeń puściłam i puszczam na bieżąco na poziomie serca i duszy, zapominając o ciele, w którym wszystko się zapisuje, o ile nic się z tym nie zrobi.. W tym temacie zamierzam udać się na warsztaty do Iwo Łażniewskiej, która pracuje nad poszerzaniem świadomości swego ciała:) Teraz, jak o tym piszę, to poczułam, by od jutra zacząć kolejne roczne wyzwanie „Coś dla ciała, coś dla ducha” i codziennie min 5 min ćwiczyć i 5 min medytować. Tak, to jest myśl! Wow, ale extra!!! A teraz wracam do tematu:)) Czasami, szczególnie, jak ktoś przy mnie wyraża się negatywnie na jakiś temat, błogosławię tę osobę i to, co mówi. No i często koloruję – zdarzają się mandale, a ostatnio zdobyłam kolorowankę z motylami i ptakami:) Obecnie mój codzienny rytuał to kontakt z naturą, choćby krótki, bo to mnie wycisza i napełnia spokojem.

Z autodiagnozy zrobiłam diagnozę dosz na poziomie ciała (Pitta – Kapha) oraz umysłu (Pitta – Vata) oraz kursy Psychologia ajurwedyjska dla profesjonalistów (akurat średni ten kurs według mnie, a kiepska część dla profesjonalistów, z wyjątkiem jednego modułu – przyznaję, że byłam tym kursem mega rozczarowana – może zbyt wiele oczekiwałam?) i Dharma (może być, najbardziej spodobało mi się zrobienie filmu ze zdjęciami symbolizującymi moje marzenia oraz napisanie przemowy z okazji moich 100-letnich urodzin:) Jakkolwiek – jak już wspomniałam, sama autodiagnoza dosz i dzięki temu pełniejsze zrozumienie siebie było ważnym krokiem ku samoakceptacji. Pomaga mi to też na co dzień w różnych sytuacjach, np. teraz jestem uważniejsza, kiedy podnosi mi się Pitta, co idzie w kierunku złości i zapobiegam temu lub niweluję, np. polewanie się wodą w czasie upałów, jedzenie, kiedy zaczynam być głodna – takie proste rzeczy, a sprawiające cuda, ułatwiające codzienność:) Mario – bardzo dziękuję za dzielenie się swoim darem prostego przekazu Ajurwedy, jestem wdzięczna, że trafiłam na Ciebie i skorzystałam z czasu i pieniędzy, które miałam w danym czasie, by nasycić się tą wiedzą i wziąć dla siebie co nieco:) Skorzystałam też z coachingu indywidualnego i grupowego w ramach Kręgu z Justyną De Prado z Wytwórni Obfitości. Skorzystałam też coachingu z Dorotą Jesiołowską – Sołoduchą w ramach organizowanego przez nią Złotego Kręgu, dzięki któremu poznałam kolejne swoje odsłony, tym razem jako Manifestor wg Human Design. I tu potwierdza się moja silna energia.. Niestety – dalej nie udało mi się zrobić kursu Mindfullness.. Już zamieściłam go na stronie startowej przeglądarki, jednak dalej nie zaszłam.. Może kolejne wyzwanie będzie temu sprzyjać?

Jak już wspomniałam byłam w tym roku na panchakarmie, na którą wybierałam się głównie pod kątem oczyszczania emocjonalnego. W jakimś sensie było to, choć zupełnie w inny sposób niż się spodziewałam.. Na pewno uwalniające było 2 razy krzyknąć z całej mocy z bólu i złości w trakcie naciskania punktów Marma, wiedząc, że są świadkowie mego krzyku. Było to uwalniające, gdyż zwykle, jak mam potrzebę krzyczenia, to albo robię to, jak nikogo nie ma lub w taki sposób, by nikt nie usłyszał.. A to tak uwalnia napięcie.. Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pomysł, by w miejscu, w którym osiądę, stworzyć wygłuszone i opatulone na miękko pomieszczenie, by móc swobodnie krzyczeć i walić ze złości czy innego napięcia. Panchakarma była dla mnie emocjonalnie trudna, bo zostałam spacyfikowana przez terapeutę (jakkolwiek dzięki temu 10 dni po jej zakończeniu dostałam przełomowy przekaz z Kronik) oraz odrzucona przez grupę. I tu też wyszły moje oczekiwania, których wydawało mi się, że nie miałam wobec panchakarmy, a jednak.. Jechałam z pustą głową i z nastawieniem, że jadę na SPA i spędzę miło czas w gronie osób, z którymi łączy mnie ajurweda, co wydawało mi się dużym łącznikiem, a którym jednak nie było.. Takie malutkie nastawienie, a takie ogromne konsekwencje.. Bo inaczej bym tak tego nie przeżywała, tylko skupiła się na sobie, jak Włodek, który chadzał tam własnymi ścieżkami. Piękna, choć trudna lekcja. Za to, co dzięki temu zyskałam, jest bezcenne:) No i nauczyłam się tam stawać na głowie i doświadczyłam Jogi wg Sivanandy, w której się zakochałam. W ten sposób utwierdziłam się, by za rok ponownie zapisać się na miesięczny kurs dla nauczycieli w tym nurcie, co z tym roku zostało w Polsce odwołane z wiadomych koronkowych względów. Już nie mogę się tego doczekać!! To byłoby wspaniałe zwieńczenie kolejnego wyzwania;)) Również na panchakarmie pracowałam z oddechem, poza tym niestety nic.. Tak poczułam, by do tego nowego wyzwania dodać 5 minut pranajam:)

W ostatnich 3 miesiącach uczestniczyłam jeszcze w kilku ważnych dla mnie warsztatach. Pierwszy to taki prezent urodzinowy – warsztat „Tkanki sukcesu” z Anną Choińską, która pracuje ustawieniami wg Hellingera na własny intuicyjny sposób. To był ostatni świadomie wybrany warsztat, w którym poddałam się prowadzącej (nie wiem czy jasno to napisałam – raczej już nie pojadę na warsztat prowadzony przez kogoś, kto ma jakąś wiedzę czy pracuje jakąś metodą, chcę mocniej skoncentrować się na szukaniu odpowiedzi w sobie; tę decyzję podjęłam jeszcze przed tym warsztatem, skusiłam się na niego ze względu na wyzwanie i chęć uzdrowienia rodu; na pozostałe warsztaty zapisałam się, bo nie przypuszczałam, że ktoś będzie uzurpował sobie prawo do wchodzenia w moją przestrzeń i kreował się na lidera, który wie lepiej, co dla mnie dobre czy w ogóle kim jestem i czego potrzebuję, jak to było np. na panchakarmie). Skończyło się to moją .. śmiercią – tak odczułam to, co się ze mną działo w poniedziałek po warsztacie, co zostało potwierdzone w Kronikach. W ten sposób narodziłam się na nowo:) Nie po raz pierwszy zresztą w tym wcieleniu. Co ciekawe temat śmierci był (?) ostatnio dość intensywny w moim życiu: pogrzeb cioci na koniec maja w drodze na Podkarpacie, potem znalezienie zwłok młodego sąsiada Basi, który utopił się w strumyku 1 czerwca, następnie moja śmierć 14 czerwca, a na koniec śmierć Donki, zwołującej kręgi kobiece na Podkarpaciu, która zwołała krąg na dzień, w którym dostała udaru i w ten sposób wspólnie z innymi kobietami mogłyśmy jej towarzyszyć w przejściu. Następnego dnia – 13 sierpnia w piątek została odłączona od aparatury podtrzymującej jej życie. Zastanawiam się, czy temat się zakończył, bo obecnie przez miesiąc opiekuję się Heleną, która bardzo chce odejść – może jest mi pisane być przy niej, kiedy jej dusza zdecyduje się opuścić ten świat – jest i będzie tak, jak ma być.

Wracając do warsztatów. Na ostatni tydzień lipca udałam się na wyprawę w głąb puszczy i siebie, zorganizowaną przez Mieszka z fundacji Bycie w lesie. Tam doświadczyłam wielu cudowności: chodzenia po lesie tylko z kompasem, bez znajomości tego lasu, spania w głębi lasu pod drzewami w hamaku, dwa dni odosobnienia, w trakcie których utwierdziłam się, iż las to mój dom, góry natomiast nie – kocham po nich chodzić z lekkim plecakiem i przez chwilę:) Tam też stanęłam w swojej mocy, by zadbać o siebie, chodząc powoli oraz nie zgadzając się na głodówkę na czas odosobnienia, bo było to wbrew moim odczuciom. Zaraz po nim trafiłam na warsztaty białego śpiewu z Fundacji OVO, gdzie doświadczyłam swego postępu w otwieraniu gardła i siebie na słyszenie swego głosu w obecności innych. Tam też byłam dla siebie najlepszym przyjacielem, dbając o swoją przestrzeń. Ciekawe było to, iż podchodziło do mnie niewielu ludzi, jednak jak już rozmawiałam z kimś, to te rozmowy były głębokie, często dotyczące duszy – takie spotkania duszy z duszą:) No i moja dusza rosyjsko – ukraińska naśpiewała się w pieśniach w tych językach. Było pięknie i energetycznie z Ritą – ukraińską nauczycielką:) To tam uzmysłowiłam sobie, ze raczej mam lekki uśmiech na twarzy, już raczej nie łapię się na powadze i marsowej minie:)

W ogóle ostatnie 3 miesiące, kiedy mieszkałam u Basi na Podkarpaciu, były pięknym podsumowaniem tego wyzwania, pokazującym dokąd dotarłam. Mieszkało mi się z Basią lekko, radośnie, wspólnie – małe i większe wypady na łono natury czy spotkania w gronie ciekawych osób. Byłyśmy wzajemnie dla siebie towarzyszkami codzienności, co było mi potrzebne. Tam uczestniczyłam w trzech kręgach na żywo (już nie online) ze wspaniałymi kobietami – kiedy osiądę dołączę lub sama zorganizuję krąg, bo to niezwykłe doświadczenie. To tam podjęłam decyzję, by od września osiąść, co na dziś zostało lekko przesunięte w czasie – po co? Jeszcze nie wiem, jednak na innym poziomie nie ma to znaczenia. Pewnie potrzebowałam jeszcze coś uzdrowić, zanim sama osadzę się:) Też u Basi doświadczyłam bycia sobą w pełni na co dzień. Byłam u niej w gościnie, a jednak pozwalałam sobie na robienie tego, na co w danym momencie miałam ochotę, choćby to miało być czytanie w łóżku cały dzień (raz tak było:). Do tej pory – choć już coraz rzadziej – nastawiona byłam na odwdzięczanie się. Oczywiście – dalej się odwdzięczam, choćby gotując obiad, jednak w różnych momentach słucham siebie i podążam za swoją ochotą, a nie co mi umysł podpowiada, że byłoby lepiej, skoro jestem na czyimś garnuszku. Decyzję, by tak robić, ułatwiło mi wczucie się w odwrotna sytuację – przyjeżdża Basia do mnie, jest u mnie gościem i ja nie miałabym żadnych oczekiwań, poza tym, by trochę czasu spędzić razem, a poza tym – by robiła to, na co ma ochotę:)

Przytoczę fragment, w którym napisałam zaplanowane efekty i odniosę się do nich, na ile udało mi się to osiągnąć.

  • więcej się śmieję niż złoszczę – zdecydowanie tak jest:) nie jest tak, ze się nie złoszczę, jednak zdarza się to rzadziej, a potem mam mniejsze, o ile w ogóle mam, wyrzuty sumienia:) jest mi lżej ze sobą i przyjemniej,
  • kiedykolwiek przyłapię się, to mam uśmiech na twarzy – w większości przypadków tak jest:),
  • zabawnie komentuję zachowanie swoje lub innych, a jednocześnie tych komentarzy jest mniej niż teraz – może inaczej: jestem bardziej otwarta i często sama bezpośrednio mówię o sobie rzeczy, które mogą być trudne w odbiorze dla kogoś, np. o mojej silnej energii i jak na razie przynosi to mega efekty:) mam w sobie większy dystans do siebie i więcej przestrzeni dla innych, co przyniosło efekt w relacji z tatą (na Wielkanoc spędziliśmy razem w sumie 2 tygodnie w radości i lekkości – i to nie tata się zmienił, on dalej pije piwo i spędza czas głównie przed telewizorem, praktycznie do mnie nie dzwoni, to ja podtrzymuje kontakt, jednak w tej relacji jest częściej uśmiech i śmiech:) i moim bratem (obraził się na mnie i nie odzywał prawie rok, a potem niby pogodzeni, a dalej daleko; a teraz, jak odpuściłam i przestałam go w duchu osądzać, po prostu zaczęliśmy z powrotem ze sobą rozmawiać!)
  • jestem bardziej rozluźniona – tak to odczuwam, aczkolwiek w ciele sporo jeszcze napięć starych siedzi…; po doświadczeniu własnej śmierci na poziomie duszy w czerwcu przetransformowałam to doświadczenie i odpuściłam na poziomie serca i duszy, jednak nic nie zrobiłam z ciałem, co wyszło na panchakarmie w trakcie codziennych masaży; to mi uzmysłowiło, jak ważne jest puszczanie traum na poziomie ciała; no i tym bardziej ważna jest dla mnie joga wg Sivanandy, która oparta jest na rozluźnianiu ciała, a nie napinaniu (takie jest moje zdanie oparte na doświadczaniu jej),
  • mam określoną misję – mam i nie mam:) to już ma dla mnie mniejsze znaczenie, choć w oparciu o portret Duszy, który sobie zrobiłam, to ja już tę misje realizuję:) jakkolwiek nie mam, jak niektórzy, jednego zdania czy dziedziny, zawierającej moją misję; po prostu chce żyć, być – blisko siebie i natury:); przyszedł mi pomysł na Centrum SPA, jakkolwiek co ma być, to będzie:)
  • akceptuję złość i widzę w niej potencjał, z którego świadomie i z opanowaniem korzystam – różnie to bywa;
  • nie mam momentów szamotaniny, a w środku czuję spokój niezależnie od sytuacji – są rzadsze, ale, niestety, dalej są, jakkolwiek, co już pisałam, od czasu przekazu o akceptacji swej dominującej natury, jest mi łatwiej; jakkolwiek, co ciekawe, kiedy to piszę, właśnie miałam mały atak złości; taka jest prawda – dalej złość jest częścią mnie…,
  • dbam o siebie, czyli jasno i bezpośrednio komunikuję każdemu, kiedy z czymś mi trudno w danej relacji, jasno wyrażam swoje potrzeby – robię to spokojnie, bez walki:) – zdarza się to znacznie częściej głównie ze wzglądu na moją większą świadomość siebie; to znacznie ułatwia życie, choć nie każdą sytuację:)

Jestem szczęśliwa, iż rok temu podjęłam decyzję o wyzwaniu:) Mój zeszyt Pisaninki od tamtej pory prawie został zapisany przez moje przemyślenia, refleksje, wykonane ćwiczenia.. To namacalny dowód wykonanej pracy:), choć zdecydowanie ważniejsze jest to, jak się czuję na co dzień i jak buduję relacje z innymi, a przede wszystkim sama ze sobą:) No i wynikiem tego jest kolejne wyzwanie! Może nazwę go CUD – gdyż będzie to czas na Ciało, Umysł i Duszę:)

9 rok mej podróży – jakie SKARBY dzięki niej zdobyłam?

Kurka wodna! Już 9 lat jestem w podróży! Niesamowite! Przeżyłam 9-letni numerologiczny cykl w drodze – aż kręcę głową z niedowierzania, bo kiedy dokładnie 9 lat temu w poniedziałkowy poranek nerwowo ruszałam spod swego domu wcale nie myślałam, że wyruszam w podróż życia, w podróż w głąb siebie.. Wtedy dla mnie to był krok, by rozwiązać swoje ówczesne problemy z długami.. Nie wiedziałam, czy wyjeżdżam na miesiąc, 3 miesiące, rok? To kształtowało się na bieżąco.. Swe dwa wspaniałe koty wywiozłam do Taty na przechowanie wstępnie na 3 miesiące, a są, a raczej jeden jest do tej pory – Kitka, bo Tygrysa, za jego zgodą, poddałam eutanazji prawie rok temu (był naprawdę w złej formie, dużo wziął na siebie od Taty, a i tak żył praktycznie 19 lat:)

Tyle się wydarzyło, tyle przeżyłam, doświadczyłam, nauczyłam się, odpuściłam.. W mej książce, w której opisuję dokładniej me przygody, podsumowuję też cały ten czas – skąd wyruszyłam mentalnie i duchowo, a gdzie teraz jestem (książka na dziś jest jeszcze w postaci rękopisu – dosłownie!, na razie nie mam energii na jej przepisanie, choć mam pomysł głośno ją przeczytać, by zapisał ją komputer za pomocą programu:) chyba, że znajdzie się jakiś chętny do pisania:)) Teraz, co mi przychodzi, co zyskałam dzięki podróży – takie najważniejsze rzeczy, wartości, SKARBY to:

  • wolność – m.in. od długów, jakkolwiek jest to dla mnie coś szerszego, niezależne od posiadania czegokolwiek czy też nieposiadania, związane z wewnętrznym poczuciem obfitości, akceptacji oraz bycia zaopiekowaną przez Wszechświat, Naturę, Ród:)
  • Bazyl – mój wierny, cudowny towarzysz w drodze, najwspanialszy przyjaciel, pogodna i bardzo mądra dusza, czyli rudy 14-letni kundelek o różowym nosku, przypominający psa królowej Anglii rasy Welsh Corgi 🙂
  • akceptacja siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza, jak to mówi Maria z Agni – Ajurweda:); oczywiście jest to proces, jakkolwiek mega przyspieszony szczególnie w ciągu ostatniego roku z odczuwalnymi dla mnie efektami:)
  • relacja z tatą, a nawet Tatą – choć dalej bywa różnie, co pokazał ostatni weekend, jednocześnie jest teraz ważnym dla mnie członkiem rodziny i cieszę się, kiedy mogę z Nim pogadać czy po prostu pobyć, choć to bycie polega w dużej mierze na byciu obok i spotykaniu się chwilami (Tata większość czasu spędza przy telewizorze z piwem w ręku, co nie jest moim klimatem), jednak te chwile mają dla mnie mega wartość! (kiedy wyruszałam w podróż byłam przepełniona nienawiścią do Niego do tego stopnia, że w pierwszym roku, kiedy bywałam w rodzinnym mieście, spałam u przyszywanej siostry lub w mieszkaniu brata, byle dalej od Niego)
  • kontakt z Naturą, z ziemią, drzewami, ziołami – teraz to dla mnie codzienność, a kilka lat temu spacer w naturze był sposobem na spędzenie wolnego czasu, którego miałam mało, więc rzadko to robiłam, jednak wówczas nie miałam takiego kontaktu z ziemią (którą teraz lubię dotykać, np. pomagając komuś w wykopkach ziemniaków, co uwielbiam – właśnie ze względu na bezpośredni kontakt z ziemią), nie znałam się w ogóle na jakichkolwiek roślinach, nie wspominając o ziołach, które teraz zbieram, suszę, maceruję, mieszam czy z drzewami, z którymi czasami rozmawiam czy przytulam się do nich, czując w nich oparcie i mądrość:); to też wpływa na moją postawę coraz większego szacunku i dbania o przestrzeń wokół siebie, bliska jest mi ideologia Zero Waste:)
  • codzienność – taka zwykła i prosta, którą teraz lubię i doceniam; proste czynności mają taką moc i są takie niezwykłe w swej zwykłości:) uwielbiam sprzątać, czyścić, układać, porządkować, a jednocześnie mam luz na naturalny „brud” (za to trudno mi ze śmieciami szeroko pojętymi..) – jestem czyścicielem przestrzeni:) Przechodząc na kuchnie roślinną niespodziewanie dla samej siebie polubiłam gotowanie, w czym teraz eksperymentuję i bawię się:)
  • powolność i prostota – bardzo spowolniłam codzienne tempo, nawet chodzę znacznie wolniej niż kiedyś, kiedy pędziłam do przodu i ciągle dokądś biegłam, a dziś zwykle idę na końcu.., podobnie z jedzeniem – często kończę jako jedna z ostatnich:)
  • minimalizm w materii – puściłam wartość rzeczy materialnych, choć dalej niektóre lubię – kiedy są praktyczne i ładne jednocześnie:) jednak gdyby mi zniknęły, to dalej byłabym szczęśliwa, tyle, że jeszcze lżejsza:) był czas, że niektórych ludzi podziwiałam i stawiałam wyżej, bo mieli więcej pieniędzy ode mnie, a teraz to w ogóle nie ma znaczenia; żyję głównie za dar jak mnisi (ostatnio nazwałam się mniszkiem łąkowo-leśnym lub radosnym – może kiedyś założę zakon takich mniszków;))
  • rozwój duchowy – szeroko pojęty, jakkolwiek odczuwam coraz bliższy kontakt z moją Duszą, co daje mi dużo radości i lekkości:) Mój piękny umysł, kiedyś mocno analityczny, coraz częściej odpuszcza i swą pracą wspiera łączność z ciałem i duchem:) Bóg czy Natura – jakkolwiek nazwiemy tę boską energię – od dawna jest mi bliski – bardzo lubię o Niej rozmawiać z każdym, kto ma też chęć, również z tymi, którzy nie wierzą czy inaczej niż ja do tego tematu podchodzą:) Można powiedzieć, że odnalazłam Boga w sobie, uczę się widzieć Go w innych, choć czasami jest to dla mnie dalej trudne, za to kościół i religia to dla mnie obce pojęcia, miejsca i ideologie – nie mam z tym żadnej łączności.

Tych skarbów jest znacznie więcej – tak naprawdę nie do opisania jest to całe bogactwo, które uzyskałam udając się w tę podróż sprzed 9 laty.. Jakkolwiek ten czas, ten sposób życia zbliża się ku końcowi. Kiedy znajdę swoją Przystań w lesie, a może nawet puszczy, osiądę i będę tworzyć dalej mą rzeczywistość, dzieląc się sobą, swoją wiedzą i duszą z tymi, którzy staną na mej drodze chętni i otwarci na to, by wzajemnie się radować, cieszyć, bawić, kreować i iść lekko i z luzem przez życie, czyli płynąć i czerpać z tego garściami:)

Portret Duszy – prezent dla siebie na całe życie:)

Od ponad tygodnia żyję moim portretem Duszy:) Co ciekawe – najpierw sama zamówiłam sobie ten prezent, a potem zaciekawiłam nim kumpelę, która mi go sprezentowała – niesamowite! Dzięki Justa!:)

Ten portret Duszy przygotowała Daria z Mapy Przeznaczenia w oparciu o hebrajską numerologię, numerologię karmiczną oraz Kroniki Akaszy, stąd jest on niesamowity i indywidualny. Taki portret zawiera zarówno ziemskie,, jak i duchowe wyzwania, czyli lekcje, talenty, czyli możliwości i mocne strony, cele. czyli do czego dążę, co chcę w tym wcieleniu osiągnąć oraz przeznaczenie Duszy, czyli po co tu jestem, czego moja Dusza chce się nauczyć na Ziemi. Na sam koniec jest osobista wiadomość od mojej Duszy prosto z Kronik Akaszy.

Kiedy otrzymałam go późnym wieczorem tydzień temu w czwartek nie mogłam się powstrzymać, by go od razu nie przeczytać! W trakcie czytania łzy leciały ciurkiem, bo czułam jak ten przekaz jest prosto od mej Duszy do mego serca! Były tez momenty, kiedy śmiałam się w głos! Całość wzruszająca, poruszająca! Czytałam ten portret już 3 czy 4 razy razy i za każdym razem coś odkrywałam nowego, kolejny fragment zdanie zwracało moją uwagę. Przypominały mi się różne doświadczenia czy sytuacje z życia, które potwierdzały, iż idę właściwą drogą, że Dusza nie raz dawała mi informacje, które z pożytkiem wykorzystywałam, choć np. był to czas kiedy byłam bliżej swego umysłu niż Duszy. Co jakiś czas zastanawiałam się co jest moim celem w życiu, jaka jest moja misja, a ja ją już po prostu robię i robiłam.. Choćby ten blog i ostatnia decyzja, by pisać wtedy, kiedy poczuję, że chcę się czymś podzielić.. Właśnie dzielenie się swoją wiedzą, uczuciami, przeżyciami jest z jednym z moich celów i talentów jednocześnie.. Rzeczywiście jest tak, jak często się mówi: szukałam nie wiadomo czego, a to, co jest dla mnie łatwe, naturalne jest tym, co mam robić:) Większość życia oceniałam moją emocjonalność jako coś, co przeszkadza mi w życiu a jednocześnie właśnie dzięki temu rozumiem przeżycia innych ludzi i mogę czy wysłuchać czy też podzielić się swoim doświadczeniem. Początkowo pisałam „doradzić”, jednak robiłam to większość życia (i dalej, oczywiście, jeszcze mi się zdarza), jednak docelowo to się wg mnie nie sprawdza, bo to dana osoba jest ekspertem od własnego życia tak jak ja od swojego i to, co dobre dla mnie niekoniecznie jest dobre dla Ciebie w ogóle czy w danym momencie, a kiedy dzielę się moim doświadczeniem i wiedzą, to sam możesz zdecydować co Ci pasuje, co z Tobą rezonuje, co inspiruje Cię do jakiegoś działania, a co puszczasz bo na tę chwilę lub w ogóle nie jest Twoje..

Jednym ze zdań, które najmocniej mnie poruszyło, przy którym mega się wzruszyłam, było o wsparciu ze strony Rodu, a dokładniej „Twój Ród zadba o to, żeby na nic Ci nie zabrakło”.. Czyż to nie wspaniałe mieć takie wsparcie?! Nie tylko świat mnie wspiera, ale cały mój Ród – bosko!! Co za cudowna świadomość! To naprawdę niezwykłe przeczytać takie słowa..

Inna rzecz, jaka mi przyszła dziś, kiedy po raz kolejny czytałam ów portret to nazwa mojej firmy, którą prowadziłam przed laty, jeszcze zanim wyruszyłam w podróż (zamknęłam ją po roku podróży). Brzmiała ona tak: Centrum rozwoju potencjału osobistego Harmonia, a moim celem ziemskim jest stać się zrównoważoną w każdym aspekcie życia i doświadczyć m.in. harmonii, natomiast celem duchowym jest m.in. powrócić do siebie w pełni swojego potencjału oraz pomóc innym dojść do równowagi tak, jak sama do niej doszłam.. Dodatkowo wspomnę, iż praktycznie zawsze pracowałam i odwoływałam się do swojego doświadczenia, czyli dzieliłam się sobą, swoją wiedzą i doświadczeniem..

Przy okazji czytania książki „Siła czy moc” Davida Hawkinsa spotkałam się z takim zdaniem (którego sens można znaleźć w wielu pozycjach): Rób to, co lubisz robić najbardziej i czyń to najlepiej, jak potrafisz. Nieraz wypisywałam sobie listę co lubię robić w różnych celach, jednak wówczas zadałam sobie pytanie: co lubię robić najbardziej? i doszłam do wniosku, że rozwijać się duchowo, a w portrecie przy okazji opisywania ziemskich celów padła informacja, iż będę zainteresowana rozwojem osobistym i duchowym.. Zresztą rozwój duchowy w jakiejś postaci pojawił się praktycznie w każdym z punktów:)

Poszła też taka informacja, iż nieraz wybierałam wcielenia, gdzie miałam dostęp do wiedzy, zarówno logicznej, jak i metafizycznej. Od zawsze lubiłam się uczyć i nauczać. Pierwsze, najmocniejsze wspomnienie taty o mnie z dzieciństwa to było takie, iż do przedszkola chodziłam z książkami (czytałam sama jako chyba 4latka), a któregoś dnia wzięłam plecak i chciałam wyjść z domu – do szkoły, jak odpowiedziałam zaskoczonym rodzicom.. Miałam wówczas 6 lat, a szkoła była od 7 roku życia.. Książek i kursów przerobiłam dotychczas całe mnóstwo i dalej jestem otwarta na wiedzę, głownie duchową i ezoteryczną, jak na dziś:)

Całe życie miałam mnóstwo męskiej energii i wydawało mi się, że mało kobiecej. Kiedy jednak mocniej się sobie przyjrzałam i podoświadczałam, to zmieniłam zdanie. Mi nie tyle brakowała kobiecej, ile harmonii pomiędzy energią kobiecą i męską.. To szczególnie mocno odczułam w trakcie warsztatu dla kobiet „Wiedźma. Ta, która wie”. Pamiętam, jak któregoś dnia huśtałam się w hamaku i on bujał się na zmianę albo na boki, albo do przodu i tyłu – wtedy poczułam w sobie harmonię i siłę obu tych energii we mnie. I podobny przekaz dostałam teraz w tym portrecie:)

Ten portret pozwolił mi na pełniejsze zrozumienie siebie, a przede wszystkim na docenienie siebie i tego, co do tej pory zrobiłam.. Bywało różnie (i dalej jest) – dotknęłam bardziej lub mniej wielu negatywnych swoich aspektów. Nie zawsze szłam w zgodzie ze sobą, słuchając siebie w pełni, jednak teraz jestem na dobrej drodze. Zastanawiałam się nad moją misją, a ja już ją wypełniam:) Już nie potrzebuję szukać, tylko docenić to, co mam i dalej się rozwijać, doskonalić, jednoczyć z Duszą i dzielić się swoim doświadczeniem, przeżyciami, wiedzą z innymi ludźmi:) Mój blog nabiera większego sensu:) Moja książka o mej podróży (na razie w rękopisie:) nabiera większego znaczenia:)

Zachęcam każdego do zrobienia sobie (i swoim dzieciom) prezentu na całe życie – portretu Duszy:) To naprawdę niezwykły cudowny dar:) Zapraszam Cię na stronę Darii i podjęcia decyzji zgodnej z własnym sercem:)