Archiwa tagu: Zielska Kolonia

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna

Minimalistyczna kosmetyczka naturalna – od kosmetyków sklepowych do substancji naturalnych

Dziś chciałabym się z Tobą podzielić moimi drogą, która, podobnie jak moja droga życiowa, prowadzi od tego, co masowe, powszechne do swoistej, indywidualnej ścieżki – jedno z drugim jest mocno powiązane. Ponad 8 lat temu mieszkałam w mieście, jadłam gotowe, przetworzone jedzenie, co i rusz kupowałam nowy ciuch i nowe buty, a swą wartość widziałam poprzez materię i pieniądze. Podobnie było z kosmetykami – miałam ich sporo: kremy do twarzy, balsamy do ciała, szampony, odżywki.. Sporo też miałam kosmetyków kolorowych, choć tak naprawdę rzadko się malowałam. Wszystkiego miałam za dużo…. Półki w regale były ciężkie od książek i papierów, w garderobie wieszak na wieszaku, aż się uginało, a w łazience – pełno buteleczek i pojemników.. Dziś moja podstawowa kosmetyczka na co dzień jest taka, jak na tytułowym zdjęciu i zawiera: macerat olejowy, ocet, naturalny szampon ziołowy i glinkę bentonitową, zgodnie z ajurwedyjską zasadą, iż kosmetyki mają być jadalne.

Pierwszy puściłam balsam do ciała, choć początkowo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Moje nogi wysuszały się po kąpieli, a skóra na całym ciele ściągała się aż do bólu.. Jednak – to był efekt uzależnienie skóry od kosmetyków, bo już po 2 tygodniach nieprzyjemne odczucia zniknęły, a skóra odzyskała naturalną sprężystość. Powiem więcej – po latach nieużywania sklepowych kosmetyków nawilżających do ciała moja skóra jest gładsza i bardziej miękka teraz niż wtedy.. W roku szkolnym 2017/18 robiłam ajurwedę na GWSH w Katowicach (https://www.gwsh.pl/studia/studia-podyplomowe-ajurweda.html – polecam:), gdzie dostałam mnóstwo inspiracji. Rok wcześniej będąc na Eulu (http://www.eul.grzybow.pl) zaciekawiłam się ziołami i zrobiłam pierwszy macerat olejowy z nagietka. Na ajurwedzie poznałam olej sezamowy – uniwersalny dla każdej doszy i od tamtej pory co roku robię sobie jakiś macerat z tego oleju: z płatków róży, jaśminowca, w tym roku z dziurawca oraz miętowo – szałwiowy. Do czego go wykorzystuję? Do masażu, automasażu, do nawilżenia jakiejś części ciała, kiedy poczuję czy olejowania twarzy oraz włosów. No i oczywiście do jedzenia – można na nim smażyć:) Ten ostatni zrobiłam w konkretnym celu: do codziennego ssania oleju, co oczyszcza po nocy buzię (w sensie jamy gębowej:) z wszelkich nagromadzonych tam toksyn. Kiedyś dziwiłam się, jak ktoś mył zęby zaraz po wstaniu z łóżka, a wtedy zrozumiałam tego sens, choć ssanie jest efektywniejsze. Taki macerat przechowuję w ciemnych butelkach, a z sobą wożę w małej 100 ml butelce.

Następnie przyszła kolej na moje włosy. Odpuściłam zarówno szampon, jak i odżywki. Miałam krótkie włosy i postanowiłam spróbować myć je tylko wodą. To się super sprawdziło przez długi czas, dopóki włosów nie zapuściłam, a mam je bardzo gęste. Sama woda przestała mi wystarczać, choć myślę sobie, że może po prostu za rzadko je moczyłam. Przy krótkich włosach przestawiłam się na mycie raz w .. miesiącu. Możliwe, że moje długie i gęste włosy po prostu potrzebują częstszego moczenia. To są przemyślenia na dziś, bo od około 4 lat sprawdzam różne naturalne sposoby mycia włosów. Długi czas myłam wodą z sodą. Sprawdziłam też mycie mąką żytnią (tylko musi być bez łusek, bo potem zostają we włosach..) – zarówno bezpośrednio na skórą, jak i w roztworze z wodą – na razie żaden z tych sposobów nie sprawdza się w pełni przy moich włosach. Mam jeszcze pomysł umyć je kiedyś glinką bentonitową. Na dziś od roku używam szamponu pełnego ziół od Agi z Zielskiej Kolonii, o której więcej informacji znajdziesz a moim poprzednim wpisie https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=336&action=edit. Jest ok, aczkolwiek jak już osiądę znajdę inny sposób na moje włosy:)

Dodam jeszcze, że będąc na psychotronice od jednej z prowadzących dostaliśmy przepis na odżywkę na włosy, jaką stosują Hinduski na swoje cudne włosy. Ja kilka razy ją wypróbowałam i bardzo ją lubię. A przepis jest prosty – zawiera 4 składniki: jajko, olej, jogurt (mleko) oraz miód:)

Na koniec mycia płuczę włosy chłodną wodą z octem własnej produkcji, np. z rzepy lub jaki mam pod ręką. Octu też używam na różne sposoby: do płukania włosów, picia rano na czczo powerdrinka (na noc nastawiam szklankę wody z 1 łyżeczką miodu, rano dodaję 1 łyżeczkę octu), a latem na co dzień piję wodę z octem, która jest pyszna i zdrowa:)

Jeszcze do niedawna do czesania włosów używałam plastikowej szczotki, którą kupiłam kilka lat temu. Rok temu Aga z Zielskiej Kolonii zainspirowała mnie drewnianym grzebieniem, który kupiła od Ukraińców. Chciałam, by kupiła mi podobny, jednak od tamtej pory nie było okazji. I tak upłynął rok. W połowie lipca byłam na warsztatach białego śpiewu, o czym pisałam tutaj: https://www.teczowymotyl.pl/wp-admin/post.php?post=406&action=edit, gdzie na Giełdzie Twórców dzieliłam się tym tematem (co zresztą było inspiracją do napisania o tym na blogu:). Tam jeszcze miałam ową plastikową szczotkę. Po powrocie postanowiłam to zmienić i okazało się na internecie, że są dostępne drewniane grzebienie z przynajmniej 2 drzew: bukowego i drzewa neem, który był 3 razy droższy od pierwszego, jednak po poczytaniu o właściwościach poczułam, że właśnie jego chcę:) Oto mój grzebyk:

Grzebień z drzewa neem (inaczej z miodly indyjskiej) ma według producentów takie właściwości:

  • ułatwia rozczesywanie włosów zarówno na sucho, jak i mokro, nie uszkadzając struktury włosa,
  • umożliwia równomierne rozprowadzenie odżywek,
  • pobudza wzrost włosów – mam nadzieję:),
  • zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi,
  • nie elektryzuje włosów – rzadko i delikatnie, jednak zdarza się,
  • nabłyszcza i wygładza włosy,
  • jego dotyk jest znacznie delikatniejszy i nie podrażnia skóry głowy lub brody podczas czesania.

Od 2016 roku eksperymentuję z różnymi substancjami do mycia zębów. Swą przygodę w tym zakresie rozpoczęłam od mieszanek z olejem kokosowym, do którego dodawałam a to sody oczyszczonej, a to kurkumy czy węgla. Z każdej mieszanki byłam zadowolona, jednak ostatecznie zrezygnowałam z oleju kokosowego po opowieści jednej z mych znajomych. Lutka wraz z grupą dzieci przedszkolnych była na wizycie w oczyszczalni ścieków. Okazało się, że to z czym jest im najtrudniej sobie poradzić, co najbardziej zanieczyszcza ścieki, to 3 rzeczy: antykoncepcja (to już indywidualna decyzja kobiet i/lub par), tłuszcz i włosy. Od tamtej pory nie wrzucam włosów do kibla, co robiłam, bo nie byłam świadoma konsekwencji – dla mnie to było kilka włosów, jednak rzeczywiście one nieźle zapychają, co większość osób doświadcza pod prysznicem.. Od tamtej pory nie wlewam też tłuszczu do zlewu – jak już wspomniałam zrezygnowałam z oleju w mej paście do zębów oraz oczyszczam patelnie z tłuszczu ręcznikiem papierowym lub gazetą po smażeniu, zanim ją umyję. W tym też czasie wpadła mi w ręce świetna książka „Jedz brudniej” Josha Axe, którą gorąco polecam. Autor jest naturopatą, prowadzącym własną klinikę w Stanach Zjednoczonych, po własnych doświadczeniach ze zdrowiem łączącym świat zachodni i wschodni. Zachęca do jedzenia ziemi, nie tylko poprzez organiczne warzywa, kontakt ze zwierzętami, ale również bezpośrednio. Tu poleca glinkę bentonitową, którą ja teraz również polecam. Poczytaj o jej właściwościach niesamowitych na stronie, na której ją kupuję: https://www.magicznyogrod.pl/bentonit_wapienny.html. To jest kolejny mój „kosmetyk”, który używam na różne sposoby: jako pastę do zębów (wilgotną szczoteczkę „maczam” bezpośrednio w proszku), do płukania ust czy robiąc z niej pastę mieszając z wodą nakładam na stany zapalne lub zranienia. Ową glinką wspomogłam też mego starego, wówczas 18-letniego kota, dodając mu jej do mokrej karmy. Wspomnę tylko o jednej niesamowitej właściwości glinki: oczyszcza organizm z wszelkich toksyn, jednocześnie dostarczając mnóstwa mikroelementów! Od kilku też lat używam bambusowej szczoteczki, którą po zużyciu zakopuję w ziemi:)

Może już przyszło Ci do głowy, że czegoś tu brakuje, jednego podstawowego kosmetyku, o którym ja przez długi czas byłam przekonana, że mogę zrezygnować ze wszystkiego, tylko nie z tego. Mam na myśli mydło. I wtedy 2016 roku, kiedy byłam na jednym z ostatnich zjazdów dla mnie w Ulrze (Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej – https://www.uniwlud.pl, polecam:), poznałam Agatę. Tam w ogóle było mnóstwo ciekawych i inspirujących osób, z którymi rozmawiałyśmy i o weganizmie, jak i kosmetykach naturalnych. I któregoś wieczoru Agata zastrzeliła mnie wiadomością, iż od 30 lat mieszkając w Krakowie nie używa mydła, że myje się samą wodą.. To był dla mnie szok! A kobieta zadbana, kolorowa, przedsiębiorcza.. To zrewolucjonizowało moje podejście do prysznica i mycia! Postanowiłam sprawdzić, jak to jest. Od prawie zawsze lubiłam się myć gąbką, więc dalej to robiłam, pomijając mydło. I okazało się, że jest ok! Już na początku mej podróży zrezygnowałam z mydła do higieny intymnej, co moje części intymne przyjęły z wielką ulgą, a teraz zrobiłam kolejny krok. Po jakimś czasie wymieniłam kupną gąbkę na własnoręcznie zrobioną na szydełku ze sznurka bawełnianego, która służy mi od kilku lat.

Mamy tyle przekonań co do mycia.. Są ludzie uzależnieni od codziennego czy nawet kilkukrotnego brania prysznica w ciągu dnia, a to naprawdę nie służy naszemu ciału.. To, co tu piszę, dla niektórych może być szokujące, jeszcze w kontekście koronki.. A ja jestem przekonana i jestem na to przykładem, że im mamy częstszy kontakt z różnymi mikrobami, tym jesteśmy zdrowsi. Zresztą pięknie o tym pisze Josh Axe w swej książce. W jednym rozdziale przytacza najpierw historię o tym, jak jechał z żoną metrem i upadł im kawałek czekolady na podłogę. Wówczas zrobili to, co zrobiłaby większość: schowali ów kawałek do papierka i wyrzucili do śmietnika. Kilka lat później czytał wyniki badań, z których wniosek był następujący: chcąc wzmocnić układ odpornościowy dziecka, warto by było przeturlać takiego niemowlaka po podłodze metra w godzinach szczytu.. Niech Ci to posłuży za inspirację i inne wejrzenie na „brudną” codzienność, pełną bakterii. Wczoraj słuchałam ciekawego miniwykładu Bruca Liptona, który wspomina, iż obecnie mówi się o człowieku „nadorganizm”, gdyż do przeżycia potrzebuje 500 bilionów mikroorganizmów, żyjących w jego organizmie.. To było na tyle inspirujące, że najprawdopodobniej któregoś dnia kilkoma wiadomościami z tego podzielę się na blogu.

Ostatnio do mojej kosmetyczki wrócił olej kokosowy, który wymieszany z sodą oczyszczoną (i czasami kilkoma kroplami olejków eterycznych) stanowi mój dezodorant pod pachy. Kiedyś nie czułam potrzeby używania, jednak zdarzają się upalne dni, a ja latem spędzam czas na zewnątrz zwykle coś robiąc, co oznacza pocenie się więc postanowiłam sobie zrobić dezodorant, który świetnie się sprawdza. Jest jeden minus większości moich „kosmetyków”: są tłuste.. Uczę się uważności i takiego sposobu ich używania, by jak najmniej pozostawiać śladów ich użytkowania.. Jakkolwiek i tak je bardzo cenię, pomimo tego:)

Tak wygląda obecnie moja kosmetyczka. W małych słoiczkach przewożę różne skarby, które w ramach wdzięczności za moją pracę dostaję od Agi z Zielskiej Kolonii. Większość tych skarbów rozdaję bardziej potrzebującym lub używającym, bo ja raczej bawię się tym:) Mam od Agi np. kremik do rąk, krem do stóp z mocznikiem (boski) czy maść z magnezem, a także na nerki. Używam ich, kiedy mam na to ochotę, a nie, że muszę codziennie lub zupełnie nietypowo, jak np. maść na serce. Smaruję nią codziennie okolice serca, by intencjonalnie połączyć się z sercem i wzmocnić je w otwieraniu się na miłość w boskim znaczeniu:) Od jakiegoś czasu otwieram się na olejki eteryczne, które używam czasami jako a la perfumy dla zabawy lub w konkretnym celu. Jedna moja kumpela Justa zainspirowała mnie, by używać olejku z oregano z kremem do stóp i wsmarowywać razem w ramach profilaktyki na robaki – przyjemne z pożytecznym:)

Od lat nie używam takich przedmiotów jak golarka czy pumeks. Jestem w tych sferach jak najbardziej naturalna: włosom pozwalam rosnąć, tam gdzie rosną (one mają swoją funkcję), a chodzenie boso gładzi moje stopy zdecydowanie lżej i lepiej niż jakikolwiek pumeks. Dla ciekawości dodam, iż był czas, iż używałam peelingu do ciała, zrobionego w ramach zająć z ajurwedy. Słyszałam, iż były osoby, które się nim zajadały (a, tak!!), a ja używałam go na poprawę humoru, kiedy było mi smutno lub byłam zmęczona – efekt poprawy był murowany! Teraz nie mam przy sobie dokładnego przepisu, natomiast pamiętam, że składał się na pewno z brązowego cukru, oleju kokosowego oraz sproszkowanej mięty – zgodnie z zasadą, iż kosmetyk nakładany na ciało ma być jadalny:)

Dodam tylko, iż zmiany u mnie dotyczą też sfery czyszczenia pomieszczeń. Do takich celów używam głównie sody oczyszczonej i octu (tu raczej spirytusowego). Kiedy już osiądę, bardziej będę korzystać z przepisów z książki „Wyrzuć chemię z domu” Ewy Kozioł, prowadzącej bloga https://zielonyzagonek.pl.

Tym wpisem chciałabym Cię zachęcić do twórczego podejścia do codzienności, do sprawdzania i eksperymentowania również w sferach, w których wydawać by się było, że są ustalone zasady i tak jest ok.. Tu są moje sposoby na dbanie o moje ciało – Ty znajdź swoje:) Chętnie przyjmę Twoje pomysły na to i nie tylko:) Powodzenia!

Zapraszam do Zielskiej Kolonii na Podlasiu!

Zielska Kolonia – siedlisko pełne ziół :)

Już od jakiegoś czasu przymierzam się, by napisać kilka słów o miejscu, dzięki któremu przetrwałam trudny czas koronki. To Zielska Kolonia u Agnieszki Prymaki, położona w Knyszewiczach – wiosce położonej na Podlasiu, blisko białoruskiej granicy.

Po raz pierwszy trafiłam tu w sierpniu (chyba nawet 1) 2017 roku. Uczestniczyłam wtedy w Ekologicznym Uniwersytecie Ekologicznym (w skrócie Eul), ucząc się głównie poprzez praktykę rolnictwa ekologicznego. To był drugi i ostatni rok mej nauki – już wtedy skoncentrowałam się na ziołach. Najpierw zorganizowałam sobie praktyki w Darach Natury i Ziołowym Zakątku jednocześnie (polecam jedno i drugie:), tam mieszkając i pracując. Po miesiącu zamieszkałam u Jagody, jednej z poznanych zbieraczek ziół w Siemionach, 2 km od Korycin, dalej współpracując z Angielczykiem. Jednak w lipcu u Jagody zmieniła się sytuacja osobista i poprosiła mnie, bym się wyprowadziła, a ja poczułam, że to czas na nowe miejsce. Tyle, że nie wiedziałam jeszcze gdzie..

W tym samym czasie Basia, bliska mi osoba z Eul-u zaproponowała 1-dniową wycieczkę do Zielskiej Kolonii, które znalazła na fb i już się dogadała z Agą na taką wizytę, by po prostu poznać, pogadać. W ogóle wtedy nie przypuszczałam, że zagoszczę tam na dłużej:)

Agnieszka pokazała nam swoje siedlisko pełne ziół, poczęstowała Iwanem Czajem, pyszną fermentowaną herbatą z wierzbówki kiprzycy, poopowiadała i o sobie, i o ziołach. W którymś momencie zaczęłam jej zbierać chabry na jej łączce i zapytałam się, czy nie przydałby się jej jakiś pomocnik. Ona na to, że tak, tyle, że nie ma noclegu, ale jej kuzyn ma w pobliżu pustą starą chatę, może udostępni. No i udostępnił:) I tak rozpoczęły się moje dwumiesięczne praktyki, które tak naprawdę trwają do dziś:))

Przynajmniej raz w roku, do tego roku był to zwykle czerwiec lub/i sierpień, przyjeżdżałam do Agi i robiłam co potrzebowała: zbierałam zioła z jej łąki, pola czy pobliskich lasów, zlewałam octy, nalewki czy maceraty, kroiłam zioła do maceratów, kopałam ziemniaki, a czasami pomagałam w porządkach, bo w tym jestem niezła – jestem czyścicielem:)) Ja robiłam to, co lubiłam, a za czym Aga mniej przepadała i tak się uzupełniamy:) Z czasem się tez mocno zbliżyłyśmy i kiedy tu przyjeżdżam, czuję się członkiem rodziny:)

W tym roku koronka sprawiła, że mogłam być znacznie dłużej i wcześniej u Agi i dzięki temu zobaczyłam i uczestniczyłam w przygotowaniu małego warzywnego ogrodu, w którym – do tej pory co przyjeżdżałam – obok warzyw królowała jedna z mych ulubienic (zresztą Agi też) – żółtlica, zmora większości ogrodników, zarówno pryskających, jak i ekologicznych. Nawet napisałam pracę dyplomową na jej temat, by przybliżyć jej cudowne właściwości moim kolegom z kursu (na jej temat na pewno napiszę obszerny wpis – i to nie jeden;))

Po raz pierwszy w tym roku pojawiłam się w Zielskiej Kolonii na początku kwietnia i zobaczyłam .. puste pole, już zaorane, które trzeba było przekopać. Widłami wybierałam korzenie, głównie perzu, a potem z Agnieszką, po wyznaczeniu przez nią miejsca, robiłyśmy grządki i siałyśmy warzywka.

To wówczas, pod wpływem informacji, które docierały nt tego, jak się nakręca spiralę strachu i dziwne, niepokojące, moim zdaniem, nakazy i zakazy, podjęłam decyzję o założeniu tego bloga:) Potem na 2 tygodnie wyjechałam do drugiej kumpeli na Podlasiu, pomóc jej przy zdalnym nauczaniu i opiece nad dziećmi. Kiedy wróciłam, byłam pod wrażeniem, jak się ogród zmienił. Za pierwszym mym pobytem była ogromna susza, widoczna i odczuwalna na każdym kroku, a teraz – wszystko się zazieleniło, nabrało tej pięknej, ożywczej barwy wiosennej zieleni:)

Chyba jednak największy szok przeżyłam, kiedy wróciłam w drugiej połowie czerwca (wyjechałam w Dzień Dziecka) i z jednej strony zobaczyłam Agi ogród ziołowy pełen kolorów i kwitnących ziół (był ledwo widoczny, kiedy wyjeżdżałam), a z drugiej – jej ogród warzywny, pełen warzyw, ale i wszędobylskiej żółtlicy, niekoniecznie potrzebnej Adze na tym etapie, choć trochę dla niej zebrałam i dla siebie też:)

Przydałam się do pielenia jej ogrodu, a przy okazji zbierania ziół. Dla Agi nazbierałam łany żółtlicy i dymnicy, a dla siebie dodatkowo gwiazdnicy, chwastnicy (trawy, której nie lubi praktycznie nikt, a jest źródłem chlorofilu), babki, bylicy pospolitej.. To z pola warzywnego, bo wyjeżdżam teraz z reklamówką pełną zasuszonych ziółek: nagietka, komonicy, mięty, szałwii, lipy, koniczyny czerwonej… Zrobiłam też 2 maceraty olejowe na zimno: z dziurawca na oleju z pestek winogron oraz z mięty i szałwii na oleju sezamowym. Ten drugi zrobiłam pod kątem porannego ssania oleju, oczyszczającego jamę ustną z wszelkich zanieczyszczeń, a te ziółka dezynfekują i odświeżają:)

W ostatnią niedzielę uczestniczyłam w pierwszym w tym roku warsztacie Agi – ten był nt herbatek fermentowanych (właściwie utlenianych). Zebrała się cudowna ekipa kobiet w różnym wieku z jednym sympatycznym rodzynkiem męskim:)

Aga, podobnie jak w maściach, które dla siebie robi, tak i na warsztatach dzieli się na bogato: i wiedzą, i smakowitymi przepisami na pyszne jedzenie. Z Zielskiej Kolonii nie chce się wyjeżdżać, bo jej właścicielka tworzy niesamowitą, otwartą atmosferę (stworzyła też świetne zaplecze w postaci altany i wiaty z kuchnią i piecem).

Na pierwszym planie domek grillowy – moja noclegownia:), po prawej – altana, a z tyłu po lewej -kuchnia z piecem (foto: Niina Marta O.)

Każdy wyjechał ze słoikiem własnoręcznie zrolowanej (a wcześniej zebranej) wierzbówki kiprzycy, by zrobić własną herbatę a la czarną (a zdecydowanie zdrowszą!), głową pełną wiadomości i wrażeń oraz pełnym żołądkiem (smażyliśmy placki ziemniaczane z krwawnikiem i bluszczykiem kurdybankiem oraz zrobiliśmy serek biały z różnymi ziołami i kwiatami, do tego chleb własnego wypieku:)) Aga zawodowo organizuje warsztaty, na których, obok spacerów ziołowych i coś smacznego do zjedzenia, dzieli się praktyką tworzenia kremów, maści czy innych naturalnych kosmetyków – z takich warsztatów wyjeżdżasz z własnym kosmetykiem!

W tym roku Agnieszka założyła łąkę kwietną z gotowej mieszanki nasion kwiatów. Oto efekt:

Aga robi też octy – różne, różniaste:) Z jabłek, porzeczek, mango, truskawek, pomidorów, kwiatów czarnego bzu, podagrycznika.. To u niej 3 lata temu z jej inspiracji, a mojego działania powstał pierwszy ocet wielokwiatowy – pychota! A tu kwiaty na tegoroczny ocet wielokwiatowy:

Od tamtej pory eksperymentuję z różnymi kwiatami i ziołami. Mój ulubiony to z kwiatów czeremchy:) A w tym roku robię ocet pod kątem koloru – chcę, by był mega różowy:) Oto wstępny efekt sprzed 2 tygodni:

Piękny różowy kolor to wynik dobrania kwiatów fioletowych, a przede wszystkim niebieskich, w tym przypadku – chabrów:) Jest też bluszczyk kurdybanek, lawenda, maki i płatki róży:) (foto: Nina Marta O.)

Na początku lipca odbyły się sianokosy traktorem – trawa została zgrabiona i ułożona jak dawniej w stogi:) Miałyśmy ogród przykryć słomą, jednak ostatecznie wykorzystałam siano i tak cały ogród wraz ze ścieżkami osianowałam:) Zrobiło się przytulnie i miękko:)

Na koniec osianowałam również młode, nowo posadzone drzewka i krzewy:

Na koniec jeszcze kilka zdjęć ogrodu, zanim wyjechałam na warsztaty białego śpiewu – dla mnie to niesamowite, jak szybko zmienia się i przemienia!

To są zdjęcia ogrodu warzywnego z ostatniego dnia mego pobytu tj. 21 lipca. Porównaj je ze zdjęciami ogrodu zasianowanego, który były robione 9 lipca – dla mnie to kosmos, co się w tym czasie pojawiło, jak zmienił się ogród! Może sianowanie przyspieszyło ten proces?! 🙂

Zapraszam Cię na stronę Agi: https://www.facebook.com/zielskakolonia/ – tam będziesz na bieżąco z organizowanymi przez nią warsztatami 🙂